Ewy Zarzyckiej nikt nie przegada. Ani w świecie sztuki, ani w świecie w ogóle. Od dekad tworzy swoje mówione performanse, w których zagnieździł się mikrokosmos bohaterów – równie prawdziwych, co zmyślonych. Ewa zastanawia się, wątpi, konfabuluje i brnie w dygresje, które stają się dygresjami kolejnych dygresji… A po drodze zapisuje setki zeszytów. W rozmowie z Sylwią Hejno opowiada m.in. o tym, jak kiedyś wyniosła je w walizkach na śmietnik i oraz jak oczarować publiczność własną nieobecnością.

 

 

 

Na jakim jesteś etapie z pisaniem Harlequina, którego obiecałaś?

Można powiedzieć, że na bieżącym. Chciałabym do tego wrócić. To było tak, że wpadłam na pomysł, żeby napisać romansidło, opierając się na historiach miłosnych z naszego środowiska. No i opowiedziałam o tym Dorocie Podlaskiej, która stwierdziła, że stworzy ilustracje. W związku z tym była u mnie w Lublinie kilka razy, myśląc, że ja już wszystko napisałam. A miałam tylko jakieś szkice.

 

 

No nie wiem, bo wiesz, nie mogę powiedzieć, że napiszę na emeryturze, bo artyści nie mają emerytury, muszą pracować do końca

 

 

To napiszesz, nie napiszesz…?

No nie wiem, bo wiesz, nie mogę powiedzieć, że napiszę na emeryturze, bo artyści nie mają emerytury, muszą pracować do końca. Ale kto wie?

 

 

Ano właśnie, w jednym z performansów stwierdziłaś, że obowiązkiem artysty jest tworzyć i pracować non stop i tak się wtedy zbuntowałaś, że zapowiedziałaś godziny biurowe, po pięć dziennie. Jak to jest z tym twoim trybem pracy?

Zupełnie o tym zapomniałam. Dzięki, że mi przypominasz tę historię, może ją wprowadzę w życie. Mogłabym przykład ogłosić godziny pracujące od ósmej rano do piętnastej. Czyli ktoś dzwoni na przykład dwie po trzeciej, a ja mówię: „no sorry, ja już dzisiaj po pracy”. Bo najgorsze jest to, że ludzie jak już skończą tę pracę, to mają wolną głowę i mogą się zająć innymi rzeczami, a w sztuce ten proces trwa całą dobę. Nawet jak chcesz, to nie możesz się wyłączyć, a już całkiem fatalnie, gdy nagle coś się przytka, choć powinno iść dalej, a tu nic.

 

Artystka w okularach, w ciemnym stroju, trzyma nożyczki i zapianą kartkę, obok biurko z duża ilością notatek

 

Ewa Zarzycka, fot. z archiwum artystki

 

 

A często się „przytyka”?  Kiedyś utknęłaś nad „Videozeszytami”, gdy miałaś przygotować ich pierwszą prezentację w postaci filmu.  Zapisujesz je hurtowo, a wtedy skarżyłaś się, że nie mogłaś ich tknąć.

Właśnie przez to, że zobowiązałam się do tego, żeby je pokazać, to nie byłam w stanie nic w nich zapisać. Same „Videozeszyty” wzięły się od wystawy pod tytułem „Dzień jest za krótki (Kilka opowieści autobiograficznych)”, którą robiła Magdalena Ujma z Agnieszką Chodysz. Bardzo chciały pokazać te moje zeszyty, a ja nie chciałam. I stwierdziłam, że zrobię z nich takie wyimki, czyli że zostaną po prostu sfilmowane i będę je komentować. I jak zaczęłam wymyślać jakie to będzie fajne i łatwe, i proste, to mnie zablokowało. Ostatecznie pojechałam do Wrocławia i razem z Marcinem Mierzickim i z moim synem Januszem Czyżewiczem zrobiliśmy nagranie kamerą Blackmagic, dlatego jest taka dobra jakość. 

 

 

Bo mój warsztat jest taki, że wstaję rano i pracuję, czyli czytam, piszę, notuję, robię wykresy, coś tam planuję, wyobrażam sobie to, zapisuję, rysuję, tworzę jakieś diagramy i wykresy tego, jak moje wystąpienie będzie wyglądało. To się nawarstwia całymi latami

 

 

Ale łatwo nie było. Wcześniej, w przypływie kryzysu, spakowałaś zeszyty do walizki i wyniosłaś na śmietnik.

Tak i to jest udokumentowane w wideo „Artysta nie żyje naprawdę”, które powstało w 2015 roku. Stworzyliśmy je z moim synem Januszem i z pięć ról gra tam Paweł Korbus. Pojawia się ta walizka pod śmietnikiem i historia sąsiadów, którzy mi ją zwrócili, przekonując, że trzeba dalej nad tym pracować. Kiedyś na Lwowskiej w Lublinie, mniej więcej przy Okrzei, była taka kładka, po której można było przejść z jednej strony ulicy na drugą. I właśnie tam, żeby podnieść mnie na duchu, moi sąsiedzi i znajomi stanęli z transparentem „Ewa Z. jest prawdziwą artystką”.

 

Grupa osób na kłądce nad ulica stoi z transparentem z napisem: Ewa Z. jest prawdziwą artystka

 

Ewa Zarzycka, "Artysta nie żyje naprawdę", 2015

 

 

Czym są dla ciebie te zeszyty i ile już masz już ich zapisałaś? Kilkaset, kilka tysięcy?

Pewnie jakoś tak. Zeszyty są tym, co pozostaje z warsztatu codziennego, z tego nieprzerwanego procesu pracy. Bo mój warsztat jest taki, że wstaję rano i pracuję, czyli czytam, piszę, notuję, robię wykresy, coś tam planuję, wyobrażam sobie to, zapisuję, rysuję, tworzę jakieś diagramy i wykresy tego, jak moje wystąpienie będzie wyglądało. To się nawarstwia całymi latami.

 

 

W „Mapie sztuki” skupiasz się na tworzeniu mapy. Ale okazuje się, że ginie kartka z objaśnieniem, jak tę monumentalną konstrukcję czytać. Mnie się te twoje zeszyty kojarzą z taką mapą, która po Borgesowsku przykrywa terytorium – przestaje być kluczem, a staje się osobną opowieścią.

Coś w tym jest, u mnie często występuje ta zaginiona kartka, na której było to wszystko, co najważniejsze. Szukanie jej staje się procesem, po którym następuje rekonstruowanie, pisanie na nowo. A bywa tak, że ta kartka się znajduje, no ale często ta nowa okazuje się lepsza. W taki właśnie sposób powstaje moja monografia, której redaktorką jest Marta Zgierska. Marta wymyśliła, że cała koncepcja będzie się opierać na tej kartce, to będzie taki ukryty motyw. No i jak na przykład będzie chciała jakiś tam materiał sprzed dekady, to ja jej go będę musiała znaleźć.

 

Artystka z rękam iw górze, ubrana w biła koszulkę i czarne podkoszulek, na stole dwa czarne globusy, w tle niebo

 

Ewa Zarzycka, fot. z archiwum artystki

 

 

Znajdziesz?

Znajdę prędzej czy później, albo jak nie będę mogła znaleźć jakiegoś zeszytu, to go sfałszuję i jej przedstawię. Wyobraźmy sobie, że ta zaginiona kartka będzie gdzieś tam za szafą, a monografia stanie się jej poszukiwaniem, będzie ciągle w procesie. Świetny pomysł. Dotyka też tego, że nie da się po prostu ogarnąć swojego archiwum, nie da się go odtworzyć. Mój przyjaciel, z zawodu kurator, który mnie wspiera w tych poczynaniach, mówi, że w sumie mogłabym to archiwum performować.

 

 

Problem się pogłębia, gdy archiwum trudno zmaterializować, jak twoje mówione performase. Kwestia fizycznego dorobku i jego braku dość mocno cię zajmowała. Ale i zdarzyło się, dawno temu, w latach 80., że stworzyłaś materialną pracę, chodzi mi o kasetę z Triennale Rysunku we Wrocławiu. Opowiedz o tej historii.

Byłam młodą artystką i chciałam wziąć udział w tym konkursie. Z tym, że Triennale to była bardzo poważna impreza, w radzie artystycznej zasiadali Natalia LL i Andrzej Lachowicz, zgłaszali się różni artyści z całego świata. A mnie chodziło po głowie, żeby po prostu wyjść z rysunku albo w ogóle go pominąć. I robiłam przez jakiś czas, a to samo passe-partout, a

to jakieś tektury, gdzie nie było tego centrum, czyli rysunku. Albo przekreślone kadry, które de facto były i nie były rysunkiem. Ciągle nie miałam tej pracy, termin już się zbliżał i wtedy do Lublina przyjechał Andrzej Partum.

 

 

Z tego co pamiętam, to wtedy wszyscy mieszkaliśmy u zaprzyjaźnionego artysty łącznie z Partumem, bo miał takie trochę większe mieszkanie. Przesiadywaliśmy tam, rozmawialiśmy, trwało to już z dobrze z tydzień, bo tak kiedyś to wyglądało, a nie, że z pociągu biegło się na wernisaż, ewentualnie kawa na drugi dzień i do widzenia…

 

 

Miał wówczas wystąpienie w Galerii Labirynt, która się wtedy mieściła w dzisiejszym Centrum Kultury.

Tak, to był taki czas, kiedy Andrzej Mroczek był bardzo krytykowany, że w Labiryncie nie ma malarstwa, tylko jest sama sztuka konceptualna. Partum chciał jakoś pomóc i wymyślił sobie, że będzie stał i mówił, na podłodze położy brystol, a w ręku będzie trzymał taki pęk grubych flamastrów. I że kiedy trakcie mówienia będzie je upuszczał, to one będą rysowały. Okazało się tylko, że flamastry nie chciały rysować, za to wydawały dźwięk. I to mi pomogło uświadomić sobie, że moja praca będzie po prostu dźwiękowa. Nie miałam tylko żadnej możliwości zarejestrowania dźwięku, nie miałam nawet zwykłego prostego magnetofonu.

 

Z tego co pamiętam, to wtedy wszyscy mieszkaliśmy u zaprzyjaźnionego artysty łącznie z Partumem, bo miał takie trochę większe mieszkanie. Przesiadywaliśmy tam, rozmawialiśmy, trwało to już z dobrze z tydzień, bo tak kiedyś to wyglądało, a nie, że z pociągu biegło się na wernisaż, ewentualnie kawa na drugi dzień i do widzenia…

 

 

A termin gonił...

Szłam sobie przez Krakowskie Przedmieście i zobaczyłam kolejkę do sklepu RTV. Okazało się, że mają magnetofony, to jest jakieś wypasione radiomagnetofony z Lubartowa i każdy kto kupował ten sprzęt, to mógł też dostać w tym pakiecie dwie kasety. Stanęłam kolejce, ale okazało się, że mam tylko 150 złotych, a radiomagnetofon kosztuje trzysta. Ubłagałam dziewczynę za ladą, żeby mi ten zestaw odłożyła. No i pobiegłam do mieszkania Jurka Onucha na Wróblewskiego, bo tam mieszkały moje koleżanki i pożyczyłam od nich kasę, kupiłam ten sprzęt i mogłam nagrywać. Zarejestrowałam mój głos, jak czytam definicję rysunku, próby narzędzi i opisy z ołówków – jaka firma, jaka twardość i tak dalej, były też dźwięki wykonywania passe-partout czy rysowania.

 

Zrobiłam dwie kopie, tę z wystawy kupiło Muzeum Narodowe w Warszawie i stało się to tak, że po prostu przyjechała jakaś pani kustosz, podobno jakaś poważna i wybrała parę prac, między innymi Zbyszka Warpechowskiego i też moją, ale nikt nas nie pytał, czy wyrażamy zgodę, czy nam pasuje taka suma, czy nie. Po prostu przyszło pismo i gdzieś je mam, że praca została kupiona i dostałam przekazem pocztowym pięć tysięcy złotych, to była kupa kasy, a ten radiomagnetofon kosztował trzysta, dobrze na tym wyszłam.

 

Portret kobiety w okularach na tle jesiennego pejzażu w lesie

 

Ewa Zarzycka, fot. z archiwum artystki

 

 

Skoro mówimy o tych dawniejszych czasach, to co słychać u twoich butów do „Utrzymania pozycji artystycznej”? Podobno się od ciebie wyemancypowały i wiodą samodzielne życie.

Te buty zrobiły karierę zupełnie po swojemu. Tak w ogóle, to dostałam je w prezencie. Jechałam sympozjum „Sztuka jako gest prywatny” w Koszalinie w 1989 roku. Zatrzymałam się w Bydgoszczy, u moich przyjaciół z czasów studiów i zapytali mnie, co będę robić. Miałam już strój, w tym takie spodnie z niskim krokiem, zresztą chyba dostałam je od Marty Warpechowskiej, bo Zbyszek jej je przywiózł gdzieś ze świata, ale ona jako pani doktor w Sandomierzu nie mogła się w nich pokazać, więc mi oddała. No i miałam taką marynarkę z aksamitu i czarną koszulę w białe cętki. Buty planowałam normalne, jakieś sztyblety, ale wciąż szukałam sposobu, by się podnieść i uratowała mnie moja przyjaciółka Zenobia, która przywiozła z Indii wór butów, który jej się rozszedł, bo wparowała ekipa kobiet, która wszystko wykupiła. Zostały tylko takie klapki na obcasie, jeden większy, drugi trochę mniejszy, jeden bardziej żółty, drugi bardziej biały i Zenobia mi je podarowała, żebym się mogła na nich podnieść artystycznie.

 

Tam z kolei powstało nagranie na temat tych butów, jedni pamiętali, że były białe i niewinne, inni, że czerwone. W związku z tym pokazałam takie czerwone szpilki, które dostałam na urodziny od kolegów w Krakowie, i to już jest po prostu taka zabawa z tymi butami

 

 

Podobno po rynku krążą podróbki…

Tak, i stąd się wzięły te opowieści, że ktoś je widział, jak szły wąwozem w Kazimierzu albo jak na festiwalu Schulza w Drohobyczu tańczyły na stole, a jeszcze innym razem próbowały się wbić do jakiegoś muzeum… Z czasem jako te już kultowe, mityczne rekwizyty, zaczęły być pokazywane na różnych wystawach. I nawet zdarzyło się coś takiego, że Agnieszka Rayzacher chciała je pokazać w Lokalu 30, a jednocześnie w Piotrkowie Trybunalskim na festiwalu Interakcje Grzesio Borkowski miał wystawę „Przedmioty Aktywne” i też je chciał pokazać, nawet napisał o tym tekst. Inna artystka, taka Ola Kozioł z Łodzi, nawet próbowała w nich zatańczyć, żeby wydobyć jakąś energię.

 

I zanim rzeczywiście zakupiło je Muzeum Sztuki w Łodzi, to pewna bardzo fajna, młoda, wykształcona dziewczyna wykonała ich kopię metodą fotogrametrii. W tym roku, w lutym, brałam udział w wystawie w Trafo, no i oni też chcieli te buty, ale wiadomo, muzeum mogłoby się nie zgodzić, więc wysłałam kopię. Dzięki temu Trafo nie musiało płacić, nie było tych wszystkich pism, buty mogły sobie mogły stać swobodnie, na jakiejś tam ekspozycji, nawet bez żadnej gablotki. W międzyczasie też miałam wystawę w Entropii we Wrocławiu. Tam z kolei powstało nagranie na temat tych butów, jedni pamiętali, że były białe i niewinne, inni, że czerwone. W związku z tym pokazałam takie czerwone szpilki, które dostałam na urodziny od kolegów w Krakowie, i to już jest po prostu taka zabawa z tymi butami.

 

 

Gdybym miała znaleźć jakiś równie kultowy odpowiednik wśród bohaterów twoich performansów, to wahałabym się chyba pomiędzy mężem, profesorem nauk o ziemi, a listonoszem, znawcą Unii Europejskiej. Ludziom nie myli się fikcja z rzeczywistością?

To jest taki kapitalny dla mnie układ, że mogę nie wypowiadać pewnych kwestii, bo ktoś inny zrobi to za mnie. Na przykład coś skrytykować, albo skomplementować, albo wprowadzać jakieś niepopularne poglądy i to jest bardzo, bardzo fajna sytuacja. Ostatnio jestem w cyklu takich performansów, kiedy mój mąż, profesor nauk o ziemi odradza mi wyjazd w każde miejsce i zawsze znajduje argumenty, na przykład pytając, co takiego jest tam, czego nie ma tutaj… Kiedyś, w Krakowie, podeszła do mnie pewna artystka i powiedziała: „no tak, moja przyjaciółka, bardzo bliska, też miała męża naukowca, no i co, musiała się rozwieść, bo to jest nie do zrobienia…”

 

Artystka w okularach, w ciemnym stroju, białej koszuli trzyma w reku skoroszyt i plik dokumentów

 

Ewa Zarzycka, Galeria Wschodnia, fot. Jerzy Grzegorski

 

 

Jest jeszcze sąsiadka pisząca dramaty, dozorczyni, pani z warzywniaka, sąsiad filozof, kioskarka… Na Tyskim Festiwalu Performance opowiadałaś, jak poszłaś do kiosku, a tam kioskarka się tajniaczy i zasłania nagłówki. Okazało się wszystkie te postacie się zbuntowały i postanowiły zagrać w serialu.

Uchylę ci rąbka tajemnicy, bo nawet dzisiaj byłam w tym kiosku i się żegnałam z panią Anią, bo mi powiedziała, że niestety zamyka biznes. Nigdy się jej nie przyznałam, że jest bohaterką tej mojej performatywnej telenoweli. Kiedyś się zdarzyło, że pewien dokumentalista chciał przyjechać do mnie do Lublina i wszystkich tych ludzi sfotografować. Zwierzyłam się z tego zmartwienia Pawłowi Korbusowi, który chwilę pomyślał i powiedział, że da się zrobić.

 

 

Artysta musi być obecny, szczególnie w performance, tymczasem tobie udało się wystąpić przez telefon.

Tak i co ważne, to było przed pandemią. Miałam jechać do Łodzi do galerii Imaginarium z kolegami muzykami. Zaplanowane było audio, wideo i performance, i wszystko super, ale moja mama źle się poczuła i wylądowałam z nią na SOR. Wiadomo, jak jest: badania się przeciągają, wszystko dzieje się diabelnie powoli, do tego moja mama miała problemy z pamięcią. Mój brat nie mógł mnie wymienić. Założyłam, że rano nas wypuszczą i pojadę prosto na pociąg do Łodzi. Godzina się zbliża, a czasu coraz mniej. Pojechałam z mamą do domu. Rozmawiam z kolegami przez telefon, oni mówią: „Słuchaj, przecież my tu mamy sprzęt. Możemy cię puścić z głośnika, mamy wszystko przygotowane”. No ale pozostał problem, co z mamą. No więc proszę ją, żeby nie włączała radia, telewizji, bo będę robiła nagranie. Na co moja mama: „Co ty mi mówisz? Moja córka Ewa jest artystką i ja wiem co to znaczy”. I była przez cały czas tak cichutko, że nawet nie zapaliła światła.

 

 

Kiedy skończyło się moje wystąpienie, zadzwoniła do mnie bardzo fajna artystka, taka malarka Małgosia Borek i mówi: „Ale było zajebiście. Głupio tak powiedzieć, ale świetnie, że cię nie było. Wszyscy słuchali jak w kościele”. W życiu mi się nie zdarzyło, żeby ludzie byli tak skupieni

 

 

 

I co, udało się?

Udało. Kiedy skończyło się moje wystąpienie, zadzwoniła do mnie bardzo fajna artystka, taka malarka Małgosia Borek i mówi: „Ale było zajebiście. Głupio tak powiedzieć, ale świetnie, że cię nie było. Wszyscy słuchali jak w kościele”. W życiu mi się nie zdarzyło, żeby ludzie byli tak skupieni. 

 

Artystka w okularach, w ciemnym stroju, białej koszuli stoi pośrodku galerii, obok zgromadzona publiczność

 

Ewa Zarzycka, Galeria Wschodnia, fot. Jerzy Grzegorski

 

 

Wspólnie z Pawłem Korbusem i Magdą Franczak wzięłaś udział w „Powiększeniu” w Lublinie, to była taka wystawa-sympozjum o spieniężaniu sztuki, ten temat też cię bardzo interesuje.

Propozycja wyszła od Waldka Tatarczuka, powiedziałem wtedy, że to jest bardzo dobra okazja, żeby w ogóle ujawnić cały ten mechanizm. Na przykład, ile kosztuje wynajęcie i utrzymanie pomieszczenia Labiryntu w centrum handlowym, wszyscy byli też ciekawi, jaka jest wartość rynkowa naszych prac, a specjalnie w tym celu przyjechała rzeczoznawczyni, Grażyna Niezgoda, która wygłosiła wykład. I okazuje się, że to jest wszystko bardzo dyskusyjne, były na przykład czasy, że nikt nie chciał prac Fangora. On sam chciał ofiarowywać swoje dzieła muzeom za darmo, tylko że one nie były nawet zainteresowane. Każdy artysta ma poczucie, że jego prace są coś warte i zasługują, by trafić do kolekcji. I wcale nie chodzi o tę wartość wymierną.

 

 

W 2021 roku Salvatore Garau sprzedał niewidzialną rzeźbę, to znaczy jego energię, jak tłumaczył. Ten fakt tak cię zainspirował, że przywołałaś go w jednym z performansów.

Takie rzeczy cały czas mnie inspirują, właśnie z uwagi na brak obiektów sztuki. Te pytania powoli zanikają, ale kiedyś miałam ich rzeczywiście bardzo dużo. Raz pewien młody człowiek zagadnął mnie na jakimś festiwalu, czy ja się nie boję, że moje mówione performanse są takie efemeryczne i nic z tego potem nie zostanie… A ten artysta sprzedał nie tyle próżnię, co właśnie energię tego potencjału, co by było, gdyby. Na szczęście, gdy jak zwykle zaczęły targać mną wątpliwości co do własnej sztuki, mój mąż, profesor nauk o ziemi, zapewnił mnie, że w tej właśnie materii mam dużo więcej doświadczenia.

 

 

Artykuł opublikowano w ramach zadania "Miej Miejsce w kulturze 2026-2027" dofinansowanego z Programu Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego „Czasopisma" oraz z budżetu Miasta Łodzi w ramach Programu „Łódź pełna kultury ".

 

 

______________________

 

 

Ewa Zarzycka – urodzona w 1953 w Szczecinie. W latach 1973-1978 studiowała w Katedrze Grafiki Wydziału Malarstwa, Grafiki i Rzeźby w Państwowej Wyższej Szkole Sztuk Plastycznych (obecnie Akademia Sztuk Pięknych) we Wrocławiu. Artystka związana ze sztuką konceptualną, tworzy performanse, w tym charakterystyczne dla jej praktyki performanse mówione, a także rysunki, obiekty, wideo i instalacje. W swojej twórczości podejmuje refleksję nad sztuką, językiem i relacjami między światem sztuki a codziennością. Prowadzi zajęcia z działań procesualnych i performance na Akademii Sztuk Pięknych we Wrocławiu. Laureatka Nagrody im. Katarzyny Kobro za 2024 rok.

 

 

______________________

 

 

Sylwia Hejno – dziennikarka, redaktorka, krytyczka. Do września 2025 r. pracowniczka Biura Wysokiego Komisarza NZ ds. Uchodźców.

 

 

______________________

 

 

______________________

 

 

 

Zdjęcie główne: Ewa Zarzycka, "Artysta nie żyje naprawdę", 2015