Spektakl „Worst Case Scenario” Aleksandry Jakubczak to opowieść o lęku, który nie daje się łatwo opowiedzieć, więc zostaje rozpisany na głosy, przedmioty, dźwięki i sceniczne katastrofy. W Pawilonie w Poznaniu najgorsze scenariusze okazują się nie tyle fantazją, ile codzienną metodą przetrwania.
Na scenie Pawilonu w Poznaniu siedzi postać w kapturze. Jest odwrócona do nas plecami i nie dowiemy się, jak wygląda jej twarz. Nie będzie rozmawiała z widzami, patrząc im prosto w oczy; nie spotka się z nami twarzą w twarz. To, jak się zdaje, część opowieści, która zostaje nam tego wieczoru przekazana. Reżyserka, bo to ona siedzi na scenie, nie odwróci się, obawia się tego, co mogłaby zobaczyć za sobą: pustą scenę, spojrzenia pełne rozczarowania albo potępienia, kogoś, kto w pewnym momencie postanowi wyjść z sali. To, co ma nam do powiedzenia, odczytuje z laptopa trzymanego na kolanach, a sam akt czytania zostaje tu bardzo wyraźnie podkreślony. Lęk bowiem, a to o lękach jest ten spektakl, jak mało co potrafi wiązać słowa w gardle. Znamy to, chciałoby się powiedzieć. Oj, znamy.
Lęk bowiem, a to o lękach jest ten spektakl, jak mało co potrafi wiązać słowa w gardle. Znamy to, chciałoby się powiedzieć. Oj, znamy
Leki przeciwlękowe sama przyjmuję codziennie, od stycznia 2021 roku, więc spektakl traktuję dość osobiście. Takie tabletki zmieniają chemię mózgu i sprawiają, że da się wyjść z domu, a nawet ubrać w słowa to, co stresuje, przerasta albo zawstydza, i spróbować się od tego zdystansować. Teoretycznie zdystansować. Wie o tym także Aleksandra Jakubczak, reżyserka „Worst Case Scenario”. Na scenie towarzyszą jej dwie osoby performujące: Monika Frajczyk, w majowym secie zastępująca Justynę Wasilewską, oraz Rob Wasiewicz. Ubrani na szaro, korespondują ze scenografią, a ta wypełniona jest przedmiotami. Czy przypadkowymi? Zastanówmy się: jest folia, sznur, łańcuch, splątane ze sobą korzenie, są wentylatory, które w kolejnych scenach będą wspierały animowanie folii przez performerów. Wszystkie te przedmioty wprowadzają niepokój. Wentylatory pojawiają się jak symbol sztucznego powietrza, jak coś, co wpuszcza odrobinę tlenu do pomieszczenia, w którym przebywa się już zdecydowanie za długo. Wyrwane ze swojego naturalnego środowiska korzenie i kontrastujące z nimi przemysłowe, fabryczne materiały mają działać na widza sensorycznie. Później zresztą wykorzystuje się także dźwięki, które wydają.
Żadna z tych materii nie jest przyjemna w dotyku, żadna nie należy do wyobrażenia o dobrostanowym lajfstajlu, który prezentuje się nam dziś na prawo i lewo. Scenografia ma pokazać, że jesteśmy w mrocznym miejscu, ale też w fantazji, w rzeczywistości nieciągłej i fragmentarycznej, w której nie należy spodziewać się, że cokolwiek okaże się pewne. Obiekty tworzące scenografię wspierają i wzmacniają opowieść toczącą się na scenie – ja sama czuję to wyraźnie. Bardzo trudno jest opowiedzieć o lęku tak, aby precyzyjnie przekazać, czym on naprawdę jest – bo na kim robi wrażenie fraza „obawiam się?”, „boję się”? Więc jedną ze strategii staje się pokazanie go widzowi: próba uruchomienia jego zmysłów tak, aby powędrowały w miejsca, do których prowadzi nas reżyserka, do doświadczenie. Szeleszczenie, wyrwane korzenie, kawałek folii, który zwykle potraktowalibyśmy jak odpad, wszystko to ma przybliżyć i urealnić słowa wypowiadane przez twórców.
Widz oglądający spektakl jest w tym ujęciu potencjalnym oprawcą reżyserki. Ma pełnię władzy nad jej lękami, może je jednym gestem urzeczywistnić, sprawić, że fantazje snute przez performerów staną się prawdą
W spektaklu jest dość długa scena, w której performerzy zaczynają przyglądać się publiczności i relacjonować wciąż odwróconej reżyserce, że właśnie materializują się wszystkie jej zawodowe lęki. Najpierw sygnalizują jedynie niezadowolenie, ale z każdym kolejnym zdaniem ich opowieść przemienia się w sceniczną makabreskę, horror rozgrywający się na widowni: ktoś wykłuwa sobie oko, bo już nie może patrzeć, ktoś inny postanawia się udusić, bo wszystko wydaje się lepsze od oglądania tego właśnie spektaklu. I jest to moment zabawny, tylko z kogo właściwie się wówczas śmiejemy? Widz oglądający spektakl jest w tym ujęciu potencjalnym oprawcą reżyserki. Ma pełnię władzy nad jej lękami, może je jednym gestem urzeczywistnić, sprawić, że fantazje snute przez performerów staną się prawdą. Nie w tym sensie, że krytyczka faktycznie wykłuje sobie oko, ale że ktoś rzeczywiście postanowi wyjść albo rzuci nieprzychylny komentarz. Rola widzów trzyma się wyłącznie na utrwalonym konwenansie, zgodnie z którym są niemymi odbiorcami, kimś, kto z założenia nie przychodzi po to, aby zakłócić przebieg wydarzenia. Ale czy na pewno zakłócić? Oglądając spektakl, myślałam o tym, że nikt tego nie robi także dlatego, że wspólnotową emocją staje się raczej lęk i niepewność niż pewność siebie oraz odwaga pójścia do przodu; że wobec odbieranej sytuacji wszyscy mamy w sobie sporo zrozumienia. W branży artystycznej, w której podlega się nieustannej ocenie, tym bardziej.
W zeszłym roku spektakl „Oszuści” o syndromie oszustki w Teatrze Kochanowskiego w Opolu wystawili Michał Buszewicz i Daria Sobik, także umieszczając go w świecie odrealnionym, trochę nawiązującym do filmu „Cube”, w którym niepewni siebie bohaterowie lądują we wspólnej przestrzeni, z której nie mogą się wydostać, więc zaczynają ze sobą rozmawiać. W spektaklu Jakubczak nie ma wiele rozmów. To raczej wymiana – historia za historię, coming out na trzy głosy, próba oddania doświadczenia przez budowanie dramaturgii napięcia: ciasno, chwila oddechu, a później myśli znowu wracają i paraliżują. Życie z lękiem ma swoją specyfikę, którą w Pawilonie mieliśmy poznać; chociażby musnąć ten stan, wejść w jego rytm na tyle, na ile pozwala sytuacja teatralna. Istotne jest także to, że wszystkie osoby znajdujące się na scenie znają się i ufają sobie na tyle, aby zrobić taki spektakl. Przynajmniej takie sprawiają wrażenie. Pojawia się to mimochodem: w nazywaniu reżyserki „Olką”, w lekkiej zgryźliwości właściwej osobom, które są sobie bliskie, w swobodzie przekomarzania się i jednoczesnym pilnowaniu wzajemnego bezpieczeństwa. To sprowadza spektakl do wymiaru faktycznej szczerości, a nie jedynie performowania trudnych stanów.
Porażka jest wstydliwa, niska samoocena jest czymś, o czym staramy się nie mówić głośno, bo nie przynosi ani popularności, ani nowych zleceń. A jednak coraz częściej oglądamy ją na scenie
I chociaż to działanie sceniczne można by zakwalifikować jako pewien pokaz autoterapii, powstrzymałabym się przed tak jednoznaczną oceną. W scenicznej rzeczywistości nie mamy przecież pojęcia, czy to, co oglądamy, jest prawdą, czy fikcją. Zwodzą nas ustanowione na scenie familiarne relacje i okoliczności, a dystansujące czytanie kwestii reżyserki podpowiada, że może wszystko, co widzimy jest zwyczajną grą z widzem. I nawet gdyby wszystko okazało się fikcją, niczyją historią, to wtedy co? Porażka jest wstydliwa, niska samoocena jest czymś, o czym staramy się nie mówić głośno, bo nie przynosi ani popularności, ani nowych zleceń. A jednak coraz częściej oglądamy ją na scenie. I może właśnie w tym miejscu, w bezpiecznej ramie fikcji, porażka może na chwilę przestać być dowodem słabości, a stać się doświadczeniem wspólnym, rozpoznanym i możliwym do opowiedzenia.
Pawilon
Koncepcja, reżyseria: Aleksandra Jakubczak
Performans, kreacja: Justyna Wasilewska, Rob Wasiewicz
Dramaturgia: Aleksandra Jakubczak, Klaudia Hartung-Wójciak
Tekst: Klaudia Hartung-Wójciak, Justyna Wasilewska, Rob Wasiewicz, Aleksandra Jakubczak
Kurator: Andrzej Pakuła
_____________________
_____________________
Anna Pajęcka – ur. 1992, redaktorka działu teatr w „Dwutygodnik.com”. Studiowała w Instytucie Kultury Polskiej na Uniwersytecie Warszawskim. Publikuje w „Szumie”, „Czasie Kultury”, „Tygodniku Powszechnym”.
_____________________
_____________________