Słychać wycie? „Gu Tang Clan X” w Galerii Bałuckiej podsumowuje dziesięć lat działalności łódzkiego streetartowca, przyglądając się temu, co dzieje się z twórczością uliczną po przeniesieniu jej w przestrzeń galerii. O tym, jak Owczarek z Bałut odnajduje się w nowym środowisku, wyje Julia Radecka.
Przez ostatnich kilka tygodni Gu-Tang był wszędzie. Plakaty z psią podobizną pojawiły się na przystankach, banerach reklamowych i ścianach kamienic przypominając o dziesięcioleciu działalności Gustawa i zapowiadając jego jubileuszową wystawę w Galerii Bałuckiej. Trudno odmówić tej kampanii konsekwencji: zanim jeszcze przekroczyło się próg galerii, można było odnieść wrażenie, że całe miasto przygotowuje się do świętowania. Pozostaje wątpliwość, co właściwie jest przedmiotem celebracji. Przez ostatnią dekadę Gu-Tang wypracował rozpoznawalny język wizualny, a jego prace stały się częścią łódzkiego krajobrazu, niekiedy równie oczywistą, jak nieustające remonty czy hasła popełniane na murach przez kibiców ŁKS-u i RTS-u (oraz ich mniej lub bardziej zabawnych naśladowców). Obcowanie z wizerunkami Gustawa nie wymaga zaproszenia ani szczególnej okazji. Wystarczy przypadkiem spojrzeć we właściwą stronę.
Jubileuszowe X może oznaczać kolejny rozdział tej historii, ale również punkt, w którym warto zapytać, czy przeniesienie ulicznego języka do galerii pozwala mu wybrzmieć mocniej, czy raczej odbiera mu część tego, co czyniło go interesującym
W tekście kuratorskim Dominika Pawełczyk podkreśla demokratyczny charakter sztuki ulicznej tworzonej przez Gu-Tanga, jej spontaniczność i zdolność do wchodzenia w nieprzewidziane relacje z miejskim otoczeniem. Ta potencjalność rodzi pytanie o sens prezentacji tej sztuki w galerii. Co pozostaje z pracy, której znaczenie współtworzą przypadkowe miejsce, przechodzień czy ryzyko związane z samym aktem jej umieszczenia, gdy zostaje ona wyjęta z ulicznego obiegu i podporządkowana logice wystawienniczej? „Gu Tang Clan. X” stawia przed odbiorcą nie tylko kwestię podsumowania dziesięciu lat twórczości, lecz także problem instytucjonalnego oswajania praktyk, których siła wynikała dotąd waśnie między innymi z ich niezależności od instytucji. Jubileuszowe X może oznaczać kolejny rozdział tej historii, ale również punkt, w którym warto zapytać, czy przeniesienie ulicznego języka do galerii pozwala mu wybrzmieć mocniej, czy raczej odbiera mu część tego, co czyniło go interesującym.
Piesek wystawowy
Jeszcze przed wejściem do właściwej przestrzeni wystawienniczej, naprzeciw Galerii Bałuckiej, napotykamy na puszkę energetyka „Gu-Tang Clan Energy” o gabarytach przeciętnego słupa ogłoszeniowego. Na szczęście jej rozmiar uniemożliwia sprawne przesunięcie, a już na pewno umieszczenie w kaucjomacie, dzięki czemu mamy pewność, że jesteśmy w dobrym miejscu. Z ulicy przenosimy się do psiej budy.
Ze względu na sam rozkład galerii wystawa podzielona została na dwa rozdziały. Pierwszy koncentruje się na zewnętrznej stronie procesu twórczego, jego efektach oraz osadzeniu ich w stereotypowej sytuacji wystawienniczej. Drugi natomiast zaprasza nas do wyobrażeniowej jaskini Gustawa, pracowni, w której rodzą się pomysły i powstają projekty ulicznych interwencji.
Uliczny język zostaje tu nieco ugrzeczniony, a prace, zamiast zakłócać porządek przestrzeni, potulnie dopasowują się do jej reguł
Po wejściu do galerii wzrok przykuwa wielkoformatowy wizerunek Gu-Tanga umieszczony na wprost od wejścia. W pewien sposób dominuje on nasze doświadczenie odbioru, budząc odczucie, jakby ten wielki pies śledził swoimi ciekawskimi ślepiami każdy nasz ruch. Przeświadczenie to jednak szybko się rozmywa, gdy uprzytamniamy sobie, że znajdujemy się w raczej konserwatywnej sytuacji. Na białych ścianach widzimy obramowane prace Gu-Tanga z ostatnich lat. Niby to, co już widzieliśmy na mieście, ale tym razem w charakterze dodatkowej atrakcji, podane w galeryjnym anturażu. Uliczny język zostaje tu nieco ugrzeczniony, a prace, zamiast zakłócać porządek przestrzeni, potulnie dopasowują się do jej reguł. Konserwatywność aranżacji polega zresztą nie tyle na samej obecności białych ścian i ram, ile na odtworzeniu dobrze znanego modelu ekspozycji, który można by zastosować do niemal dowolnego zestawu prac. W przypadku twórczości wyrastającej z miejskiej samowoli, nieformalności i mniej przewidywalnych spotkań z odbiorcą taki zabieg wydaje się szczególnie zastanawiający.
Z sufitu zwisają banknoty, również z wizerunkiem bałuckiego owczarka. Trochę służą za urozmaicenie, trochę pełnią funkcję wskazówki dla odbiorcy zastanawiającego się, po co właściwie to wszystko. Jest w tym wszystkim coś nieprzyjemnego, a atmosfery nie ratuje piłeczka tenisowa przyklejona do podłogi taśmą dwustronną ani odwiedzający wystawę piesek chłepczący ochoczo wodę z metalowej miski. Niby pies to nie wilk, ale trochę smuci, że nic nas tu nie ugryzie.
Druga część wystawy zaprasza nas za tak zwane kulisy. Wariacja na temat tego, jak wyglądać mogłaby pracownia nieuchwytnego artysty kryjącego się w mroku. Grafiki przypominające szkice i niedokończone projekty niezrealizowanych jeszcze przedsięwzięć przymocowano do ściany przy użyciu szarej taśmy. Porozrzucane szablony i puszki po farbie, którą uwalane jest wszystko dookoła. Sporych rozmiarów żeliwna popielniczka służąca zarówno zgodnie ze swoim przeznaczeniem, jak i w charakterze ogólnego śmietnika. Zainteresowanie i spore rozbawienie wzbudza szczekająca szafka, która zaczyna głośno ujadać, kiedy podejdziemy za blisko. Może to nieco zbyt dosłownie ujęta drapieżność, ale miło, że występująca w jakiejkolwiek postaci. Najważniejszym elementem tej kompozycji pozostaje jednak biurko artysty.
Najważniejszym elementem tej kompozycji pozostaje jednak biurko artysty
Na blacie, na pierwszy rzut oka przypominającym swoisty stół-pułapkę inspirowany twórczością Daniela Spoerriego, rzucono wszystko, co moglibyśmy sobie tam wyobrazić: wcześniej wspomniane materiały malarskie, opakowania po jogurtach, napojach i wszystkim, co dostarcza energii, kolejne papierki, popielniczki i tak dalej. Pod biurkiem znajduje się uroczy i zrozumiały akcent w postaci psiego legowiska. Całość jest z pewnością satysfakcjonująca wizualnie, ale poza ucieleśnieniem idei „twórczego chaosu” oraz pretendowaniem do miana trendującego łódzkiego spotu do robienia zdjęć na Instagrama nie wnosi zbyt wiele.
Psu na budę
Trudno oprzeć się wrażeniu, że druga część ekspozycji próbuje uzupełnić to, czego brakuje pierwszej: skoro same prace nie są w stanie odtworzyć ulicznego kontekstu, może uda się go zastąpić wyobrażeniem o warunkach, w jakich powstają. Zamiast ulicznego przypadku dostajemy więc kontrolowany bałagan, zamiast tajemnicy anonimowego twórcy, jej scenograficzną imitację. Nie chodzi przy tym o to, że pracownia musi być autentyczna, a każda puszka po farbie powinna nosić ślady rzeczywistego procesu twórczego. Problem leży raczej w tym, że aranżacja zbyt chętnie podsuwa nam gotową opowieść o artyście, który pracuje w chaosie, działa poza systemem i wymyka się konwencjom. Gu-Tang zostaje tu przedstawiony jako postać nieuchwytna, ale sama wystawa nie pozostawia wiele miejsca na nieuchwytność. Wszystko jest na swoim miejscu, nawet jeśli pozornie panuje tu nieporządek.
Dziesięć lat działalności to niewątpliwie dobry powód do świętowania, a rozpoznawalność, jaką Gu-Tang zdobył w Łodzi i nie tylko, świadczy o tym, że jego prace potrafią funkcjonować poza wąskim obiegiem sztuki. Tyle że wystawa, która mogłaby przyjrzeć się temu zjawisku z dystansu, zamiast tego zdaje się przede wszystkim celebrować jego popularność. Twórcy wystawy zbierając prace w jednym miejscu, nie proponują przekonującego sposobu na ich ponowne odczytanie, a inscenizując pracownię, zamieniają twórczą niezależność w kolejny element wystawienniczego spektaklu. W efekcie najciekawsze wydaje się to, co wydarzyło się poza galerią: plakaty, które na kilka tygodni przejęły miasto, i wizerunki psa, na które można było natknąć się w najmniej adekwatnych miejscach, bez biletu i bez kuratorskiego komentarza. Nie chodzi o to, żeby na „Gu-Tang Clan. X” wieszać psy, ale im dłużej myślę o koncepcji wystawy, nie potrafię wyjść z przekonania, że jest to jakieś takie smutne i psu na budę potrzebne.
____________________
Julia Radecka – absolwentka twórczego pisania oraz studentka kultury i sztuki współczesnej na Uniwersytecie Łódzkim. W swoich poszukiwaniach badawczych skupia się na reprezentacji nienormatywności w sztuce oraz specyfice współczesnych praktyk queerowych. W czasie wolnym tworzy surrealną prozę poetycką i zszywa kolażowe zestawy onirycznej pościeli.
____________________
____________________