Osiem lat temu Elżbieta Jabłońska zaczęła zapraszać artystki i artystów do swojego domu w Kozielcu nad Wisłą, nie oczekując od nich wystawy, projektu ani żadnego efektu końcowego. Można było po prostu zniknąć – na kilka dni, z dala od obiegu sztuki i presji nieustannej produkcji. O rezydencjach „Znikając nad Wisłą”, sztuce robionej na kolanie i Pawilonie Polana, który wyrósł z rozmów, spacerów i pewnej nadwiślańskiej łąki, z Elżbietą Jabłońską rozmawia Anka Wandzel.

 

 

 

Powiem Ci, że kiedy po raz pierwszy usłyszałam o Kozieleckim programie rezydencyjnym „Znikając nad Wisłą”, prowadzonym przez Twoją fundację „W788” (od 788km Wisły, na którym leży Kozielec), opadła mi szczęka. Bo te osiem lat temu, nikt inny w Polsce nie prowadził tzw. „rezydencji wytchnieniowych”. A już na pewno nie w swoim własnym domu i ukochanym, permakulturowym ogrodzie.

Chciałam podzielić się z ludźmi przywilejem wyjścia z obiegu sztuki, zrezygnowania z nadprodukcji, rozpłynięcia się w nadwiślańskim krajobrazie. Choć na kilka dni. Od kiedy mieszkam w Kozielcu, moje nastawienie do środowiska artystycznego gruntownie się zmieniło. Nauczyłam się rezygnować z własnego ego na rzecz współbycia z rzeką i moim lokalnym otoczeniem. Dostosowałam się do rytmów życia roślin. Zaczęłam się troszczyć nie tylko o ludzi. I pomyślałam, że taka zmiana tempa i perspektywy wyjdzie na dobre nie tylko mnie.

 

 

 

To ile osób Cię przez te osiem lat odwiedziło?

W ramach rezydencji „Znikając nad Wisłą” gościliśmy już 32 osoby, ale każdy pobyt był jednostkowy, wyjątkowy, nakierowany na próbę budowania relacji z daną artystką czy artystą. Nasze miejsce odwiedziło tez wiele osób poza oficjalną formułą rezydencyjną, czasem w ramach zorganizowanego spotkania, a czasem w związku z innymi wydarzeniami.

 

 

 

W tym Marcin Polak, artysta i redaktor naczelny „Miej Miejsce”, którego przy okazji odwiedzin u Ciebie poznałam. Powiedz, jaki był klucz doboru tych osób?

Bardzo różny. Część osób zjawiła się u nas, ponieważ odpowiedziała na nasze open calle. Innych ludzi zaprosiłam osobiście, bo interesowałam się ich praktyką, chciałam ich bliżej poznać i byłam ciekawa, jak Wisła i Kozielec na nich wpłyną.

 

Drewniany taras, książka Pamietam, kawa, dom i rzeka w tle

 

Fot. Marcin Polak

 

 

 

I od nikogo nie wymagałaś nigdy efektu końcowego, ani sprawozdania. Liczyła się tylko obecność.

Tak. Domaganie się produktu końcowego wydawało mi się zawsze pewnym nadużyciem. Także wobec otaczającego nas środowiska naturalnego, w którym zalega już wystarczająco dużo przedmiotów. Dlatego zawsze podkreślałam odwiedzającym, że zapraszamy ich do Kozielca nie do pracy, tylko w celu umożliwienia im swobodnego procesu twórczego i wymiany z otoczeniem. Zanurzenia się w kontekście. Zniknięcia nad Wisłą.

 

 

 

Wiesz co było ciekawe? Im więcej dawaliśmy ludziom wolności, tym chętniej sami wracali do pracy

 

 

 

Kiedy zaczynałam publikować swoje teksty, wydawało mi się, że stała współpraca z jakimś portalem czy wydawnictwem jest najwyższą nagrodą. Teraz, po trzech latach życia ze zleceń – chociaż mam straszne szczęście, że mogę się z pisania utrzymać – szczytem luksusu okazuje się odmawianie projektów i pisanie do szuflady, bez kieratu deadlinów, na co jednak niemal nigdy nie mogę sobie pozwolić.

Wiesz co było ciekawe? Im więcej dawaliśmy ludziom wolności, tym chętniej sami wracali do pracy. Owszem, były osoby, które przede wszystkim odpoczywały, ale większość uczestniczek i uczestników wykorzystywała jednak czas rezydencji do realizacji konkretnych projektów, na których im zależało, ale w innych okoliczności nie mogli się na nich z różnych względów skupić. Brak deadlinów, nacisków, sprawozdań i rozliczeń oraz czas rozmów jeden na jeden i spacerów nad Wisłą, okazywał się dla ludzi niezwykle inspirujący i twórczy.

 

Drzewo z białymi kwiatami, pola, łąki i rzeka w tle, niebieskie niebo, chmury

 

Fot. Marcin Polak

 

 

Wszyscy dziś potrzebujemy wyciszenia i takich bliskich spotkań – zarówno z innymi osobami praktykującymi nasze rzemiosło, jak i z otaczającym nas ekosystemem.

Tak, chociaż zależało nam zawsze także na dzieleniu się naszymi gośćmi i gościniami najbliższą, kozielecką i bydgoską społecznością, dlatego w toku każdego pobytu łapaliśmy chwilę na otwarte spotkanie, podczas którego każdy mógł dowiedzieć się czegoś o osobie przebywającej na rezydencji i zadać jej pytania, niezależnie od tego, jak pozornie banalne by nie były. Ta bezpośredniość, brak formalizmu i bariery wstępu wydawały mi się zawsze niezwykle istotne w odbiorze sztuki.

 

 

 

Dla mnie to był zawsze ogromny przywilej. Po pierwsze, mogłam bliżej poznać interesujące mnie artystki i artystów, z którymi być może w innych okolicznościach bym się nie przecięła. Rezydencje były więc bardzo otwierające i rozwijające również dla mnie. Po drugie, doszłam ostatnio do wniosku, że ja chyba naprawdę lubię być z ludźmi

 

 

 

 

I nie męczyło Cię organizowanie tego wszystkiego – i to rok w rok, przez osiem lat z rzędu?

Wiesz co, dla mnie to był zawsze ogromny przywilej. Po pierwsze, mogłam bliżej poznać interesujące mnie artystki i artystów, z którymi być może w innych okolicznościach bym się nie przecięła. Rezydencje były więc bardzo otwierające i rozwijające również dla mnie. Po drugie, doszłam ostatnio do wniosku, że ja chyba naprawdę lubię być z ludźmi. Lubię otwierać dla nich mój dom, gościć ich, wymieniać się z nimi zasobami. Czasem oczywiście następuje namnożenie tych wydarzeń i jesteśmy z moim partnerem Wojtkiem Kotwickim zmęczeni ilością elementów do zgrania, ale tak naprawdę tylko kilka tygodni w roku jest aż tak intensywne. Przez resztę miesięcy sami znikamy nad Wisłą.

 

zdjęcie robione z wnętrza domku z dużą szybą, zasłona z napisem: Zespół kuratorski to jakaś choroba, na tarasie krzesło, i laptop, w tle rzeka

 

Fot. Marcin Polak

 

 

A czy przez te wszystkie lata wytworzyła się jakaś stała grupa bywalczyń i bywalców wydarzeń W788?

Do pewnego stopnia, choć jej skład się każdorazowo zmienia. Oczywiście staramy się ją poszerzać i zapraszać nie tylko znajome osoby. Ale nasza publiczność bywa nieoczywista. Niektórzy przyjeżdżają celowo na spotkanie z konkretną osobą lub dlatego, że są zainteresowani jakimś specyficznym obszarem sztuki, albo ze względu na osobę rezydującą. Czasem pojawiają się osoby zupełnie przypadkowe, które już do nas nie wracają, ale są i takie, którym nasze wydarzenia umożliwiają uczestnictwo w kulturze w okresie urlopowym i widujemy je co tydzień. Gdybym mogła fantazjować o idealnym scenariuszu, widziałabym na widowni naszych wydarzeń przede wszystkim ludzi z okolicy – z Bydgoszczy, Torunia, Kozielca i innych pobliskich wsi. Generalnie Chciałabym, żeby kultura budziła takie zainteresowanie jak sport.

 

 

Wygląda to jak naturalny amfiteatr. I pewnego dnia pomyślałam sobie, że chciałabym na tym kolanie poleżeć z innymi i posłuchać koncertów, albo zobaczyć jakiś performans. A że na tej łące znajduje się jeszcze opuszczony magazyn z lat 70., pomyślałyśmy z Emilią, że można by zagospodarować go pod wystawę

 

 

 

Między innymi dlatego organizujesz w tym roku razem z kuratorką Emilią Orzechowską PAWILON POLANA w sąsiadującym z Kozielcem Grabowie, który ma być podsumowaniem Waszych dotychczasowych działań. Powiedz, skąd po ośmiu latach efemerycznych, tygodniowych rezydencji, pomysł na jednodniową wystawę z serią towarzyszących jej wydarzeń muzycznych?

Pawilon Polana jest w pewnym sensie zwieńczeniem naszej dotychczasowej działalności – i to z kilku powodów. Po pierwsze, weźmie w nim udział sporo osób, które odwiedziło nas już wcześniej i część z nich zaprezentuje nam prace, które właśnie podczas rezydencji powstały. Inne projekty będą wchodzić w dialog z tym, co robimy w Kozielcu. Jestem bardzo ciekawa, co się z tych spotkań narodzi. Po drugie, pomysł na całe to wydarzenie pojawił się właśnie podczas spacerów z odwiedzającymi nas ludźmi po pobliskich nadwiślańskich wałach. Jak może pamiętasz, bo też tam ze mną byłaś, na wysokości Grabowa znajduje się niewielkie zakole – nie zakole Wisły, tylko zakole wałów, takie kolano jak mówią o tym miejscu mieszkańcy, pod którym rozciąga się piękna łąka. Wygląda to jak naturalny amfiteatr. I pewnego dnia pomyślałam sobie, że chciałabym na tym kolanie poleżeć z innymi i posłuchać koncertów, albo zobaczyć jakiś performans. A że nieopodal tej łąki znajduje się jeszcze opuszczony magazyn z lat 70., pomyślałyśmy z Emilią, że można by zagospodarować go pod wystawę.

 

Betonowy pawilon stojący pośród pól, jedno z nich żółte, w tle drzewa, na pierwszym planie z jemiołą

 

Pawilon, fot. materiały organizatorów

 

 

Czyli pomysł na Pawilon Polana powstał w każdym sensie na kolanie. 

I podczas rozmów oraz spacerów, bo później wskazano nam w Grabowie jeszcze jeden budynek, który również wykorzystamy.

 

 

 

I co na to władze Grabowa?

Sołtys się bardzo ucieszył i powiedział, że ludzie w Grabowie ten zakręt na wałach świetnie znają – on sam często zatrzymywał się na nim rowerem w drodze do szkoły. Dowiedziałam się też, że magazyn, w którym pokażemy część naszej wystawy, służył prawdopodobnie do przechowywania rur nawadniających pola z gromadzonej deszczówki w ramach eksperymentalnego programu państwowego z lat 70.

 

 

O wow! Co za niesamowita historia! Mimo większej skali, PAWILON POLANA kontynuuje więc Twoje założenia upcyclingu, poszanowania dla zasobów i pracy z najbliższym kontekstem i lokalną społecznością. Ale chyba tych ponad dwudziestu osób u siebie tym razem nie przenocujesz?

Nie, niestety nie mamy takich możliwości, ale  zabezpieczyliśmy środki na nocleg dla każdej z osób, która zadeklarowała chęć przyjazdu na wydarzenie. Właściwie większość naszego budżetu przeznaczamy właśnie na akomodację i honoraria dla artystek i artystów, co nas cieszy, bo dzięki temu mamy bardzo przejrzyste finanse i łatwo będzie je podsumować.

 

 

Czy chcecie zrobić drugą edycję?

Na razie koncentrujemy się na tegorocznym wydarzeniu. Dużo będzie zależało od tego, czy otrzymamy znów wsparcie instytucjonalne i od naszych zasobów.

 

zakręcana droga przez łąkę i las

 

Fot. Marcin Polak

 

 

No i pewnie trudniej teraz znikać nad Wisłą, kiedy i Wisła znika?

Tak. Nie chcę ukrywać tego, że choć z jednej strony mamy tu wspaniałą zieleń, bogatą nadrzeczną glebę i niezwykłą roślinność łąkową, wszystko z roku na roku coraz bardziej wysycha, nie dorasta, umiera. Co oczywiście również jest pewną metaforą dla tego, co dzieje się obecnie w świecie i wobec czego nie chcemy być tu obojętni. Na razie naszą odpowiedzią jest budowanie takich nieoczywistych, nawet chwilowych okazji do współbycia z innymi, różnymi od nas ludzi. I do opowiadania mieszkającej tu społeczności o sztuce tak, aby inspirować do szeroko rozumianej troski, a czasem również do zmiany niektórych przekonań czy otwarcia się na cudzą perspektywę. Wspólne spotkanie z muzyką czy sztuką wizualną daje też czasem szansę na pewien pozajęzykowy przepływ energii – zbliżenie, poczucie bycia częścią wspólnoty, wymiany. Znów wraca tu do mnie doświadczenie z trybun sportowych podczas meczy mojego syna. Dlaczego sztuka nie mogłaby działać na ludzi podobnie? Szczególnie we współpracy z Wisłą i jej ekosystemem, który także jest przecież źródłem niezwykłej, cielesnej przyjemności.

 

 

 

Zdałam sobie sprawę, że czuję wobec niej miłość, zbliżoną od tej, którą darzę ludzi. Co szczerze mówiąc mnie zaskoczyło, bo zazwyczaj daleko mi do tego typu uniesień

 

 

 

Powiedziałaś, czego potrzebujemy teraz Twoim zdaniem od sztuki i kultury. A jak myślisz, czego potrzebuje od nich Wisła?

Jak wiesz, jestem z natury bardzo pragmatyczną osobą, co widać oczywiście także w mojej sztuce. A mimo tego w zeszłym roku czułam jakąś gigantyczną potrzebę towarzyszenia Wiśle, zanurzania się w niej, zachwycania się nią, bycia razem. Jakby nie chodziło o rzekę, tylko o innego, bliskiego mi człowieka. Zdałam sobie sprawę, że czuję wobec niej miłość, zbliżoną od tej, którą darzę ludzi. Co szczerze mówiąc mnie zaskoczyło, bo zazwyczaj daleko mi do tego typu uniesień. Ale wydaje mi się, że właśnie takiej miłości, szacunku i uważności potrzebuje od nas teraz Wisła i szerzej, przyroda. Musimy zdać sobie sprawę z tego, że zasoby – szczególnie wodne – naprawdę nie są nieskończone i wieczne, tylko znikają na naszych oczach. I sztuka i kultura powinny wziąć za nie także odpowiedzialność – czy przez zwracanie uwagi na stan świata, czy przez zmianę własnych sposobów produkcji. Odniosę się tu do mojego projektu „Ćwiczenia z zaniechania”, który opowiadał właśnie o tym, że zaniechanie, odpuszczenie, nierobienie nie musi mieć wcale negatywnych konotacji, tylko przeciwnie – może być buntem wobec ludzkiej buty i arogancji oraz darem dla przyrody. Dlatego nie wiem, czy powtórzymy POLANĘ. Czasem lepiej dać światu po prostu spokój.

 

brzeg Wisły, zarośla, rzeka, na brzegu biały znak 788, niebieskie niebo, chmury

 

Fot. Marcin Polak

 

 

Kiedy tak Cię słucham, uświadamiam sobie, że choć przywykłam myśleć o Waszych kozieleckich działaniach jako o formie oddolnej instytucji sztuki czy kultury, która przemienia sposób w jaki uprawiamy sztukę i w jaki o niej rozmawiamy, to W788 jest tak naprawdę także swego rodzaju instytucja edukacyjna i ekologiczną. Bo nie dość, że stwarza przestrzeń na dialog z innymi ludźmi, to uczy nas jeszcze innej relacji ze środowiskiem.

W swojej najnowszej książce „Ocalą nas małe drzewa” Marek Styczyński pisze, że aby przetrwać, musimy zacząć bardziej doceniać niewielkie ogrody oraz małe zadrzewienia karmiące – jabłonki, mirabelki i inne na pierwszy rzut okna niepozorne drzewka – co wydaje mi się także dobrą wskazówką dla pola kultury. Chciałabym, żeby w Kozielcu było więcej takiej dendrologii. Dosłownej i metaforycznej.

 

 

 

Wywiad powstał w ramach cyklu „Blisko miejsca”, poświęconego praktykom artystycznym i społecznym rozwijanym poza dużymi ośrodkami sztuki, w ścisłym związku z lokalnymi społecznościami, ich doświadczeniami i przemianami. Artykuł opublikowano w ramach zadania „Miej Miejsce w sztuce 2026" dofinansowanego z programu MKiDN "Sztuki wizualne".

 

 

________________

 

 

Elżbieta Jabłońska – artystka wizualna, podejmująca ironiczną grę z przypisywanymi jednostce rolami społecznymi, mechanizmami funkcjonowania instytucji kultury, poddająca refleksji zaangażowanie społeczne w obszarze sztuki. Jej twórczość wpisywana jest często w obręb sztuki feministycznej czy postfeministycznej. Tworzy głównie instalacje, fotografie, performance oraz działania czasowo-przestrzenne. Traktuje dzieło sztuki jako obiekt relacyjny, którego sens i znaczenie może podlegać zmianom i negocjacji. Aktualnie koncentruje się na gestach artystycznych, które zachęcają do działania, do budowania chwilowej wspólnoty, tworzenia pola wzajemnej komunikacji i porozumienia rezygnując tym samym z produkcji materii, a czasem również z własnego autorstwa. Profesora na Wydziale Sztuk Pięknych Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu. Brała udział w wielu wystawach zbiorowych i indywidualnych. Laureatka nagrody Spojrzenia (2003 r.) oraz Nagrody im. Katarzyny Kobro (2023 r.). Prezeska Fundacji W788. www.elajablonska.com

 

 

________________

 

 

Anka Wandzel  pisarka, eseistka, antropolożka, matka. Autorka zbioru esejów "Sztuka przetrwania" wydanego w 2025 nakładem Karakteru. Współpracowniczka „Dwutygodnika”, „Miesięcznika Znak”, „OKO.press”, „Przekroju” i "Zwykłego życia". Pisze o zmianach klimatu, kulisach polskiej kultury, niewidzialnej pracy opiekuńczej oraz o miejskich chaszczach, chwastach i roślinach ruderalnych. Od 2022 roku należy do Spółdzielczej Farmy Miejskiej MOST na Siekierkach, gdzie razem z innymi próbuje uprawiać przyszłość u gruntu. W 2026 roku weszła w skład rady programowej Art Inkubatora Goyki3 w Sopocie.

 

 

________________

 

 

________________

 

 

Zdjęcie główne: Elżbieta Jabłońska, fot. Anna Łukaszewicz