Czy w muzeum trzeba wiedzieć, jak patrzeć na sztukę? Karolina Dzikowska z Centralnego Muzeum Włókiennictwa i Małgorzata Stasiak z Muzeum Sztuki w Łodzi opowiadają o tym, jak edukacja pomaga oswajać muzealną przestrzeń, dlaczego nierozumienie może być początkiem kontaktu ze sztuką i jak zmieniają się potrzeby kolejnych pokoleń odbiorców. Ewa Gil pyta też o AI, przebodźcowanie i muzeum jako miejsce spotkania, wyciszenia i budowania relacji.

 

 

 

Ewa Gil: Po co nam edukacja muzealna, skoro mamy edukację szkolną?

Karolina Dzikowska: Dla mnie to są dwie zupełnie inne rzeczy. Dzieci inaczej pracują w muzeum. Tu widać ich ogromną ciekawość i zaangażowanie. Obiekty mogą dużo żywiej opowiedzieć o danym temacie – w odróżnieniu od szkolnej lekcji, w trakcie której dzieci uczą się „na sucho” w ławkach. U nas mogą doświadczyć działających maszyn, sprzętów czy krosna. To zupełnie inaczej oddziałuje na ich wyobraźnie. 

 

Małgorzata Stasiak: Zdecydowanie się z tym zgadzam. Myślę, że wszyscy potrzebujemy całożyciowej edukacji. Muzeum jest takim miejscem, w którym można poznawać siebie, swoje reakcje na dzieła i reakcje na innych ludzi. Można tę edukację sobie kastomizować i wybierać, co też jest bardzo ważne. Jest to związane z tym, że się zmieniamy i zmieniają się nasze zainteresowania. W naszym muzeum mamy bardzo dużo widzów, którzy przychodzą do nas w drugiej połowie życia, którzy wcześniej w ogóle nie mieli nic wspólnego ze sztuką i w ogóle się nią nie interesowali, bo nie mieli na to w swoim życiu czasu. I przychodzi dla nich taki moment, kiedy ta ekspresja twórcza jest im niezbędna do funkcjonowania i do dalszego rozwoju. To są wspaniałe sytuacje do obserwacji.

 

 

 

      Widać to u młodych ludzi – jeśli już w dzieciństwie przychodzili do muzeum, nawet z tą szkolną wycieczką, później wydają się wrażliwsi. Czują się pewniej, bezpieczniej i nie boją się

 

 

 

 

Co zmienia samo doświadczenie przestrzeni muzealnej? Co dzieje się z nami, kiedy wchodzimy do muzeum i zaczynamy obcować z ekspozycją?

K.D.: Przede wszystkim ekspozycja robi na nas wszystkich wrażenie – wtedy, kiedy jesteśmy dziećmi czy dorosłymi. Bycie z ekspozycją wymaga pewnej nauki i obycia. Widać to u młodych ludzi – jeśli już w dzieciństwie przychodzili do muzeum, nawet z tą szkolną wycieczką, później wydają się wrażliwsi. Czują się pewniej, bezpieczniej i nie boją się. Chyba jest sporo dorosłych ludzi, którzy kojarzą muzeum z takim miejscem, gdzie trzeba się odpowiednio ubrać, zachowywać – gdzie trzeba czuć się onieśmielonym. Jeżeli dzieci zaczną taką przestrzeń w młodości oswajać, to dużo pewniej poczują się w wielu sytuacjach życiowych – nie tylko w muzeum, na przykład występując gdzieś, idąc do teatru, a nawet w kontaktach międzyludzkich będą miały większą swobodę.

 

M.S.: Myślę sobie o muzeum jako o przestrzeni niezwykłej. Szczególnie nasze budynki, które mają bardzo dużo historii Łodzi; w MS1 był pałac, a MS2 jest przestrzenią pofabryczna. Już samo wejście do nas może w jakiś sposób przemieniać. I myślę, że przestrzenie muzealne, w dzisiejszych czasach, oferują coś, co jest bardzo trudne do zdobycia współcześnie – czyli ciszę, kontemplację i rodzaj odosobnienia. W muzeum można być w grupie, ale można też zwiedzać tą przestrzeń samodzielnie, co daje chwilę na kontakt ze sobą. Szukam tego w przestrzeniach muzealnych – takiego rodzaju kontaktu, który nigdzie nie można spotkać. Myślę, że szczególnie w dużych miastach, to są rzadkie przestrzenie. Oczywiście, edukatorzy mogą poprowadzić grupę, czy pojedynczych widzów właśnie w tym kierunku. I dla mnie, jako edukatorki, jest to bardzo istotne, by te wszystkie praktyki opowiadające o uważności i kontemplacji pielęgnować. To buduje kompetencje przyszłości albo wręcz teraźniejszości. Wracając do twojego pierwszego pytania –myślę, że w szkole w dużej mierze nastawionej na pośpiech, na przejedzenie materiału nie ma czasu na nawiązanie indywidualnego kontaktu z uczniami i uczennicami, to ten czas w muzeum może być takim osobnym czasem. Czasem nastawionym na kontakt ze sobą lub z grupą; na zmierzenie się z czymś niepewnym i tajemniczym. Teraz mamy tak dużo odpowiedzi, które oferuje nam technologia. A sztuka wciąż daje taką możliwość bycia w nieznanym. Bycia w czymś, czego nie rozumiemy. I to dobrze, że tego nie rozumiemy, bo możemy coś poznać, odkryć na własny sposób. Mam wrażenie, że ostatnio nieznane i niepewne zaczęło być kojarzone z niebezpiecznym. A przecież to co tajemnicze, to przestrzeń kreatywności, zabawy, przyjemności i radości. Myślę, że muzeum wciąż ma tę moc, żeby o tym przypominać.

 

 

Ilustracja: Zuzanna Szor

 

 

W jakiej roli występujecie jako edukatorki? Na czym najbardziej zależy Wam w kontakcie z odbiorcami?

M.S.: Wydaje mi się, że sztuka nowoczesna w szczególności onieśmiela naszych odbiorców. Często dostajemy takie pierwsze opinie, że to jest wysoki próg wejścia dla ludzi. Natomiast moją rolą jest to, żeby pokazać, że każdy ma prawo do sztuki nowoczesnej i każdy ma prawo rozumieć ją w taki sposób, w jaki chce ją rozumieć. Wydaje mi się, że chociażby to dziedzictwo, które jest w naszym muzeum – czyli dziedzictwo awangardy – to były ruchy, które chciały zerwać z elitaryzmem rozumienia sztuki. Chcieli myśleć sztuce dostępnej. Ale coś takiego się wydarzyło w ostatnich dekadach, że ten elitaryzm znowu istnieje, jest bardzo zauważalny i ma dużą moc. Z mojej perspektywy, naszym zadaniem jako edukatorów i edukatorek jest to, żeby kłaść nacisk istotę relacji z działem. Dialog z dziełem może być taki, jaki chcesz rozpocząć i jaki jesteś gotowy rozpocząć. Nierozumienie nie jest przeszkodą w kontakcie ze sztuką, może być elementem fascynującej podróży wewnętrznej.

 

K.D.: Zgadzam się z Małgosią. Chce sprawić, żeby to muzeum było dla ludzi. By nie przerażało, a wręcz zapraszało do zapoznania się z jej przestrzenią. Zależy mi na pokazaniu, że w muzeum można się dobrze czuć. Moim zadaniem jest ukazanie wielowymiarowości tej przestani oraz łamania stereotypu spędzenia czasu w muzeum w formie „chodzenia od gabloty do gabloty”. Organizujemy warsztaty z uważności lub rękodzielnictwa, zapraszamy na oprowadzania otwarte. Chcemy, by muzeum było miejscem spędzania czasu, gdzie ludzie mogą poczuć się bezpiecznie i po prostu pobyć. To nie musi być ta jedna wizyta w życiu z myślą: „Dobra, odhaczyłem, mam to odklepane”. 

 

 

 

      Natomiast moją rolą jest to, żeby pokazać, że każdy ma prawo do sztuki nowoczesnej i każdy ma prawo rozumieć ją w taki sposób, w jaki chce ją rozumieć. Wydaje mi się, że chociażby to dziedzictwo, które jest w naszym muzeum – czyli dziedzictwo awangardy – to były ruchy, które chciały zerwać z elitaryzmem rozumienia sztuki

 

 

 

Czy Waszym zdaniem edukacja muzealna jest przedłużeniem edukacji szkolnej, jej uzupełnieniem, czy może czymś zupełnie odrębnym?

K.D.: W zależności od profilu muzeum. Są takie muzea, na przykład Muzeum Narodowe w Warszawie, gdzie warsztaty są stricte pod wybrany temat lekcji szkolnej. W naszym muzeum też realizujemy  niektóre tematy – jeśli w szkole omawiają rewolucję przemysłową, to uczniowie mogą przyjść i dowiedzieć się o maszynie parowej i o zmianach, które nastąpiły w trakcie jej powstawania. Ale jest wiele rzeczy, które są totalnie poza zakresem programu szkolnego, na przykład u nas mogą uczyć się szycia na maszynie.

 

M.S.: Myślę, że każda ekspozycja lub warsztaty mogą być uzupełnieniem edukacji szkolnej – tutaj bardzo dużą rolę odgrywają wspaniali nauczyciele, którzy starają się tak ułożyć swój program i tak dopasować to, co robią, żeby móc przyjść do muzeum i uzupełnić tę wiedzę o praktykę. Staramy się dać dzieciom możliwość kontaktu z dziełami i zagadnieniami, by nauka nie była tylko teorią. Może to być przedłużenie, może to być uzupełnienie i może to być coś zupełnie osobnego, tak jak Karolina powiedziała. Zdarzają się grupy, które przychodzą, żeby po prostu pobyć ze sobą – by się pobawić, zintegrować i spędzić czas poza szkołą. Mamy też grupy uniwersyteckie, które w ramach specjalistycznych kursów przyjeżdżają z różnych miast na wystawę. Wszystko zależy od profilu danej grupy i od tego, jak nauczyciele myślą o edukacji. W tej kwestii najważniejszy jest kontakt z opiekunem grupy. 

 

 

Małgorzata Stasiak, fot. archiwum Muzeum Sztuki w Łodzi

 

 

Co najczęściej utrudnia Wam pracę z grupą? Gdzie pojawiają się bariery między edukatorką a odbiorcami?

K.D.: Dla mnie ogromny wpływ ma opiekun grupy – to, jaki jest nauczyciel, jak wygląda komunikacja z nim i jakie jest jego zaangażowanie. Kiedy pojawiają się przeszkody, rzadko wina leży po stronie dzieci, bo one zazwyczaj chętnie biorą udział w zajęciach. Przebieg warsztatów zależy od tego, czy opiekun wcześniej przygotował się do wizyty. Barierą jest sytuacja, kiedy nie współpracuje, nie pomaga, a czasami nawet utrudnia pracę.

 

M.S.: Pierwsze, co przyszło mi na myśl, to technologia. Potrafi przeszkadzać w trakcie pracy, a odnalezienie się w niej jest zadaniem dla edukatorów i edukatorek – teraz i w przyszłości. Musimy pomyśleć, jak wykorzystywać ją jako wsparcie, nie demonizując jej, bo przecież w niej funkcjonujemy. Grupy, z którymi pracujemy, żyją w technologii od zawsze. Widzę, jak z roku na rok się zmieniają. W swojej pracy w muzeum i w szkole filmowej obserwuję, jak szybkość zmian modeli językowych i AI wpływa na kolejne roczniki.

Coraz częściej dostrzegam potrzebę jednoznacznych odpowiedzi, dlatego że AI je daje. W kontekście sztuki jednoznaczne odpowiedzi nie są dobrym rozwiązaniem. Swoją pracę postrzegam jako rodzaj poszukiwania i bycia w niepewności. Oczekiwanie, że jako edukatorka dokładnie powiem, co znaczy dane dzieło i w jaki sposób je czytać, jest moim zdaniem niebezpieczną tendencją, która się pojawia. Nie mówię, że jest widoczna u wszystkich, ale czuję dużą odpowiedzialność, by pokazywać, jak można się w tym poruszać i rozmawiać o czymś tak kruchym i nieokreślonym, a jednocześnie szukać sposobu, który będzie przystępny i związany z doświadczeniem odbiorców.

 

 

 

        Coraz częściej dostrzegam potrzebę jednoznacznych odpowiedzi, dlatego że AI je daje. W kontekście sztuki jednoznaczne odpowiedzi nie są dobrym rozwiązaniem. Swoją pracę postrzegam jako rodzaj poszukiwania i bycia w niepewności

 

 

 

Mówicie o technologii. Jaką rolę odgrywają dziś media i nowe formaty komunikacji w edukacji muzealnej? Jak znaleźć równowagę między wykorzystaniem technologii a potrzebą skupienia uwagi?

M.S.: Myślę, że to jest związane ze zmieniającymi się sposobami opowiadania o edukacji. Teraz, na przykład, mocno zastanawiamy się nad rolkami – jak nie spłaszczać przekazu, a jednocześnie uwzględniać ten format na naszych stronach. Jak tworzyć je tak, żeby były informacyjne i jakościowe, a jednocześnie krótkie – to dla mnie duża zagwozdka.

Zastanawiam się też nad warsztatami, podczas których obecność telefonu byłaby zamierzona edukacyjnie. Z drugiej strony myślę o rozwiązaniach, takich jak w Australii, gdzie telefon jest zamykany w skrzyneczce na czas zajęć. Być może w Polsce wciąż byłoby to kontrowersyjne, ale wydaje mi się, że warto je rozważyć, żeby rozwijać umiejętność skupiania uwagi.

 

K.D.: Widać, że dzieci są bardzo przebodźcowane multimediami i trudno im skupić uwagę, zwłaszcza przy przeładowanym programie. Był taki moment, kiedy wszystkie muzea chciały być multimedialne – pojawiało się mnóstwo ekranów i gier. Teraz znowu widzimy trend w drugą stronę: ograniczania elektroniki i skupienia na tym, co jest wokół nas.

Chcemy, żeby odwiedzające nas dzieci podczas wizyty nie miały tysiąca bodźców – świateł czy ekranów. Muzeum może być miejscem, w którym na moment zwalniamy tempo, pobywamy z obiektami, a przede wszystkim ze sobą i własnymi myślami. W świecie technologii może właśnie muzeum na powrót stanie się analogowe i spokojne.

 

M.S.: O, to by było super!

 

 

Karolina Dzikowska, fot. archiwum Centralne Muzeum Włókiennictwa w Łodzi

 

 

A jakbyście mogły scharakteryzować te grupy, z którymi wam się przyjemnie pracuje? Co sprawia, że myślicie: „To ma sens”?

K.D.: Na pewno cieszy, kiedy odbiorcy są zaangażowani i widać w nich ciekawość miejsca, w którym się znajdują. Uwielbiam, kiedy pytania są trafne. Cieszy mnie, kiedy widać, że ktoś próbuje dociec, i nagle zapyta: „A ile to mogło wyprodukować metrów tkaniny?”. Mogę wtedy zauważyć, że wie o czym mówimy. Lubię kiedy widać, że osoby mają ciekawość poznawania świata. Doceniam, kiedy uczestnicy warsztatów wychodzą od nas z jakąś praktyczną umiejętnością. Być może pociągną ten temat później i w domu zaczną samemu eksperymentować z jakimś działaniem? To jest super, kiedy wielokrotnie wracają, i chwalą się własnymi pracami. Jest dużo takich momentów, kiedy ten odbiorca pokazuje, że rzeczywiście warto być edukatorką.

 

 

 

 

       Grupy ukraińskie i białoruskie to są dla mnie bardzo ważni widzowie, bo widzę jak istotne są dla nich wizyty w muzeum i mówienie po polsku

 

 

 

 

M.S.: Mam kilka takich grup, z którymi po prostu bardzo lubię pracować. Pierwszą taką grupą, która przychodzi mi na myśl, jest grupa wielokulturowa. Uwielbiam, kiedy mogę usłyszeć zupełnie inną refleksje na temat dzieł, które niby tak dobrze znam, bo dzieją się rozmowy otwierające zupełnie inne kierunki i sposoby patrzenia na dany obiekt. W takich momentach czuję autentyczne wzruszenie, kiedy słyszę nowe interpretacje – one dają mi poczucie sensu, nowości. To jest ważne, zwłaszcza, kiedy ta praca czasem wydaje się powtarzalna. Grupy ukraińskie i białoruskie to są dla mnie bardzo ważni widzowie, bo widzę jak istotne są dla nich wizyty w muzeum i mówienie po polsku. Przed warsztatami z taką grupą, miałam intuicję, że najlepiej dla nich zorganizować oprowadzanie po ukraińsku. A okazuje się, że było wręcz odwrotnie – że chcieli słuchać języka polskiego i szukali sytuacji, w których będą mogli ten język ćwiczyć. Druga grupa to są te osoby, o których wspomniałam wcześniej, czyli osoby, które odkrywają swoje twórcze możliwości w drugiej połowie życia. I w naszym przypadku bardzo często są to kobiety. Ten czas spędzony z nimi na kontakcie z dziełami, a później na wytwarzaniu w różnych technikach czegoś własnego (a stworzenie czegoś własnego jest dla nich istotne), jest wspaniały. Bardzo często, te osoby dzielą się swoimi historiami, opowiadają o tym jak trafiły akurat na tę pasję i jak to się u nich zaczęło. I to jest po prostu fascynująca ludzka przygoda.

 

 

Zdjęcie górne: Małgorzata Stasiak, fot. archiwum Muzeum Sztuki w Łodzi, dolne: Karolina Dzikowska, fot. archiwum Centralne Muzeum Włókiennictwa w Łodzi

 

 

Jak opowiadacie o trudnych czy nieaktualnych ideach obecnych w kolekcjach? Co robicie, kiedy nie zgadzacie się z treścią, którą prezentujecie?

M.S.: Myślę, że ile edukatorów, tyle odpowiedzi. Dla mnie, w mojej pracy, istotna jest uwaga  skierowana na  biografię twórcy. Na przykład, niewygodna kwestia relacji Władysława Strzemińskiego i Katarzyny Kobro, w której dochodziło do przemocy i do unieważniania twórczości wspaniałej artystki – jest to bardzo ważna historia i podkreślam to za każdym razem, kiedy o nich opowiadam, ale przy tym nie eliminując zasług Strzemińskiego w kontekście grupy a.r. – był niesamowitym liderem i współtwórcą tego muzeum. Jesteśmy w takim momencie, w którym możemy mówić o faktach i warto z tej możliwości korzystać. Chcę dać wiedzę o unizmie Władysława Strzemińskiego, o tym jak innowacyjna to była wiedza na tamten czas. I tak samo opowiadam o dziełach Katarzyny Kobro – nie z perspektywy ofiary, ale z perspektywy rewolucyjnej artystki, która wciąż jest niezwykle nowoczesna. Jej idee i działania wciąż robią wrażenie. Nawet ostatnio miałam dyskusję z osobami z muzeum na ten temat, że w tej kwestii można mieć bardzo różne podejścia. Doszliśmy do wniosku, że żadne nie jest wyjątkowo moralnie czystsze albo lepsze od drugiego. Niektórzy uważają, że dzieło powinno obronić się samo i powinno opowiadać samym sobą, a wątki biograficzne, są poboczne. O tym co się działo w życiu artysty w edukacji o ekspozycji nie są kluczowe i najważniejsze. Ta dyskusja rozgrywa się także w światowej kulturze.

 

 

 

        Czasami odbiorcy starsi i młodsi różnie reagują na trudne tematy – ale nie możemy stanąć wbrew wizji twórcy, więc o niej opowiadamy

 

 

 

 

K.D.: U nas, jeżeli mamy wystawę bardziej współczesną, taką jak na przykład „Triennale Tkaniny Artystycznej” i jakaś praca z tej wystawy porusza niewygodny temat, to zawsze dysponujemy  opisem czy poglądem artysty, co chce przekazać tym dziełem. Staramy się wiernie opowiedzieć jego intencje. Czasami odbiorcy starsi i młodsi różnie reagują na trudne tematy – ale nie możemy stanąć wbrew wizji twórcy, więc o niej opowiadamy. Jeśli są wątki historyczne, na przykład temat niewolnictwa w Stanach Zjednoczonych i zbieranej przez nich bawełny, to mówimy o tym podczas oprowadzań z czym się wiąże przemysł czy wyzysk robotników. Nic tutaj nie jest ukrywane. 

 

 

fot. archiwum Muzeum Sztuki w Łodzi

 

 

Wspomniałyście, że ta praca może być powtarzalna. Czy mimo to czujecie, że jest twórcza? Jako edukatorki bardziej przekazujecie istniejące treści czy tworzycie coś nowego?

K.D.: Uważam, że jest to bardzo zmienne. Z jednej strony to może być praca monotonna, zwłaszcza jeśli w muzeum jest jedna wystawa przez wiele lat. Mamy takie szczęście, że jesteśmy w takich muzeach gdzie jest dużo zmieniających się wystaw. Wyobrażam sobie, że monotonne może być ciągłe oprowadzanie po tej samej przestrzeni i mówienie o tych samych obiektach. Z drugiej strony zawsze istnieje możliwość rozpatrywania tych samych obiektów na wiele różnych sposobów, stworzenia warsztatów do nich towarzyszących, które mogą przynależeć do wielu kategorii. Możemy stworzyć warsztaty, które nie będą się opierały na wystawie – wtedy planujemy zajęcia w sali warsztatowej działając poza wejściem na wystawę. Myślę, że takie rozwiązanie daje ogromną ilość możliwości. Tylko nasza wyobraźnia nas ogranicza i to w jaki sposób łączymy kropki. Kieruję swoje działania w stronę bardziej kreatywną, staram się, by ta praca cały czas dawała coś nowego dla innych.

 

M.S.: Dla mnie, mimo tej monotonii, a może nawet bardziej powtarzalności – bo nawet jeśli coś jest powtarzanie, to bywa niemonotonnie – to jest to praca bardzo twórcza. I myślę, że edukacja w jest twórczością. Tak ją postrzegam i lubię ją tak postrzegać. Edukatorka jest osobą, która po jakimś czasie pracy jest wyposażona w bardzo wiele kreatywnych i twórczych kompetencji. Z drugiej strony ma bardzo dużo technicznych umiejętności, bo robimy wszystko! Gdy przychodzą nowi praktykanci, to opowiadam im, że z jednej strony będą brali udział w naszych spotkaniach, warsztatach i będziemy współtworzyć ofertę do wystaw. A z drugiej strony istotne jest sprzątanie magazynu i przygotowywanie materiałów do warsztatów. W mojej pracy istnieje taka ciągła możliwość zadziania się czegoś. To może być ekscytujące, może też być męczące. Ale ten adaptacyjny tryb jest bardzo podobny do trybu osoby twórczo-artystycznej. Ilość technik, narzędzi i możliwości, które przyswajamy, nie pozwala naszym mózgom przestać pracować. Praca jest zdecydowanie twórcza i czasem nawet pod tym aspektem męcząca. 

 

 

 

Ostatnie pytanie, trochę otwarte, jak wyobrażacie sobie przyszłość edukacji muzealnej? W jaką stronę, Waszym zdaniem, powinny zmierzać muzea?

M.S: To, czego bym bardzo chciała i czego bym życzyła muzeom w Polsce, jest dosyć tożsame z tym co dzieje się w muzeach światowych – czyli takie nakierowanie instytucji w stronę bycia miejscem spotkań, sporu twórczego, gdzie – tak jak Karolina powiedziała – dzieją się ciekawe rzeczy. W muzeum można doświadczyć czegoś praktycznego, zrobić coś samodzielnie, zrobić coś razem, spotkać inną osobę, poobcować ze sztuką, zjeść dobre ciastko. Tu można poczuć się w jakimś sensie jak u siebie. Te miejsce daje możliwość  przynależenia gdzieś, jest to uczucie, którego nam wszystkim mocno zaczyna brakować. I muzeum, absolutnie wierzę w to głęboko, może spełnić taką rolę. A oprócz tego bardzo bym chciała, żeby muzeum w teraźniejszości oraz w bliskiej i dalszej przyszłości było miejscem nadziei – jakkolwiek patetycznie to brzmi. Miejscem, gdzie możemy się naładować do bycia aktywnymi w świecie, do tworzenia tej przyszłości i do wiary w tę przyszłość. Jesteśmy w tak wielu kryzysach, a nawet w polikryzysach, gdzie ta wiara i nadzieja w naszą sprawczość słabnie. Chciałabym, żeby muzeum było takim miejscem, w którym ona jednak się zwiększa. 

 

K.D.: Tak, zgadzam się z tym. Myślę, że w dobie bardzo dużej trudności w kontaktach społecznych, muzeum powinno być miejscem budowania relacji. Żeby rzeczywiście były tutaj lokalne społeczności, które czują, że to jest ich przestrzeń. Mam nadzieję, że muzeum nie będzie wyłącznie dla wydarzeń „z pompą”, czyli wernisaży dla całej Polski. Liczę, że będzie to miejsce też dla lokalnych grup, które będą czuły, że to jest to jest dla nich bezpieczny zakątek.

 

 

Artykuł opublikowano w ramach cyklu rozmów z tzw. pracownikami zaplecza kultury – osobami, których praca często pozostaje niezauważona i stanowi „tło kultury”, choć bez niej nie może odbyć się żadne inkluzywne wydarzenie artystyczne. Cykl powstaje w ramach zadania „Miej Miejsce w kulturze 2026–2027”, dofinansowanego z Programu Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego „Czasopisma” oraz z budżetu Miasta Łodzi w ramach programu „Łódź Pełna Kultury”.

 

 

_____________________

 

 

Małgorzata Stasiak – doktor nauk o sztuce, kierowniczka Działu Edukacji Muzeum Sztuki w Łodzi, wykładowczyni Szkoły Filmowej w Łodzi. W swoich działaniach edukacyjnych i artystycznych łączy kostium, choreografię eksperymentalną, performans i ćwiczenia creative writing.



Karolina Dzikowska – kierowniczka Działu Edukacji Centralnego Muzeum Włókiennictwa w Łodzi. Z wykształcenia dziennikarka, w muzeum tworzy i prowadzi zajęcia dla różnych grup wiekowych – od 3-latków po seniorów. Pasjonatka teatru amatorskiego, swoje zamiłowanie wykorzystuje we współtworzeniu materiałów audiowizualnych profilu Działu Edukacji. W pracy stawia na swobodę twórczą i przestrzeń do eksperymentowania – wierzy, że dzieci powinny mieć możliwość tworzenia po swojemu, bez sztywnych ram i presji oceniania.

 

_____________________

 

 

Ewa Gil – absolwentka kierunku twórcze pisanie na Uniwersytecie Łódzkim. Interesuje się kulturą – tym, kto i co ją tworzy oraz jak się o niej mówi. Pasjonuje się sztuką współczesną i muzyką tradycyjną.

 

 

_____________________

 

 

_____________________

 

 

Ilustracja: Zuzanna Szor