Od kilku lat szlifuje 13-tonowy Kamień ukryty w lesie. Z czasem praca nad nim stała się dla niego czymś więcej niż działaniem artystycznym – zapisem przemiany i sposobem pracy nad sobą. Sam siebie nazywa czartystą. O Kamieniu, rytuałach, przypadkach i potrzebie zmieniania rzeczywistości z Pawłem Traczem rozmawia Marcin Polak.

 

 

 

Gdzie się teraz znajdujesz?

Platforma mieszkalna Posejdon na Morzu Północnym, 30 km na zachód od wybrzeży Jutlandii. Jest 8 sierpnia, właśnie zaszło słońce.

 

 

Każdy artysta ma jakiś drugi zawód, drugą rolę albo sposób funkcjonowania poza sztuką. Ty w ogóle czujesz się artystą?

Tak. Swoją wolność wyszarpuję, naprawiając łopaty wiatraków na morskich farmach wiatrowych. Kiedyś patrzyłem na siebie jak na twórcę albo transformatora, ponieważ odkąd pamiętam, lubiłem na różne sposoby modyfikować otaczającą mnie rzeczywistość. Wymyśliłem dla siebie zupełnie nową kategorię, ponieważ wydawało mi się, że to, co robię, znajduje się na ziemi niczyjej. Nazwałem się czartystą (od anagramu mojego nazwiska).

Kreacja rzeczywistości, czarowanie jej i wyrażanie siebie za pomocą własnego języka symbolicznego i praktyki spełniają podstawowe założenia tego, kim jest artysta, więc jestem artystą. Co prawda bez talentu, ale z uporem – nie tworzę sztuki przez duże Sztuuu!

Od czterech lat łączę także pracę z pewnego rodzaju praktyką twórczą. Każdy sezon spędzony na morzu podsumowuję cyklem prac malarskich, które w jakiś sposób odwzorowują moje aktualne zainteresowania i stan ducha. Namawiam swoich kolegów z pracy, by razem ze mną stworzyli jakąś nietypową akcję lub wystawę na statku albo turbinie.

Pomaga mi to spożytkować w jakiś konkretny sposób nadmiar wolnego czasu. Średnio podczas dwutygodniowej rotacji przez 5–6 dni dryfuje się, czekając na poprawę pogody, na pokładzie metalowej puszki. A także zrobić coś nietypowego, co wybije moich towarzyszy z codziennej rutyny. Muszę przyznać, że wielu kolegów po fachu chętnie uczestniczy w tych szopkach.

 

Na statku, mężczyzna z pomalowaną na niebisko twarzą trzyma niebiską urnę, a obok kilku w białych kombinezonach i maskach . W tle dziwny  obraz

 

Fot. archiwum prywatne Pawła Tracza

 

 

Ciałem jesteś na morzu, ale duchem gdzie jesteś? Właśnie o tym chciałem porozmawiać.

Duchem skaczę z miejsca na miejsce, od ducha do ducha. Lubię wracać do znanych mi miejsc, szczególnie w rodzinne strony. Kiedy jestem tutaj, Kamień jest moim przedstawicielem tam. Myśl o tym, że stoi sobie w lesie, z tysiącami czarnych kamieni – lidytów – złożonych pod nim, daje mi poczucie zakotwiczenia i pozwala łatwiej przenosić się tam myślami.

Będąc na platformie, mam przy sobie jeden taki kamień, znaleziony w tym roku na polu, które uprawiali moi przodkowie. Od siedmiu lat zbieram kamienie na okolicznych polach. Przez pięć lat wybierałem spośród nich jeden czarny, który wydawał mi się wyjątkowy, i zabierałem go ze sobą do pracy. Towarzyszył mi z dala od domu, zapewniając fizyczną więź z rodzinnymi stronami.

Nie wiedziałem, po co właściwie je zbieram. Nazbierało się ich kilkaset kilogramów. Po symbolicznym Otwarciu Kamienia większość z nich złożyłem w ofierze dodatkowego czasu w pustce u jego podnóża, z której wyszedłem.

Więc można powiedzieć, że jestem w dwóch miejscach jednocześnie. Ten mały kamyczek jest moim mostem między nimi.

 

 

 

      Sam jestem ciekaw ostatecznego celu. Myślę, że będzie się zmieniał, tak jak Kamień. Ostatecznie chodzi o proces indywiduacji, poszerzanie własnej świadomości i uchwycenie tego procesu w kamieniu

 

 

 

Szlifujesz ogromny kamień w trudno dostępnym miejscu. Co sprawiło, że wybrałeś właśnie taką formę działania? Jaki jest cel tej pracy? Do czego ma prowadzić ten proces?

Cel pracy zmieniał się wraz ze mną. Aktualnie myślę o tym, by uświęcić to miejsce i stworzyć świątynię dumania – piękne, nieoczywiste miejsce pośrodku lasu, które wywoła zaskoczenie u kogoś, kto przypadkowo na nie trafi.

Chciałbym, żeby łączyło 20 milionów lat historii: od mioceńskiego wulkanizmu, który zrodził skały, z których zbudowany jest Kamień, przez przedwojenne wydobycie bazaltu, które stworzyło tę scenerię i wydobyło go na światło dzienne, aż po moje jestestwo, które to wszystko przetransformowało. Na razie wyszlifowana jest tylko wschodnia ściana Kamienia. Myślę, że z czasem całość przybierze podobną formę, a otaczające go kamienne płyty ozdobią płaskorzeźby przedstawiające symbole przemiany.

Sam jestem ciekaw ostatecznego celu. Myślę, że będzie się zmieniał, tak jak Kamień. Ostatecznie chodzi o proces indywiduacji, poszerzanie własnej świadomości i uchwycenie tego procesu w kamieniu.

 

Czarny wyszlifowany kamień stoi w kamieniołomie, w tle przyroda

 

Fot. Marcin Polak

 

 

Jak doszło do tego, że znalazłeś się w tym miejscu?

Ciekawe jest to, że na Kamień trafiłem po raz pierwszy około 11 lat temu, a wydawało mi się, że znam okoliczne lasy jak własną kieszeń. Amfiteatr skalny z dziesięciometrowymi ścianami, a pośrodku niego trzynastotonowy kamień, wysoki na 3,3 m, stojący na pięciu kamieniach niczym solista na scenie. Pamiętam, że byłem bardzo zaskoczony, że zaledwie 22 minuty drogi od domu mojej babci znajduje się tak piękne miejsce.

Często chodziłem tam z psami na spacer i szybko pojawiła się myśl, że chciałbym mieć go w swoim ogrodzie. Przez kilka lat wraz z moim przyjacielem Markiem, fizykiem teoretykiem, snuliśmy wizje, jak można byłoby to zrobić. Teren był ciężki, ale nie odpuszczaliśmy, wymyślając co pewien czas nowe pomysły.

 

 

 

      Amfiteatr skalny z dziesięciometrowymi ścianami, a pośrodku niego trzynastotonowy kamień, wysoki na 3,3 m, stojący na pięciu kamieniach niczym solista na scenie

 

 

 

W międzyczasie przeniosłem swoje zainteresowania na najwyższy szczyt Wzgórz Gilowskich – Zgubę, na której znajdował się kamienny mur w kształcie łzy, z wyrastającym z niego starym, na wpół spróchniałym świętym dębem. Całe to miejsce było zarośnięte krzakami, samosiejkami i jeżynami, zasłaniającymi jego potencjalny urok.

W maju 2022 roku postanowiłem przywrócić temu miejscu dawny blask. Oczyściłem wnętrze i najbliższe okolice muru z pożerającej go roślinności, postanowiłem też usunąć wyłaniające się tu i ówdzie z podłoża kamienie. Jak się okazało, cały teren usiany był pozarastanymi głazami, które wydobywałem z ziemi przez trzy miesiące, regularnie odwiedzając to miejsce w przerwach między wyjazdami do pracy i życiem we Wrocławiu.

Wydobywanie tych kamieni pozwalało mi wejść w rodzaj transu i skupić się tylko na jednym, a przy okazji było dobrym sposobem na regularne wyjścia do lasu i trening siłowy. Po wydobyciu ostatniego kamienia za murem powstał kilkumetrowy wał złożony z wydobytych głazów. Postanowiłem wykorzystać je do obłożenia pnia dębu – w ten sposób powstała kopuła o wysokości 1,5 m, zespolona ze starym murem.

 

Duży dąb obłożony sterta kamieni, dwa psy

 

Fot. archiwum prywatne Pawła Tracza

 




Czy wtedy po raz pierwszy poczułeś, że samo wydobywanie kamieni i praca z miejscem może stać się dla ciebie czymś więcej niż tylko porządkowaniem terenu?

Ta praca, którą skończyłem w październiku, przypomniała mi o moich kamiennych budowlach z czasów dzieciństwa i nieraz bezsensownym odgruzowywaniu korytarzy jaskiniowych zasypanych kamieniami, kiedy bardziej aktywnie zajmowałem się taternictwem jaskiniowym. Jak to zwykliśmy mawiać: „Kawał dobrej, nikomu niepotrzebnej roboty”.

Powstał jednak trwały efekt mojego działania, do którego mogłem wracać nie tylko myślami, a czas tam spędzony pozwolił mi na głębokie zżycie się z tym miejscem. Chciałem robić to dalej – zmieniać święte miejsca na swój sposób. Wtedy przypomniał mi się Kamień po drugiej stronie wioski. Wracając do niego, poczułem, że jego miejsce jest tutaj i nie wolno mi go ruszać. To nie on ma przyjść do mnie, tylko ja do niego.

 

 

 

      8 października 2022 roku zacząłem od podpisania Kamienia – wyryłem na jego tyle napis CZART. Napis dodatkowo wpisywał się w geografię tego miejsca, gdyż okoliczne tereny nazywane są Piekłem.

 

 

 

Co było bezpośrednią inspiracją do rozpoczęcia prac?

Inspiracją był obraz, który dostałem od mojej ówczesnej dziewczyny, namalowany dziewięć lat wcześniej. Przedstawiał jakby zarys bryły Kamienia, otoczony siatką mieniących się trójkątów. Wymyśliłem, że odwrócę sytuację i Kamień ozdobię siatką wybitych w skale trójkątów.

8 października 2022 roku zacząłem od podpisania Kamienia – wyryłem na jego tyle napis CZART. Napis dodatkowo wpisywał się w geografię tego miejsca, gdyż okoliczne tereny nazywane są Piekłem. Następnie zacząłem wybijać w środkowej części Kamienia trójkąty. Była to dość mozolna praca. Po kilku dniach zatrzymałem się. Uznałem, że zostawię dotychczasową siatkę złożoną z 49 znaków i zastanowię się, co z nią dalej zrobić, a w międzyczasie zacznę szlifować Kamień, zaczynając od boków, i zobaczę, dokąd mnie to zaprowadzi.

Nie wiedziałem wtedy, jak bardzo ja i moje życie zmienimy się w tym czasie. Na przestrzeni 22 miesięcy pierwszego etapu prac spotkało mnie tam wiele magicznych sytuacji, jak choćby samoistne pęknięcie na pół jednego z okolicznych głazów czy znalezienie poniemieckiego dłuta u stóp Kamienia, kiedy podczas pełni przybyłem pod niego i zacząłem kopać, wiedziony jakimś impulsem.

 

 

 

Nie wiem, czy będziemy zdradzać dokładną lokalizację tego miejsca, czy jednak ją podamy. Trudno przecież spodziewać się tam inwazji turystów czy miłośników sztuki. Jak myślisz – czy miejsce jest częścią tej pracy? Czy jego niedostępność ma znaczenie?

Myślę, że znajdzie się tutaj wystarczająco dużo wskazówek, żeby znaleźć to miejsce samemu. Zapraszam na odwiedziny i małe błądzenie w poszukiwaniu Kamienia. Okalające go wzgórza, porośnięte lasami dębowo-grabowymi, same w sobie zachęcają do odwiedzin. W pobliżu przechodzi zielony szlak, ale nigdy nie spotkałem na nim żadnych turystów. Jak mawia mój kolega – te okolice są dla koneserów.

Miejsce samo w sobie ma znaczenie. Otoczenie jest przepiękną, naturalną przestrzenią ekspozycyjną, a jego ukrycie sprawiało, że mogłem tam pracować i przebywać, nieniepokojony przez nikogo. Choć muszę przyznać, że przez cały ten czas spotkałem i poznałem tu trochę ludzi. Bardzo ciekawią mnie reakcje osób, które natknęły się na to miejsce przypadkiem.

 

Czarny wyszlifowany kamień stoi w kamieniołomie, w tle przyroda

 

Fot. Marcin Polak

 

 

Zabrałeś nas w to miejsce dwa lata temu, po drodze z Kontekstów w Sokołowsku. Co zmieniło się od tamtego czasu – w samym miejscu, w pracy?

Sam Kamień niewiele się zmienił. Przez dwa lata go nie tykałem, aż w końcu postanowiłem wrócić do pracy. Wyszlifowałem dwa miejsca na frontowej ścianie, w których zaczęła wyłaniać się wewnętrzna struktura kamienia. Myślę, że to początek dalszych prac nad nim.

Za to w otoczeniu zmiany są duże. Wzmocniłem i rozbudowałem kamienny mur, a z placyku wokół Kamienia usunąłem wszystkie drobne kamienie, które wcześniej tam wysypałem. Wyłupałem też kamienne płyty z wielkiego głazu nieopodal i wykorzystałem je do dokończenia ścieżki prowadzącej do Kamienia. Z nadmiaru zrobiłem posadzkę wokół posadzonej sekwoi wieczniezielonej. Posadziłem też miłorząb japoński, który w przyszłości będzie złocił jego otoczenie.

Doszła też kolejna dedykacja, wypisana na kamiennej płycie opartej o cokół Kamienia. Zeszły rok był dedykowany Przyszłości. Jak byłeś tam dwa lata temu, nie było jeszcze pierwszej dedykacji, która, nieskromnie, głosiła „Samemu Sobie”. Dzisiaj jest jedną z płyt posadzkowych. Po powrocie z pracy zamierzam zrobić kolejną, bo w tym roku wypada druga rocznica oficjalnego otwarcia. Ten rok będzie dedykowany Przodkom.

 

 

 

       Miejsce samo w sobie ma znaczenie. Otoczenie jest przepiękną, naturalną przestrzenią ekspozycyjną, a jego ukrycie sprawiało, że mogłem tam pracować i przebywać, nieniepokojony przez nikogo

 

 

 

A ponieważ te wszystkie rzeczy zaczęły mi się łączyć z miastem, pojawiła się jeszcze Galeria Kanał. W zeszłym roku na jednej z kamiennych płyt wyrzeźbiłem jej logo. Założyłem ją z Sebastianem Milewskim i Vassilyem Derygachowem. Funkcjonuje jako podziemny pasożyt na Galerii u Kosałki. Logo wkleiłem w bramę Herlendera prowadzącą do wrocławskich neonów, żeby po wsze czasy informowało o niebagatelności tej właśnie studzienki kanalizacyjnej.

Podążając za tym połączeniem kamieniołomu z centrum miasta, postanowiłem wyrzeźbić w jedynej płycie leżącej naturalnie u podnóża Kamienia studzienkę kanalizacyjną w skali 1:1. Jest dla mnie takim portalem, który łączy te dwa miejsca.

I co najważniejsze – leśna studzienka działa doskonale. Kiedy pada, napełnia się wodą i dodatkowo robi za poidełko dla ptaków, okolicznych myszy i różnej maści owadów.

 

Mężczyzna w koszulce w paski przy ogromnym kamieniu w kamieniołomie przyroda w tle

 

Paweł Tracz, fot. Marcin Polak

 

 

Praca z takim kamieniem wymaga czasu, cierpliwości i powtarzalności. Czy ten powolny proces jest dla Ciebie równie ważny jak efekt końcowy?

Tak. Nigdy nie zależało mi na czasie. Chciałem, żeby Kamień rozwijał się w swoim tempie, choć pod koniec to tempo wyraźnie przyspieszyło. W trakcie tego procesu poznawałem go coraz lepiej, a także możliwości narzędzi, których używałem. Można powiedzieć, że przez te dwa lata trzykrotnie go szlifowałem i polerowałem, bo zmieniał się poziom dokładności, jaki chciałem uzyskać.

Na początku wydawało mi się, że wystarczy usunąć pewną warstwę zwietrzeliny i pracując później tarczami o coraz większej gradacji, osiągnę zamierzony efekt. Tak się jednak nie działo. Po wypolerowaniu całości stwierdzałem, że muszę zacząć proces od nowa. Chciałem, żeby Kamień był jak najbardziej czarny – taki jak kamienie, które zbierałem na polu.

Na początku zależało mi też na samym celu, żeby z większą ochotą chodzić do lasu z psami, posiedzieć, pomyśleć, zapalić papieroska i z ciekawością obserwować zmianę.

W którymś momencie zrozumiałem jednak, że przez cały ten czas pracowałem także nad sobą. Chciałem się przepoczwarzyć. Musiałem porzucić dotychczasowe życie, umrzeć i narodzić się na nowo.

Na Wielkanoc 2024 roku zeszlifowałem trójkąty, które ciągle tkwiły w centrum Kamienia. To był początek zmartwychwstania, czyli najpierw śmierć. Wtedy też postanowiłem, że na jednej z kamiennych płyt wyrzeźbię symbol skarabeusza jako znak przemiany i odrodzenia.

Do sierpnia leżałem w grobie i powoli kończyłem pracę nad Kamieniem. Trójkąty nie chciały tak łatwo odejść. Ktoś lub coś dokonało pierwszego aktu wandalizmu i wybiło koślawego trójkąta, którego pospiesznie usunąłem.

W lipcu prace dobiegły końca. Po raz pierwszy będąc w tym miejscu zobaczyłem skarabeusza – zatoczył wokół mnie koło i odleciał. Postanowiłem wtedy, że oficjalnie otworzę Kamień 10 sierpnia.

 

Czarny wyszlifowany kamień stoi w kamieniołomie, w tle przyroda, na pierwszym planie karton z napisem: proszę nie niszczyć kamienia

 

Fot. Marcin Polak

 

 

Jak wyglądało to otwarcie?

Poprzedzającą noc spędziłem pod Kamieniem. Rozpaliłem ognisko, dumałem, popijając piwko w zupełnej ciemnicy, owinięty śpiworem. Odłożyłem je, żeby po chwili znowu sobie łyknąć, i poczułem, jak coś staje mi w gardle i się rusza. Od razu pomyślałem sobie, że to skarabeusz. I tak faktycznie było. Wyplułem go na rękę i przez długi czas nie mogłem uwierzyć, że tak wspaniałe było nasze drugie spotkanie.

Na oficjalne otwarcie zaprosiłem przyjaciół i znajomych, żeby przyjechali do niego i razem ze mną byli świadkami narodzin i przebudzenia.

Pomalowałem twarz na żółto i wszedłem pod Kamień, prosząc jednego z przyjaciół, żeby zasłonił otwór wejściowy kamienną płytą. Kiedy już byłem pod nim, dałem znak wszystkim zgromadzonym, żeby weszli do skalnego amfiteatru. Gdy każdy zajął swoje miejsce i zapanowała na chwilę cisza, odsunąłem płytę i wyszedłem spod Kamienia. Przywitałem wszystkich zgromadzonych w moim i jego imieniu.

 

 

 

     Na nic by mu się to nie zdało, gdyby nie miał ducha. Sięgnąłem więc po butelkę ze spirytusem, zaczerpnąłem jego pełne usta i wyplułem całą zawartość na Kamień. Potem sięgnąłem po zapałkę, odpaliłem ją od jego bocznej ściany i podpaliłem Kamień

 

 

 

Wmontowałem mu oko z kamienną, żółtą tęczówką i czarną źrenicą, symbolizującą słońce, żeby mógł nas wszystkich zobaczyć. Następnie chwyciłem za frezarkę i wyryłem z boku symboliczne ucho, żeby mógł nas usłyszeć.

Na nic by mu się to nie zdało, gdyby nie miał ducha. Sięgnąłem więc po butelkę ze spirytusem, zaczerpnąłem jego pełne usta i wyplułem całą zawartość na Kamień. Potem sięgnąłem po zapałkę, odpaliłem ją od jego bocznej ściany i podpaliłem Kamień. Tchnąłem w niego ducha. Został otwarty, a ja zmartwychwstałem, wychodząc z jego podziemi.

Później moja przyjaciółka i przyjaciel zagrali to, co im w duszy grało, uświęcając sobą i swoją wrażliwością ten magiczny wieczór. Następnego dnia poszliśmy po stół didżejski i znowu zastaliśmy na nim skarabeusza. Od tamtego czasu już go więcej nie widziałem. Nasze spotkania były pięknym przykładem synchronizacji.

 

Czarny wyszlifowany kamień stoi w kamieniołomie, w tle przyroda, pomarańczowe światło

 

Fot. archiwum prywatne Pawła Tracza

 

 

Łał, widzę, że ten Kamień zaczął żyć własnym życiem. Czy próbujesz w ogóle nazwać to, co robisz z Kamieniem? Czy te wszystkie kategorie – rzeźba, performans, rytuał – są Ci do czegoś potrzebne?

Jak widzisz, są tam wszystkie te kategorie, a nawet coś więcej. Żeby lepiej zrozumieć moje działania i znaczenie tego miejsca dla mnie, musiałem przywołać te wszystkie historie i konteksty, które są dla mnie ważne. W trakcie tych setek godzin spędzonych tam wydarzyło się naprawdę wiele. Część z tych rzeczy, które nie są aż tak istotne dla ogólnej narracji, zachowuję tylko dla siebie.

Myślę o tym miejscu jako o znaku istnienia, trwania i zmiany zapisanej w kamieniu na tysiące lat. Jest w tym powrót do początków naszej kultury – sztuki jaskiniowej, wyczuwania świętych miejsc, ich celebrowania i traktowania ich jako samodzielnych bytów. Jest też ta pierwotna potrzeba tworzenia, indywidualnej ekspresji.

Kamień jest dla mnie symbolem jaźni – czymś pierwotnym i ponadczasowym, pospolitym, a jednocześnie wyjątkowym. Szlifowanie go staje się metaforą pracy nad sobą: usuwania tego, co zbędne, nadawania formy potencjałowi, konfrontacji z oporem materii, ale też treningiem cierpliwości i determinacji.

Praca nad sobą nigdy się nie kończy, dlatego tak długo, jak będę żył, to miejsce i sam Kamień będą się zmieniać. Jestem bardzo ciekawy, dokąd mnie to zaprowadzi i jaki ostatecznie kształt przyjmie to miejsce.

 

 

Tekst powstał w ramach cyklu „Pomiędzy światami”, poświęconego artystkom, artystom i twórcom działającym poza głównymi obiegami kultury i sztuki w ramach zadania „Miej Miejsce w kulturze 2026–2027”, dofinansowanego z programu Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego „Czasopisma” oraz z budżetu Miasta Łodzi w ramach programu „Łódź pełna kultury”.

 

 

__________________

 

 

Paweł Tracz – podróżnik i grotołaz, odkrywca Sali Mastodonta w Jaskini Niedźwiedziej. Dyrektor artystyczny Galerii Kanał. Szlifierz i miłośnik kamienia. Niedzielny malarz, działający w stworzonym przez siebie stylu prostocizmu symbolicznego. Potrójny absolwent Uniwersytetu Wrocławskiego, właściciel firmy Bnanza zajmującej się alpinistyką przemysłową i serwisem turbin wiatrowych. Zafascynowany starożytnym Egiptem, budowlami megalitycznymi i sztuką jaskiniową. Jedną nogą we Wrocławiu, drugą w Gilowie.

 

 

__________________

 

 

Marcin Polak – artysta i kurator poruszający się na styku działań artystycznych i społecznych. Inicjator działań z cyklu „Zawód Artysty”, mających wpłynąć na zmianę polityki kulturalnej. Założyciel i redaktor portalu „Miej Miejsce“. Współprowadzi latającą „Galerię Czynną“. Absolwent PWSFTViT w Łodzi. Stypendysta MKiDN. W 2016 został odznaczony honorową odznaką „Zasłużony dla Kultury Polskiej“.

 

 

__________________

 

 

 

 

__________________

 

 

Zdjęcie główne: Paweł Tracz, fot. Marcin Polak