Od robotniczych pieśni i fabrycznych syren po gwizdki, megafony i skandowane hasła. W drugiej części cyklu „Łódzkie historie dźwiękowe” Bartosz Nowicki przygląda się temu, jak dźwięk towarzyszył protestom i strajkom w Łodzi: od buntu robotniczego w 1892 roku, przez strajki włókniarek, po manifestacje ostatnich lat. Pokazuje, jak dźwięk pozwalał wyrażać sprzeciw i budować wspólnotę, a czasem jak wymowna potrafiła być cisza.

 

 

 

Łódzkie histoire dźwiękowe. Szkice o pejzażu akustycznym miasta. cz. 2.

 

Jednym z głośniejszych protestów, które w ostatnich latach odbyły się w Łodzi, był strajk pracowników Miejskiego Ośrodka Pomocy Społecznej. Protestujący, uzbrojeni w gwizdki, wuwuzele, megafon i mobilny głośnik, kilkukrotnie wstrzymywali ruch uliczny w centrum miasta. Na miejsce przeprowadzenia jednej z manifestacji wybrali największe łódzkie centrum przesiadkowe, znane jako Stajnia Jednorożców. Przestronna kubatura przystanku, przeszklony sufit i ściany wzmacniały odgłosy protestu: gwizdy, wycia trąbek, komendy wydawane przez prowadzącego oraz to, co najważniejsze – postulaty. Wśród nich znalazły się m.in. podwyżka wynagrodzeń, wprowadzenie stałej miesięcznej premii, poprawa warunków i bezpieczeństwa pracy. Świadomie użyte środki dźwiękowe i wykorzystanie akustyki sprawiały, że ich głos wyróżniał się na tle monotonnego pejzażu dźwiękowego. Głośno pikietowali również pod Urzędem Miasta, przed którym swój obowiązkowy przystanek miała zdecydowana większość ulicznych protestów w historii Łodzi. Tędy przeszły m.in. dwa największe marsze – Strajk Kobiet i Marsz Głodowy – oba liczące kilkadziesiąt tysięcy uczestniczek i uczestników.

 

 

 

Już liczba osób uczestniczących w przemarszu głównymi arteriami Łodzi samą swoją obecnością zaburzyła porządek audialny miasta, tworząc na chwilę wspólnotę idei, ciał i dźwięków

 

 

 

Jesienią 2020 roku, w ramach Ogólnopolskiego Strajku Kobiet, łodzianki masowo protestowały przeciwko decyzji Trybunału Konstytucyjnego zaostrzającej prawo aborcyjne. Już liczba osób uczestniczących w przemarszu głównymi arteriami Łodzi samą swoją obecnością zaburzyła porządek audialny miasta, tworząc na chwilę wspólnotę idei, ciał i dźwięków. „Rozlany po całej Polsce i angażujący rozmaite grupy społeczne protest zdążył wytworzyć własny folklor muzyczny i charakterystyczną audiosferę” – pisał na łamach „Czasu Kultury” Filip Szałasek. Powszechnie znane z medialnego przekazu hasła – proste, konkretne i rytmiczne – skandowane przez tysiące gardeł, gromko wyrażały kobiecy gniew. Całości pejzażu dźwiękowego marszu dopełniały gwizdki, trąbki, muzyka z rozstawionych na trasie przemarszu soundsystemów, megafony zapiewajłów, klaksony samochodów czy syreny policyjnych wozów emitujące komunikaty służb o panującej pandemii i zakazie zgromadzeń.

 

 

Protest "Wychodzimy walić w gary" w Łodzi, zorganizwoany między innymi przez Łódzkie Dziewuchy Dziewuchom sześć dni po opublikowaniu Wyroku Trybunału Konstytucyjnego, niemal całkowicie zakazujacego aborcji w Polsce. © Wojtek Radwanski., 02/02/2021 - Łódź, Archiwium Protestów Publicznych.

 

 

Śledząc dźwiękową historię łódzkich buntów, interesują mnie przede wszystkim audialne praktyki oporu, które pozostają zbieżne dla tak odmiennych form publicznego wyrażania swojego niezadowolenia, jak strajk (będący skoordynowaną i regulowaną prawnie formą protestu, polegającą w głównej mierze na odejściu od pracy), protest (mający charakter mniej formalny i często gwałtowniejszy przebieg), demonstracja czy manifestacja. W obszarze moich zainteresowań znalazły się jedynie akty zbiorowego „nieposłuszeństwa”, uznaję bowiem antysystemowy opór nie tylko za proces budowania wartości społecznej i kulturowej, ale też za działanie wspólnototwórcze, integrujące jednostki w akcie odnajdywania w sobie głosu sprzeciwu i odwagi publicznego wyrażania tego głosu razem. Nie znajdą się zatem w tym omówieniu żadne przykłady marszów poparcia (pochodów patriotycznych czy pierwszomajowych) czy deklaracji przynależności wyznaniowej (procesji i manifestacji religijnych), choć ich fonosfera z pewnością warta jest odrębnego badania. Interesuje mnie opór i jego akustyczny ślad w historii Łodzi oraz rola, jaką pełni dźwięk w praktykach sprzeciwu.

 

Historia łódzkich protestów jest bezpośrednio powiązana z obecnością przemysłu włókienniczego, zasilanego masami taniej siły roboczej migrującej do miasta z okolicznych terenów. Sprzeciw wobec podwyżek cen i nadmiernej eksploatacji fizycznej, niezgoda na wyzysk, trudne warunki pracy i życia czy kłopoty zaopatrzeniowe jak mantra powracały w formie strajkowych postulatów przez kolejne dekady funkcjonowania przemysłu „lekkiego”, aż do jego ostatecznego upadku.

Po raz pierwszy łódzcy robotnicy zamanifestowali swój sprzeciw w 1892 roku. Wydarzenie, które zostało zapamiętane jako bunt łódzki, było również pierwszym powszechnym strajkiem na ziemiach polskich. Protestujący masowo odeszli od maszyn i wyszli na ulice, domagając się wprowadzenia ośmiogodzinnego dnia pracy, podwyżki płac i zwiększenia swobód politycznych. Adam Próchnik, opisując narastające wśród robotników łódzkich napięcie, zauważa, że niechęć do właścicieli fabryk i kierujących ich pracą majstrów miała podłoże nie tylko klasowe, ale też językowe:

 

Trzecia część pracowników, kierujących kilkudziesięciotysięczną armją robotników przemysłu łódzkiego nie władała ich językiem i nie umiała się z nimi porozumieć. Ile nieporozumień w czasie pracy musiało w takim stanie rzeczy przy najlepszej woli wybuchnąć, łatwo można sobie wyobrazić.

 

 

 

(„Wszyscy wyszli na ulicę ze śpiewem, aby skłaniać i zmuszać i inne fabryki do pójścia za ich przykładem”)

 

 

 

Bunt robotników, do którego doszło na początku maja, skierowany był jednak nie tylko przeciw łódzkim fabrykantom, ale w konsekwencji również przeciw rosyjskiemu zaborcy, który traktował jako przestępstwo kryminalne wszelkie inicjatywy mające przyczyniać się do zorganizowanego zaprzestania pracy. Z tego względu przebieg wydarzeń szybko przybrał gwałtowny i krwawy charakter. W wyniku tygodniowych żywiołowych walk ulicznych z carską policją i wojskiem śmierć poniosło ok. 100 osób. Korzystając z dostępnych materiałów, można szczątkowo zrekonstruować audiosferę protestu. Jej dominantę stanowiły odgłosy spontanicznie podejmowanych walk, budowania barykad, agitacji publicznych, rozruchów, wystrzałów kozackich, jęków rannych: „Krzyk katowanych tak podziałał na tłum, który się zebrał przed wejściem, że pomimo ognia dawanego przez żołnierzy, rzucił się do szturmu z niewypowiedzianą zaciekłością”. Walczący dodawali sobie animuszu do walki wspólnym śpiewem („Wszyscy wyszli na ulicę ze śpiewem, aby skłaniać i zmuszać i inne fabryki do pójścia za ich przykładem”) i przynajmniej w pierwszej fazie protestów towarzyszył im bojowy entuzjazm („Tylko nastrój mas robotniczych był nadzwyczaj dumny, triumfujący”) – czytamy w relacjach Stanisława Wrzoska, świadka wydarzeń. Z jego, obfitującej w dźwiękowe motywy, opowieści (choć jej wiarygodność podważał m.in. Adam Próchnik) wyłania się adresat protestu oraz ideologiczny światopogląd strajkujących: „Przez dobre dwie godziny przeciągał tłum w porządku pryncypalną ulicą miasta, Piotrkowską, ku Nowemu Rynkowi i ulicy Konstantynowskiej butnie, śpiewając i bijąc laskami po zamkniętych okiennicach burżujów (...)”. Tłumne śpiewanie w przestrzeni publicznej staje się tu również afirmacją klasowej tożsamości. Już samo masowe zgromadzenie protestujących i ich polityczna intencja pozwalają pobudzić wyobraźnię dźwiękową badacza audiosfery, ponieważ, jak na łamach „Glissanda” zauważa piszący o audialnych aspektach protestu Igor Wiśniewski:

 

(...) wytwarzanie dźwiękowego znaczenia odbywa się często poza świadomością i intencjami protestujących. Dzieje się tak, ponieważ ciała wychodzące na ulice są ciałami akustycznymi i mimowolnie ingerują w przestrzeń dźwiękową miejsca, zmieniając ją. To właśnie w tych dźwiękach objawia się siła ludu.

 

Brutalnie stłumiony bunt łódzki wpłynął jednak wymiernie na rozwój i organizację ruchu robotniczego. Okazał się również interludium do rewolucji 1905 roku, która podobnie wybrzmiewała głównie odgłosem ulicznych walk, wybuchów i wystrzałów. Dowiadujemy się tego z relacji Ludwika Mroczka przytoczonej w przewodniku Krytyki Politycznej:

 

(...) nadchodzi wojsko, rozlega się suchy trzask strzałów karabinowych, jęki, ludzie chowają się po bramach. Wojsko przechodzi. Przez chwilę na ulicy pustki. Po chwili z bram tłum znowu wylega na ulicę i przystępuje do naprawienia na wpół zwalonej starej i budowania nowej barykady. Dochodzę do Piotrkowskiej. Tutaj strzały jeden za drugim. Istna bitwa, ludzie schowani po bramach strzelają z ukrycia. […] Cofam się i wchodzę na Wschodnią. I tu formalna bitwa. Kule gęsto świszczą, słychać brzęk tłuczonych szyb, jęki, później znów trąbka Pogotowia”.

 

Ponad czterdzieści lat po tamtych wydarzeniach Julian Tuwim w „Kwiatach polskich” tak próbował uchwycić fonosferę tych dramatycznych wypadków:

 

Piotrkowska, w stronę Grand Hotelu,

Jak wymieciona. Przed tramwajem

Beczki i skrzynie, a za nimi,

Z browningiem w ręku przyczajeni

Klęczą bojowcy patrząc w szarą,

Bezludną przestrzeń trotuaru

I pustą jezdnię. Nic. Martwota.

Cisza i tam – bo z morza tłumu

Nic nie usłyszysz prócz poszumu

Przybywających gromad ludzkich,

Co napływają od Widzewa,

Żeby na rynek iść bałucki:

Z Głównej, Nawrotu i Przejazdu

Strugami się w Piotrkowską wlewa

Burzliwy za przewałem przewał,

Zmierzając ku Staremu Miastu (...)

 

Choć krajobraz dźwiękowy powstania łódzkiego jest wypełniony odgłosami zbrojnych starć, to echem tych brutalnych wydarzeń był m.in. olbrzymi rozwój kultury:

 

Dni rewolucyjne przyczyniły się do wzmożenia aktywności kulturalnej: udziału w przedstawieniach teatralnych czy koncertach. (...) Ponadto pojawienie się możliwości zakładania legalnych stowarzyszeń kulturalnych przyniosło rozkwit różnego rodzaju towarzystw śpiewaczych, orkiestr czy amatorskich trup teatralnych, które znajdowały i uczestników, i widzów także wśród robotników.

 

Żywym dowodem na to, że wydarzenia powstania przetrwały w pamięci do dziś (również w pamięci dźwiękowej), są parateatralne rekonstrukcje, na czele z organizowanymi na ul. Piotrkowskiej przemarszami. Można podczas nich wznosić rewolucyjne hasła oraz śpiewać pieśni powstałe z inspiracji rewolucją, m.in. „Łodziankę” Bolesława Lubicza-Zahorskiego z 1909 roku. Uwspółcześnionych wersji tych utworów możemy posłuchać także na płycie Suavasa Lewego „1905. Niech się niesie ten siostrzany śpiew”, wydanej w łódzkim wydawnictwie muzycznym Nasze Nagrania.

 

Jednak ani rewolucja, ani odzyskanie przez Polskę niepodległości nie wpłynęły znacząco na poprawę warunków pracy i życia łódzkich włókniarzy i włókniarek. Co prawda po 1918 roku nie karano już za odejście od stanowisk oraz wprowadzono 8-godzinny dzień pracy (nagminnie łamany przez właścicieli fabryk), jednak próby organizacji protestu wywoływały najczęściej reperkusje w postaci dyscyplinarnego zwolnienia. Ani konstytucja marcowa (1921 r.), ani kwietniowa (1935 r.) nie zawierały zapisów regulujących prawo strajkowe. W takiej nieokreślonej sytuacji to fabrykanci nadal dyktowali warunki pracy, nie dopuszczając robotników do głosu. Mimo to w okresie międzywojennym strajki w Łodzi ponownie były na porządku dziennym, szczególnie podczas kryzysu ekonomicznego lat 30. Sercem łódzkiego oporu, podobnie jak podczas buntu łódzkiego i rewolucji 1905 roku, byli pracownicy Widzewskiej Manufaktury.

 

 

 

Oto bowiem w fonosferze zdominowanej przez fabryczny hałas; w przestrzeni, która fizycznie i symbolicznie ucisza pracowników, dehumanizując ich i sprowadzając do roli trybików w maszynie; w przestrzeni, której nie da się przekrzyczeć hasłami i pieśniami, pojawienie się ciszy może być najbardziej radykalną formą oporu

 

 

 

O niesławnych warunkach zatrudnienia i wyzysku ekonomicznym w widzewskich zakładach powstały reportaże, licznie publikowane w ogólnopolskiej prasie (m.in. „WIMA” Zygmunta Walińskiego, do dziś zachwycająca swoim precyzyjnym, faktograficznym stylem, poetycką strukturą oraz rytmem odzwierciedlającym regularność maszynowej pracy). Wszystkie donoszą o łamaniu praw pracowniczych, niższych niż w innych łódzkich fabrykach zarobkach, nieregularnych wypłatach, bezprawnym wyrzucaniu pracowników, kontroli i infiltracji pracujących przez zakładowych szpicli, wypadkach przy pracy, zwiększaniu obciążeń, a wreszcie o urągających warunkach mieszkaniowych na zakładowym osiedlu. W zbiorze wspomnień działaczy Komunistycznej Partii Polski czytamy, że Wima była tym przedsiębiorstwem na terenie Łodzi, w którym inspektorzy pracy spisali najwięcej karnych protokołów za nieprzestrzeganie ustawodawstwa pracy. Odpowiedzią na to były m.in. wiece i masówki, na których wśród płomiennych przemówień wznoszono strajkowe okrzyki. Bardzo często protesty przedostawały się poza fabryczne mury, eskalując w starcia z policją i rozruchy. Wydarzyło się tak choćby w 1933 roku, kiedy to podczas zamieszek wznieconych wokół powszechnego strajku włókniarzy i włókniarek zginęła 17-letnia Jadwiga Wojciechowska.

 

 

 

Strajk w Widzewskiej Manufakturze. Robotnicy opuszczający teren fabryki, 1927. Fot. Aleksander Meyer / Narodowe Archiwum Cyfrowe.

 

 

Najczęstszą praktyką strajkową był jednak strajk okupacyjny polegający na wstrzymaniu maszyn i odejściu od stanowisk pracy. Ten akt „nieposłuszeństwa” z perspektywy dźwiękowej nabiera niezwykle wymownego charakteru. Oto bowiem w fonosferze zdominowanej przez fabryczny hałas; w przestrzeni, która fizycznie i symbolicznie ucisza pracowników, dehumanizując ich i sprowadzając do roli trybików w maszynie; w przestrzeni, której nie da się przekrzyczeć hasłami i pieśniami, pojawienie się ciszy może być najbardziej radykalną formą oporu.

 

W latach 30. XX wieku pojawia się też wątek dźwiękowej dywersji wykorzystującej do działań strajkowych sieć fabrycznych świstawek, których odgłos regulował (dyscyplinował) codzienne życie Łodzi i jej mieszkańców. Relacjonując strajk włókniarzy i włókniarek z 1928 roku, komunistyczny działacz Jerzy Ambroziak wspomina o zamilknięciu drugiego dnia protestu zakładowych syren. Chęć ich zaanektowania i wykorzystania stała się kusząca także dla organizatorów kolejnych przedwojennych protestów. Potwierdzenie tego znajdziemy we wspomnieniach Henryka Granickiego, działacza KPP, relacjonującego nieudaną akcję przechwycenia mechanizmu syren podczas strajku w Widzewskiej Manufakturze w 1932 roku:

 

„Pod wieczór otrzymaliśmy polecenie uruchomienia punktualnie o godzinie siedemnastej czy osiemnastej syreny fabrycznej. Miało to być sygnałem do rozpoczęcia demonstracji dla towarzyszy z całej Łodzi, zebranych w pobliżu Wimy. (...) Syrena miała buczeć, o ile się to uda, około trzech minut. (...) Cała dzielnica była przygotowana na to, że okupujący fabrykę robotnicy dadzą znak do demonstracji. (...)

 

Syreny fabryczne nie mogły być potraktowane przez policję jako powód [do wkroczenia na teren fabryki i rozwiązania strajku – przyp. B. Nowicki]. Mogły być natomiast uznane za środek porozumiewawczy robotników i wszystkich im sprzyjających ludzi. Dlatego tak duże znaczenie przywiązywaliśmy do tego sygnału, o którym zresztą cały Widzew był uprzedzony i którego oczekiwał”.

 

 

 

Można do nich zaliczyć: wznoszenie okrzyków politycznych, zaangażowane przemówienia podczas nielegalnych zgromadzeń (np. gazetki mówione), hałasowanie „kocią muzyką” (uderzanie drewnianymi młotkami w metalowe płyty) czy wspólne śpiewanie pieśni rewolucyjnych (wzmacniających bojowe nastroje i pragnienie przetrwania)...

 

 

 

Buntowniczego temperamentu łodzian i łodzianek nie przytępił nawet okres hitlerowskiej okupacji. Główną areną strajków podczas wojny stało się Litzmannstadt Ghetto. Przejawy tamtejszego oporu nie były wystąpieniami skierowanymi bezpośrednio przeciwko okupantowi, lecz wobec żydowskiej administracji getta i sprawującego nad nią kontrolę Chaima Rumkowskiego, Przełożonego Starszeństwa Żydów w Łodzi. W sytuacji skrajnego psychicznego i fizycznego wyniszczenia, głodu i niewoli, pod jarzmem terroru i inwigilacji, gdzie jakakolwiek forma buntu zagrożona była ryzykiem deportacji do obozu zagłady, akty oporu pojawiały się w szczególnych momentach związanych z przejściową słabością gettowej władzy. Warto tu przywołać zakończone otwarciem ognia do protestujących przez niemiecką służbę porządkową uliczne zamieszki 2 tysięcy furmanów, rzeźników i rybaków z maja 1940 roku. Były one wyrazem sprzeciwu wobec małych racji żywnościowych i ich niesprawiedliwego podziału. Zryw ten był możliwy jedynie na początku działalności getta, w okresie formowania się administracji, kiedy była ona jeszcze zbyt słaba, by kontrolować i tłumić opozycję. Kolejne protesty odbywały się w bardziej kameralnym zakresie, a każdy z nich wymagał szczególnej odwagi i niezłomności. Do aktów zorganizowanego „nieposłuszeństwa” dochodziło najczęściej w warsztatach i resortach z inicjatywy działających w konspiracyjnych warunkach młodzieżówek lewicowych, opozycyjnych wobec Rumkowskiego. Przybierały one formy zaadaptowane jeszcze z czasów międzywojennych. . Cisza spowodowana odejściem od pracy również nosiła w sobie wagę politycznej manifestacji [pisałem o tym szerzej na łamach „Czasu Kultury” 3/2024]. Jednak w obliczu terroru i dehumanizacji ludności getta opór przyjmował najczęściej formę symboliczną, głównie w postaci twórczości artystycznej [pisałem o tym szerzej w Dwutygodnik.pl].

 

 

Powojenne objęcie rządów przez komunistów, legitymizujących się poparciem klasy robotniczej, nie wpłynęło na wyhamowanie fali protestów. Jednak pod wpływem nacisku władz, które nie tolerowały aktów sprzeciwu oraz zaciekle tępiły przejawy politycznej agitacji, jak również za sprawą ustrukturyzowania samego procesu organizacji strajków, zmieniły one z czasem swój charakter. Coraz rzadziej dochodziło do spontanicznych buntów i coraz rzadziej miały one charakter uliczny. Przypadki przekroczenia przez protestujących murów fabrycznych często kończyły się rozlewem krwi i śmiertelnymi ofiarami po stronie strajkujących. Najczęstszym schematem było zatem odejście od maszyn, okupacja zakładu i pertraktacje z władzami.

Czasy powojenne w Polsce to także moment rozwoju technologii emisji, przetwarzania i rejestracji  dźwięku. Nie można przeoczyć jego wpływu na ewolucję metod strajkowych, a co za tym idzie, również fonosfery protestu. Opozycjoniści do swoich działań zaczęli wykorzystywać magnetofony, megafony czy radiowęzły. Z kolei państwowy aparat bezpieczeństwa do działań operacyjnych zaadaptował systemy łączności radiowej, aparaturę inwigilacji służącą do podsłuchiwania i nagrywania obywateli, jak również stacje zagłuszające zagraniczne rozgłośnie radiowe. Nadrzędną rolę uciszającą pełniła jednak cenzura.

 

 

Ul. Ogrodowa 16 w Łodzi, lata 60. XX wieku. Fot. Wacław Łukaszewicz / Miastograf, CC BY-NC-SA.

 

 

Aby odtworzyć fonosferę łódzkiego oporu w czasach PRL-u, spośród setek protestów i strajków, które się wtedy odbyły, sięgam po trzy przykłady wystąpień, które cechowały się najbardziej dramatycznym przebiegiem, ich ranga społeczno-polityczna wyróżnia się na historycznym tle, a wymiar akustyczny uwypukla najbardziej charakterystyczne motywy strajkowe tamtych czasów, ale też cechuje się unikalnością zdarzeń dźwiękowych.

 

czarno białe zdjęcie z lpasażu rubinstena, ludzie siedzą na ławkach, czytają gazety, dzieci przy rodzicach

 

Aleja Artura Rubinsteina w Łodzi, lata 50. XX wieku. Fot. Wacław Łukaszewicz / Miastograf, CC BY-NC-SA.

 

 

Preludium do burzliwego strajku w Miejskim Przedsiębiorstwie Komunikacji w 1957 roku miało miejsce 21 kwietnia, kiedy to tramwajarze odmówili wyjazdu z zajezdni. W efekcie protestu mieszkańcy nie mogli skorzystać z komunikacji, a w mieście zaległa cisza – ta sama symboliczna cisza, która zazwyczaj wybrzmiewała w fabrycznych halach po demonstracyjnym zatrzymaniu maszyn. Pracownicy MPK domagali się m.in. podwyżek oraz przywrócenia do pracy kolegów, którzy zostali zwolnieni ze względów politycznych. W wyniku zakończonych niepowodzeniem pertraktacji z władzami partyjnymi załoga przystąpiła do strajku 12 sierpnia. Odbywał się on na terenach zajezdni nr I (przy ul. Telefonicznej) i nr II (u zbiegu ulic Kilińskiego i Dąbrowskiego). Po tym, jak tramwaje ponownie nie wyjechały na trasy, rozpoczęła się okupacja zajezdni. Jeszcze tego samego dnia władze podjęły decyzję o pacyfikacji strajkujących. W trakcie nieudanego szturmu na zajezdnię nr II funkcjonariusze MO użyli m.in. granatów łzawiących. Protestujący śpiewali „Rotę” oraz wznosili okrzyki „Gestapo! Gestapo!”. Pojawił się również pomysł opanowania radiostacji celem ujawnienia opinii publicznej informacji o przebiegu wydarzeń. Szturm został odparty, ale jego drugi akt, w nocy z 13 na 14 sierpnia, zakończył się brutalnymi zamieszkami na terenie zajezdni, w wyniku których rannych zostało wielu ze strajkujących. Podczas akcji protestujący śpiewali bili w gongi, a uruchomienie syren alarmowych (aby powiadomić mieszkańców Łodzi o zajściach) sprowokowało do interwencji pododdziały ZOMO. Ostatecznie strajkującym nie udało się wywalczyć postulowanych celów. Po sierpniowych wydarzeniach nastąpiły zwolnienia, aresztowania i procesy karne zakończone wyrokami.

 

 

Tramwaj linii nr 4 na ulicy Nowomiejskiej w Łodzi. Październik 1981 r. Fot. Hans-Peter Bärtschi (ETH-Bibliothek Zürich).

 

 

Możliwe, że użycie przez tramwajarzy syren podczas strajku w MPK wyczuliło na ten element dźwiękowego oporu łódzką Służbę Bezpieczeństwa. Monitorując nastroje w łódzkich fabrykach po wydarzeniach na Wybrzeżu w grudniu 1970 roku (milicja i wojsko otworzyły tam ogień do protestujących, w wyniku czego śmierć poniosło 45 osób, a ponad tysiąc zostało rannych) i przeczuwając strajkową eskalację na początku 1971 roku, bezpieka nakazała prewencyjnie zabezpieczyć zakładowe urządzenia alarmowe i radiowęzły, aby nie mogły posłużyć protestującym do komunikacji.

W lutowym strajku włókniarek wzięły udział 32 zakłady z Łodzi i okolic, w tym te największe: Uniontex (połączone zakłady Scheiblera i Grohmana), 1 Maja (dawna Widzewska Manufaktura). Prym wiodła jednak załoga z ZPB i. Marchlewskiego (dawna fabryka Poznańskiego). Protestujący domagali się głównie podniesienia płac, wycofania podwyżek cen i ustalenia przejrzystego systemu wynagrodzeń. Pojawiły się też żądania gwarancji bezpieczeństwa dla strajkujących oraz rozliczenia władz za śmierć robotników na Wybrzeżu. Włókniarki narzekały na warunki bytowe i pracy, kłopoty z zaopatrzeniem, przestarzały park maszynowy (niektóre fabryczne urządzenia pochodziły jeszcze z XIX wieku), kiepski stan fabryki, hałas, kurz i niskiej jakości materiały, na których pracowały. Mimo ich desperacji, przemęczenia i fiaska początkowych pertraktacji z dyrekcjami i władzami partyjnymi protest przebiegał relatywnie spokojnie. Wstrzymanie pracy i okupacja zakładów sprawiły, że fabryki pełne codziennego zgiełku zamilkły. W nagraniu dla Cyfrowego Archiwum Łodzian „Miastograf” swoje wrażenia z tamtych wydarzeń przywołuje Grażyna Matuszewska, pracownica zakładu:

 

W Marchlewskim, jak były strajki, to wszystko stanęło, a ludzie nieprzyzwyczajeni do ciszy. Taki był non stop rumot, że było nie do pomyślenia, że to stoi. Człowiek nieprzyzwyczajony nie wiedział. Jakoś tak głupio było, że nie ma tego hałasu.

 

Okupujący fabrykę wspierali swoje morale pieśniami. W repertuarze „Międzynarodówka” sąsiadowała z „Rotą”, co świadczy, że wokół wspólnej idei potrafili się zjednoczyć pracownicy reprezentujący odmienne sympatie polityczne i światopoglądowe. Tę pierwszą intonowano także w Teatrze Wielkim, gdzie toczyły się negocjacje delegacji strajkujących zakładów z premierem Piotrem Jaroszewiczem. Zebrani pod teatrem mogli przysłuchiwać się im z głośników wystawionych przed budynkiem. Znamienne jest, że podczas strajkowej wizytacji premiera w zakładach ZPB im. Marchlewskiego został on przywitany przez załogę pieśnią „Gdy naród do boju”. Ten utwór z 1831 roku o strofach „O, cześć wam, panowie magnaci, za naszą niewolę, kajdany, o, cześć wam, książęta, hrabiowie, prałaci, za kraj nasz krwią bratnią zbryzgany” był bowiem pieśnią bojową emancypującego się w XIX wieku ruchu chłopskiego. Wartą zauważenia podczas śledzenia audialnych śladów oporu jest również informacja, w której przywołuje się pamięć o nabożeństwie odbywającym się 14 lutego w sąsiadującym z ZPB im. Marchlewskiego kościele św. Józefa (najstarszym w Łodzi). Wedle wspomnień tamtejszego wikariusza Alfreda Mikołajewicza zamknięci wewnątrz zakładu strajkujący uczestniczyli w niedzielnej mszy, nasłuchując jej przez otwarte okna fabryczne.

 

 

Strajk okupacyjny w Teatrze Miejskim w Łodzi. Mecz siatkówki pomiędzy aktorami a personelem technicznym. Fot. Henryk Ross / Narodowe Archiwum Cyfrowe.

 

 

To, co w grudniu 1970 roku nie udało się stoczniowcom, powiodło się ostatecznie łódzkim włókniarkom. Pod wpływem presji strajkowej rząd wycofał się z podwyżek cen. Zwycięstwo ogłosiły zakładowe syreny. Protestujące załogi łódzkich zakładów, z „Marchlewskim” na czele, nie aspirowały do żądań politycznych oraz czyniły wszystko, aby zadbać o bezpieczeństwo strajkujących, utrzymać protest w zakładzie oraz nie dopuścić do jego eskalacji na ulicach miasta. Wszystko po to, aby nie stracić go spod kontroli i nie dopuścić do przejęcia przez prowokatorów i chuliganów. Jedynym burzliwym akcentem tamtych wydarzeń był spontaniczny przemarsz ul. Piotrkowską osób niezwiązanych bezpośrednio ze strajkiem, które zebrały się w znacznej liczbie pod bramą ZPB im. Marchlewskiego, oczekując nasilenia nastrojów. Doszło wtedy do rozruchów, a milicja używała m.in. przestarzałych akustycznych tub, apelując przez nie o spokój i rozejście się.

 

Latem 1981 roku odbyło się jedno z najbardziej ikonicznych wydarzeń w dziejach strajkowej Łodzi, które zostało zapamiętane jako Marsz Głodowy. Wśród licznych „głodowych” manifestacji, które przemaszerowały w lipcu przez Polskę, ta była najliczniejsza. Organizowali ją działacze łódzkiej Solidarności. W pochodzie spod katedry do placu Wolności przemaszerowało kilkadziesiąt tysięcy kobiet. Rolą mężczyzn było zabezpieczanie pochodu linami oddzielającymi protestujące od przechodniów. Demonstrowano przeciwko rażącym brakom zaopatrzeniowym i wielogodzinnym kolejkom do sklepów. W „Alei włókniarek” – książce, która przywróciła mi miłość do Łodzi – Marta Madejska, jej autorka, dzieli się następującą refleksją o tamtych wydarzeniach:

 

Dostępne filmy i zdjęcia z manifestacji są w większości w całym spektrum czerni, bieli i szarości, charakterystycznym dla klisz tamtego okresu. Może przez to tak trudno nam sobie wyobrazić, że były tam przecież jakieś kolory.

 

Podążając tropem tej konstatacji, zastanawiam się nad dźwiękami, które też musiały tam przecież wybrzmiewać. Przyglądam się dostępnym w internecie czarno-białym zdjęciom z marszu, aby wsłuchać się w jego dźwiękowy pejzaż. Na jednej z fotografii widzę oflagowaną Wołgę z charakterystycznym logo „Solidarność” na bocznych drzwiach samochodu. Pod logo dopisek: „Ziemi Łódzkiej”. To z pewnością czoło pochodu. Na masce siedzi mężczyzna w okularach, wypowiadający jakieś słowa do przenośnego megafonu. Obok samochodu asystuje mu inny mężczyzna, u którego boku również dostrzegam szczekaczkę. Na innej fotografii, wewnątrz zaparkowanego pod Urzędem Miasta autobusu Ikarus, należącego do łódzkiego MPK, zauważam jeszcze jednego mężczyznę z megafonem. W ramach tego samego protestu w dniach poprzedzających marsz tę samą trasę pokonały kolejno: autobusy MPK, tabor PKS i ciężkie samochody transportu budowlanego. Każdemu z przejazdów wtórował ryk silników i zgiełk klaksonów samochodowych.

 

 

 

Zapewne skandują hasła, które – jak podaje „Dziennik Łódzki” – „obserwujący pochód przyjmują brawami”. Wśród nich najgłośniej muszą wybrzmiewać rytmiczne i emocjonalne: „My chcemy jeść”, „Nasze dzieci są głodne”, „Chleba i wolności”

 

 

 

Na dużej liczbie zdjęć kobiety maszerują z otwartymi ustami. Zapewne skandują hasła, które – jak podaje „Dziennik Łódzki” – „obserwujący pochód przyjmują brawami”. Wśród nich najgłośniej muszą wybrzmiewać rytmiczne i emocjonalne: „My chcemy jeść”, „Nasze dzieci są głodne”, „Chleba i wolności”. Pod katedrą kobiety odśpiewały „Rotę” i „Boże, coś Polskę”, a na placu Wolności, po końcowych przemówieniach działaczy – hymn. Po wszystkim spokojnie rozeszły się do domów, w których czekały na nie puste lodówki i chlebaki. W marszu towarzyszyły im dzieci, nawet w wózkach.

Szukam jeszcze ludzi z magnetofonami w dłoniach, o których donosiło wydanie „Dziennika Łódzkiego” ze środy 29 lipca. Nie znajduję ich jednak na żadnej z oglądanych fotografii. Może „nagrywacze” wypatrzeni przez dziennikarzy gazety nie dali się sfotografować, bo byli w rzeczywistości tajniakami. Jak donoszą bowiem materiały operacyjne Służby Bezpieczeństwa: „część wywiadowców została wyposażona w magnetofony kasetowe typ 232 w celu nagrywania wypowiedzi osób kierujących przemarszem”. Chodzi o popularny w PRL-u magnetofon MK 232 produkowany na licencji Grundiga w  zakładach Unitra w Lubartowie.

Wobec zapaści ekonomicznej ostatniej dekady PRL-u postulaty zwiększenia dostaw zostały spełnione jedynie doraźnie. Później do normy wróciła głodowa rzeczywistość.

Można natomiast żałować, że głos włókniarek nie wybrzmiał równie głośno po transformacji ustrojowej, kiedy kolejne zakłady przemysłu lekkiego upadały niemal po cichu.

 

 

Pracownicy przędzalni zgrzebnej VIGOPRIM przy ul. Łąkowej 3/5 w Łodzi, lata 60.–70. XX wieku. W tle przędzarki wózkowe (selfaktory). Fot. autor nieznany, zbiory rodzinne Izabeli Szczepańskiej / Miastograf, CC BY-NC-SA.

 

 

Od upadku komunizmu możemy cieszyć się ze swobód obywatelskich gwarantujących m.in. wolność zgromadzeń i protestowania. Prawo do strajków zostało uregulowane nową konstytucją w 1997 roku. Tymczasem według raportu Komisji Europejskiej z 2023 roku jesteśmy narodem strajkującym najrzadziej w Europie. Zważywszy na bogate strajkowe tradycje i świadomość, że to związki zawodowe doprowadziły do bezkrwawego upadku komunizmu, fakt ten musi powodować zdumienie. Z roku na rok maleje aktywność i skuteczność strajków, spada liczebność członków związków zawodowych, których zniechęcają długie i obwarowane wielością regulacji procedury prowadzenia sporów zbiorowych. Działalności strajkowej nie sprzyja również dominująca w przekazie medialnym neoliberalna agenda. Wspomina mi o tym Weronika Dąbrowicz, łodzianka, feministka oraz działaczka Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Inicjatywa Pracownicza i Łódzkiego Stowarzyszenia Lokatorów. Rozmawiam z nią o kondycji strajków i protestów w Polsce XXI wieku:

 

Termin strajk jest formą protestu związaną z ruchem pracowniczym. Oznacza wprost odejście pracowników od pracy. Prawna procedura jego przeprowadzenia wymaga przejścia skomplikowanego procesu sporu zbiorowego, który obejmuje m.in. mediację z pracodawcą. Już na tym etapie mamy do czynienia z dysproporcją sił. Z jednej strony pracodawca, od którego zależy sytuacja materialno-bytowa pracownika, z drugiej związkowiec – osoba, która nawet na umowie na czas nieokreślony może zostać zwolniona dyscyplinarnie przez tego pracodawcę ze względu na swoją działalność związkową. Etapem poprzedzającym sam strajk jest referendum strajkowe, które trzeba przeprowadzić wśród całej załogi danego miejsca pracy, a udział w nim musi wziąć przynajmniej 50% zatrudnionych osób. To jest na przykład niewykonalne w firmach, które mają niewielkie filie rozsiane po całej Polsce. Tak dzieje się teraz podczas sporu zbiorowego prowadzonego przez Konfederację Pracy w Dino. Dopiero pozytywny wynik referendum jest wiążący do przeprowadzenia strajku. W międzyczasie pracodawcy utrudniają na wszelkie możliwe sposoby organizowanie się wokół sporu, zastraszając i  zwalniając pracowników. Później przez lata sądowych batalii walczymy o przywrócenie takich pracowników do pracy.

 

Dąbrowicz jest zdania, że za jedno z najgorszych praw strajkowych w Europie odpowiedzialność ponosi Solidarność, z którą strona rządowa w 1991 roku konsultowała treść ustawy. Konsekwencją tego jest rzeczywistość, w której mimo częstych przypadków łamania praw pracowniczych, zatrudniania pracowników w oparciu o umowy śmieciowe, niskich pensji, rosnących kosztów życia czy kryzysu mieszkaniowego strajków w Polsce nie ma. Dąbrowicz zwraca również uwagę na brak klimatu do protestowania:

 

Związki zawodowe są demonizowane, a ich działanie utożsamiane z jakąś zamierzchłą, nie do końca zrozumiałą działalnością pracowniczą. Przy tym jesteśmy nękani neoliberalną propagandą, która wpaja społeczeństwu, że „jeśli masz w pracy źle, to możesz przecież ją sobie zmienić”. To znamienne, że w szkole uczymy się o tym, jak być przedsiębiorcą, ale nie uczymy się, jak być związkowcem, chociaż większość z nas będzie zapewne pracownikami najemnymi.

 

Wraz z upływem czasu można zauważyć jednak coraz większą świadomość protestowania, choćby w zakresie performatywności czy dbania o słyszalność. Przykładem mogą być aktywności Młodzieżowego Strajku Klimatycznego czy Strajku Kobiet, które korzystają z formy protestu, ale co ważne strajkami nie są.

Protestowania można się nauczyć. Warsztaty wspólnego skandowania i protestacyjnego śpiewania są częścią praktyki artystycznej m.in. Edki Jarząb czy Zorki Wollny. Prowadzą je również działaczki i działacze łódzkich środowisk wolnościowych, w których działa Dąbrowicz. Zwraca ona uwagę na szeroką paletę dźwiękowych narzędzi protestu: od wspólnego skandowania przez choreografię dźwięku, użycie zaadaptowanych na instrumenty głośnych przedmiotów, a skończywszy na wykorzystywaniu walorów akustycznych przestrzeni oraz używaniu przenośnego nagłośnienia.

 

 

Fot. Młodzieżowy Strajk Klimatyczny.

 

 

Żeby razem krzyczeć, trzeba znać hasła. One muszą być krótkie i komunikatywne, żeby ludzie, którzy po raz pierwszy je słyszą, szybko mogli je podchwycić. Strajk Kobiet był właśnie dlatego tak głośny, bo hasła protestu były doskonale znane z przestrzeni medialnej. My, organizując manifestacje, dużą wagę przywiązujemy do języka, próbując połączyć na przykład język inkluzywny czy tożsamy dla jakiejś grupy migrantów z językiem zrozumiałym dla przypadkowego przechodnia. Planując marsze, myślimy również o układzie urbanistycznym otoczenia. Zdecydowanie łatwiej jest protestować w gęsto zabudowanym Śródmieściu – plac Wolności i okoliczne uliczki są do tego dobrą przestrzenią. W takich warunkach nawet przy niższej frekwencji jesteśmy słyszalni i widoczni, co często nie jest możliwe na otwartych terenach oddalonych od centrum Łodzi. Otwarte przestrzenie uwypuklają niską frekwencję. Ważny jest również ruch. Staramy się wymyślać jakieś przyciągające uwagę formy demonstrowania wykraczające poza typowe stanie i maszerowanie.

 

W manifestacjach współorganizowanych przez łódzkie środowiska wolnościowe ważny jest hałas. Uderzanie łyżkami o garnki podczas demonstracji solidarności z mieszkańcami Palestyny miało zwrócić uwagę na panujący tam głód. W protestach lokatorskich elementem dźwiękowym były grzechotki z fasoli i butelek. A w arsenale środków są jeszcze m.in. gwizdki i wuwuzele. Gamechangerem jest jednak łódzka Parasamba – grająca na bębnach aktywistyczna grupa będąca częścią globalnej sieci Rytmy Oporu (Rhythms of Resistance).

Zapytana o to, jak przełamywać wewnętrzny opór przed publicznym protestowaniem, Dąbrowicz odpowiada:

Przede wszystkim na protest warto przyjść z kimś, bo trudno jest krzyczeć samemu. Zawsze można do nas napisać, jeśli nie ma się z kim iść. Warto mieć to poczucie wspólnoty, bo właśnie ono jest kluczowe podczas demonstrowania i daje odwagę do zabierania głosu.

 

W czasach kryzysu demokracji, na progu technofeudalizmu, wspólny krzyk i śpiew mogą stanowić solidny fundament oporu i solidarności. A historia pokazuje jak długa i kręta bywa droga do wywalczenia tego przywileju jakim jest możliwość posiadania własnego głosu.

 

 

Artykuł opublikowano w ramach zadania "Miej Miejsce w kulturze 2026-2027" dofinansowanego z Programu Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego „Czasopisma" oraz z budżetu Miasta Łodzi w ramach Programu „Łódź pełna kultury ".

 

 

 

BIBLIOGRAFIA
  • Szałasek, Filip. Cena i wartość ciszy w mieście, [w] „Czas Kultury.pl” 06.11.2020,
https://czaskultury.pl/czytanki/nigdy-nie-bedziesz-sluchac-sama, dostęp 24.10.2026.
  • Wrzosek, Stanisław. Bunt łódzki w roku 1892, [w] http://lewicowo.pl/bunt-lodzki-w-roku-1892/, dostęp 24.10.2026.
  • Próchnik, Adam. Bunt łódzki w roku 1892, Łódź 1932.
  • Wiśniewski, Igor. Wspólnota poprzez dźwięk. O rezonujących głosach i sojuszu w proteście, [w] „Glissando” 1/2025.
  • Piskała, Kamil. 1905 – Rok z dziejów polskiego Manchesteru, [w] „Rewolucja 1905: przewodnik Krytyki Politycznej”, pod red. Kamila Piskały i Wiktora Marca., Warszawa 2013, s. 237.
  • Marzec, Wiktor. Chodziło o to, aby lepiej było żyć na świecie takim bitym i kopanym biedakom, jak my…: Emancypacje 1905 roku, [w] „Rewolucja 1905: przewodnik Krytyki Politycznej”, pod red. Kamila Piskały i Wiktora Marca., Warszawa 2013, s. 207-208.
  • Ambroziak, Józef. Strajk powszechny w październiku 1928 roku, [w] „Strajki włókniarzy łódzkich. Wspomnienia działaczy KPP”, Łódź 1962,  s. 47.
  • Granicki, Henryk. W Widzewskiej Manufakturze – sierpień – wrzesień 1932 roku, [w] „Strajki włókniarzy łódzkich. Wspomnienia działaczy KPP”, Łódź 1962,  s. 76-78.
  • Nowicki, Bartosz. Dźwiękowe emanacje oporu i strategie przetrwania w Litzmannstadt Ghetto, [w] „Czas Kultury” 2024, nr 3.
  • Lesiakowski, Krzysztof. Strajki robotnicze w Łodzi, 1945-1976, Łódź 2008.
  • Milanowska, Ewa. Tylski, Krzysztof. Strajki łódzkie w lutym 1971, Warszawa-Łódź 2008.
  • Pilarski, Sebastian. Strajk głodowy w Łodzi, Łódź 2021.
  • Madejska, Marta. Aleja włókniarek, Wołowiec 2019, s. 242.
  • Skibicki, P. Kawalkada autobusów MPK z „głodem w szyldzie”, Dziennik Łódzki 1981, nr 147, s. 2.
  • (sk). Protestu „Solidarności” ciąg dalszy, Dziennik Łódzki 1981, nr 148, s. 1-2
  • Skibicki, P. Protestacyjny marsz łódzkich kobiet, Dziennik Łódzki 1981, nr 150, s. 1,4.

 

 

 

___________________

 

 

Bartosz Nowicki  –  krytyk muzyczny, recenzent od 2012 roku dokumentujący współczesną scenę polskiej muzyki eksperymentalnej i alternatywnej. Badacz dźwiękowy, field recordysta, realizator dźwięku, DJ. Laureat stypendium artystycznego Miasta Łodzi w 2025 roku.

 

 

___________________

 

 

 

___________________

 

 

Zdjęcie główne: Protest "Wychodzimy walić w gary" w Łodzi, zorganizwoany między innymi przez Łódzkie Dziewuchy Dziewuchom sześć dni po opublikowaniu Wyroku Trybunału Konstytucyjnego, niemal całkowicie zakazujacego aborcji w Polsce. © Wojtek Radwanski., 02/02/2021 - Łódź, Archiwium Protestów Publicznych.