Od 33 lat przewozi i montuje dzieła sztuki w Galerii EL. Wspina się na wysokość 20 metrów, buduje konstrukcje i improwizuje, gdy wystawa nie idzie zgodnie z planem. Zbigniew Kinder w rozmowie z Kamilą Kuprjanowicz opowiada o kulisach pracy montażysty, relacjach z artystami i emocjach, które towarzyszą mu zarówno przy tworzeniu wystaw, jak i własnej sztuki.
Na początek opowiedz mi proszę jak trafiłeś do Galerii El?
Będąc młodym chłopakiem szukałem pracy jako kierowca i odpowiedziałem na ogłoszenie w gazecie. Podobno przede mną próbowało piętnaście osób, ale żadna się nie sprawdziła. Ja byłem szesnasty. Moją jazdą próbną był transport potężnej wystawy do Sopotu. Widocznie dałem radę bo dostałem tę robotę. Jestem w El już od 33 lat.
Byłem takim robotnikiem sztuki, praktycznie od wszystkiego, tak to u nas wygląda
Czyli na początku byłeś tylko kierowcą?
Nie, od razu byłem zatrudniony na stanowisku kierowcy i wszystkie rzeczy zlecone przez dyrektora. Byłem takim robotnikiem sztuki, praktycznie od wszystkiego, tak to u nas wygląda.
Czy w takim razie jesteś w stanie oszacować ile wystaw zrealizowałeś przez te 33 lata?
Trudno powiedzieć. Bardzo dużo, setki. Na początku było ich około dwunastu rocznie - każda trwała mniej więcej miesiąc. Z czasem doszły kolejne przestrzenie, takie jak krużganek i empory. Teraz robimy pewnie jakieś dwadzieścia wystaw rocznie.
Jak wytłumaczyłbyś komuś, kto nigdy nie był w galerii sztuki współczesnej, na czym polega praca montażysty wystaw?
Na pewno nie jest to tylko wbijanie gwoździ i wieszanie obrazów na ścianie. Często mamy do czynienia z instalacjami, przy których trzeba coś zbudować – ściankę albo specjalną konstrukcję do podwieszenia pracy. Z pewnością wymaga to umiejętności manualnych, ale też wyobraźni, kreatywności, no i sprytu. Czasem trzeba znaleźć rozwiązanie, nawet jeśli na pierwszy rzut oka wydaje się to niemożliwe.Tak, myślę, że takich trudnych realizacji było wiele. Pamiętam na przykład, jak kiedyś podwieszaliśmy w przestrzeni telewizory, a nad nimi rzeźby ludzkich postaci. Musiałem wtedy wejść na wysokość 20 metrów - bo tyle ma główna sala w El - i precyzyjnie wycyrklować długości linek, żeby to wszystko jakoś zagrało. Już tylko ja i kolega Andrzej, wchodzimy na takie wysokości. Trzeba mieć do tego badania wysokościowe, nie bać się chodzić po kratkach, mając pod sobą dwudziestometrową przepaść. Może trudno jest mi to teraz wytłumaczyć, ale kosztuje to zawsze dużo emocji i nerwów.
Trzeba mieć do tego badania wysokościowe, nie bać się chodzić po kratkach, mając pod sobą dwudziestometrową przepaść. Może trudno jest mi to teraz wytłumaczyć, ale kosztuje to zawsze dużo emocji i nerwów
Rozumiem, że zabezpieczenia macie.
Takie zabezpieczenia, żeby się nie bać.
Co jeszcze sprawia szczególną trudność przy montażu wystaw w Galerii EL?
Są pewne ograniczenia. Mamy tu chociażby ceglane ściany, więc nie wszędzie możemy wbić gwóźdź czy kołek. Ale oczywiście, jeśli jest taka potrzeba szukamy różnych metod, żeby te trudności obejść i daną pracę zamontować.
Wymagająca pod tym kątem była na pewno wystawa Stacha Szumskiego. Musieliśmy na przykład usypać ogromny kopiec piachu. Ale żeby nie wnosić do galerii trzech wywrotek materiału, zrobiliśmy wypełnienie z różnych tworzyw i przykryliśmy je piaskiem. Sprawiało to wrażenie, jakby była go po prostu masa. Tu właśnie wchodzi kreatywność. Tego oczekuje Pani dyrektor i to się robi.
Czy zdarza się, że to Ty lub pozostali montażyści decydujecie o tym co i gdzie zostanie pokazane?
Tak, oczywiście. Bierzemy udział w aranżacji i to bardzo czynny. Ale zdarza się, że i gotowy plan podczas montażu okazuje się niedobry. Trzeba wtedy reagować, ratować ekspozycję. Powiedziałbym, że improwizacja to nasza codzienność. To napędza do działania. Jeśli jest za nudno, emocjonalnie nic po takiej wystawie nie zostaje. Przyznam, że mimo tych ponad trzydziestu lat doświadczenia montaż wystawy wciąż dużo mnie kosztuje - nie tylko fizycznie. Zwykle po zakończeniu pracy jestem też emocjonalnie wypompowany. Jakoś bardzo to wszystko chłonę. Staramy się jednak, żeby takich niespodzianek przy montażu było jak najmniej i tu kluczowy jest etap planowania.
Jeśli jest za nudno, emocjonalnie nic po takiej wystawie nie zostaje. Przyznam, że mimo tych ponad trzydziestu lat doświadczenia montaż wystawy wciąż dużo mnie kosztuje - nie tylko fizycznie
Ale czy to wyczerpanie wynika ze stresu? Pracujesz często z bardzo cennymi i delikatnymi obiektami, a podczas montażu - jak sam mówisz - zdarza się, że trzeba zmienić całą koncepcję. Czasu też nie jest dużo, bo zaledwie cztery dni między wystawami. Wyobrażam sobie, że to duża odpowiedzialność i spora presja.
Już teraz nie. Raczej ma to związek z przebywaniem z dziełami i artystą. Oczywiście stres też się pojawia, zwłaszcza przy delikatnych obiektach, ale na początku odczuwałem go mocniej. Dajmy na to geometrię. To trochę inna specyfika pracy, bo jest to sztuka mega czysta, mega dokładna. Trzeba przy niej bardzo uważać, bo nawet minimalna kropeczka czy pyłek już jej szkodzi. Mieliśmy taką wystawę „Język Geometrii” i wtedy faktycznie był stres i białe rękawiczki. Z drugiej strony, jeśli wszystko podczas montażu idzie gładko, to i stres schodzi. Jeśli artysta czy artyści są zadowoleni, to jakoś idzie.
W którym momencie zaczyna się Twoja praca nad wystawą i jak ten cały proces wygląda?
Zaczyna się od wyjazdu po wystawę, a właściwie od kontaktu z artystą przy odbiorze prac. Jest przy tym zawsze dużo opowieści. Przez te wszystkie lata nikt inny tego nie robił. Wszystkie prace, które były w Galerii EL, przywiozłem ja, one wszystkie przeszły przez moje ręce.
Kilka razy jeździłem po prace do Gerarda Kwiatkowskiego, założyciela Galerii EL. Przeważnie bywaliśmy sami, dużo rozmawialiśmy i o sztuce, i o jego życiu prywatnym. Bardzo się przede mną otwierał. Opowiadał między innymi o wojnie, którą przeżył jako dziecko. Pokazał mi miejsce w swoim domu, o którym nikomu wcześniej nie mówił - tak przynajmniej twierdził. Mimo że miał dwie lub trzy sypialnie z dużymi łóżkami, chodził spać do małego schowka, dosłownie metr na dwa. Jakby się tam chował. Tak samo pokazał mi obrazy, których bardzo się wstydził. To były obrazy na sprzedaż, takie zwykłe domki, kwiatki. Wstydził się, że musi w ten sposób dorabiać na życie.
A jak jest teraz? Artyści i artystki nadal są tacy otwarci czy coś się zmieniło na przestrzeni lat?
Dużo się zmieniło. Nie ma już tej otwartości. Często odbywa się to na zasadzie kuriera. Przyjeżdżam, odbieram i do widzenia. Kiedyś nie mogło się obyć bez wspólnej posiadówki przy kawie, nierzadko z jakimś obiadem. Artyści łaknęli opowieści. Teraz jest to coraz rzadsze. Szkoda, bo to budowało relacje.
Kontakt z artystami to w zasadzie główny powodów, dla którego tak długo pracuję w El. Generalnie uważam, że moje stanowisko jest najlepsze, nie zamieniłbym się z nikim
A jak jest przy montażu?
Różnie, powiedziałbym, że mniej więcej pół na pół. Są osoby, które nie wyobrażają sobie, żeby nie pracować przy własnej wystawie. Dla wielu jest to nieodłączna jej część, ale są i tacy którzy zdają się na nas. Fakt, że kiedy artysty nie ma jest znacznie łatwiej, ale ja mimo wszystko wolę, kiedy jest. Kontakt z artystami to w zasadzie główny powodów, dla którego tak długo pracuję w El. Generalnie uważam, że moje stanowisko jest najlepsze, nie zamieniłbym się z nikim. Chyba nikt w galerii nie spędza z artystami tyle czasu co ja. Najpierw spotykamy się, kiedy jadę odebrać prace, a potem jesteśmy razem przez kilka dni montażu, zwykle od poniedziałku do czwartku. Pracujemy i rozmawiamy po osiem, czasem dziesięć czy dwanaście godzin dziennie. To mnie właśnie nakręca, żeby pracować dalej, i dalej, i dalej, i dalej, i tak ten czas leci.
Co sprawia, że z danym artystą/artystką czy kuratorem/kuratorką pracuje się łatwo, a co potrafi tę współpracę bardzo utrudniać?
W mojej historii trudne sytuacje zdarzały się bardzo rzadko. Zazwyczaj jeśli kurator ma odrobinę zaufania, bo widzi, że rozmawia z kimś kto wie co mówi, z kimś kto ma jakieś doświadczenie, wtedy pracuje się łatwiej. Na pewno nie powinno być czegoś takiego jak obrażanie się, ale to bardziej po naszej stronie. Niestety, nawet jak kurator nie ma racji, to zawsze ma rację. Myślę, że najlepszą metodą - i taką wskazówką dla innych - jest wsłuchiwanie się. Trzeba mieć w sobie dużo pokory. Zdarzają się czasami artyści, tak zwani wielcy, ale wtedy trzeba po prostu wiedzieć, jak się odpowiednio zachować.
Powiedziałeś już, że twoja praca jest najlepszą pracą w całej galerii, ale zastanawiam się, czy nie zdarza ci się mimo wszystko fantazjować o chociaż chwilowej zamianie ról, na przykład o byciu kuratorem?
Ale często tak właśnie się czuję, gdy artyści proszą o pomoc, czyli dosyć często. Mój udział w tworzeniu wystawy jest naprawdę spory. Przy rozstawianiu prac doradzam: może tu, może tu. Okazuje się, że: „O, tak! Wspaniały pomysł” i tak to się właśnie odbywa. Znam tę przestrzeń i od razu czuję, że to i to, no niestety.
Po chwili wrócił, zaryczany, i mówi, że tak się wzruszył przed jednym obrazem, że on bardzo przeprasza, ale czyje to jest? A ja na to, że akurat moje. To było niesamowite
Sam także jesteś twórcą. Otrzymałeś m.in wyróżnienie podczas 31 Salonu Elbląskiego. Co było pierwsze, praca czy sztuka?
Praca była pierwsza, oczywiście. Wydaje mi się, że zacząłem tworzyć, bo nasiąkłem tą sztuką. To było tak, że najpierw zgłosiłem swoją pracę na Salon Elbląski, dostałem się i jakoś to poszło. Najbardziej dumny jestem z takiego obrazu „Rosa Winkel” - różowy trójkąt na tle w białe i niebieskie paski. Nawet podwójnie dumny - po tylu latach wieszania wystaw nagle moja praca zawisła obok prac innych artystów.
Kiedyś akurat zastępowałem koleżankę na recepcji i przyszedł jakiś pan, przedstawił się, powiedział, że jest artystą, i poszedł obejrzeć wystawę. Po chwili wrócił, zaryczany, i mówi, że tak się wzruszył przed jednym obrazem, że on bardzo przeprasza, ale czyje to jest? A ja na to, że akurat moje. To było niesamowite.
Łatwo było Ci oddać własną pracę w ręce innego montażysty?
No nie, na to nie pozwoliłem. Sam montowałem.
Malując od razu myślisz o tym, jak dany obraz zostanie zamontowany?
Nie, nie, tworzenie jest czymś oddzielnym. Wielokrotnie słyszałem od artystów, ile emocji towarzyszy im przy pracy, ale nie sądziłem - nie znałem tych uczuć - dopóki sam nie zacząłem malować. To zabiera mi mnóstwo energii. Naprawdę, to są ogromne emocje.
Czy to doświadczenie przekłada się na twoją pracę w galerii?
To znaczy, jako montażysta zawsze traktuję artystów tak samo, bez względu na nazwisko czy dorobek. W trakcie wystawy artysta jest dla mnie najważniejszym człowiekiem. Po prostu staram się dobrze traktować ludzi. Może dlatego w drugą stronę dostaję od nich to samo.
I na koniec: co czujesz patrząc na gotową wystawę?
Zazwyczaj czuję się dumny z tego, że się udało. Czasami widać ten ogrom pracy włożonej w wystawę, ale przeważnie widz nie zdaje sobie sprawy, ile wysiłku fizycznego i umysłowego wymaga powieszenie tych przysłowiowych kilka obrazków. Z każdego otwarcia jestem naprawdę dumny - dumny z tego co udało nam się wspólnie zrobić.
___________________
Zbigniew Kinder - wieloletni pracownik Centrum Sztuki Galeria EL oraz artysta związany z Elblągiem. Przez 33 lata uczestniczył w transporcie i montażu tysięcy dzieł prezentowanych na wystawach w Polsce i za granicą, m.in. w krajach nadbałtyckich, Białorusi, Rosji i Ukrainie. W swojej twórczości posługuje się oszczędnym językiem abstrakcji geometrycznej. Jego obrazy można oglądać podczas Salonów Elbląskich.
___________________
Kamila Kuprjanowicz - kuratorka i producentka wydarzeń artystycznych. Na co dzień związana z Galerią Sztuki Wozownia w Toruniu gdzie współtworzy program wystawienniczy i towarzyszący. Członkini Fundacji W788. Studentka kierunku Krytyka artystyczna na Wydziale Sztuk Pięknych UMK.
___________________
___________________