Czy cisza może być przywilejem? Łódzki pejzaż dźwiękowy od czasów rewolucji przemysłowej mówi o mieście nie tylko poprzez hałas, ale także przez to, kto może się od niego odizolować. Od „Ziemi obiecanej” Reymonta po współczesne luksusowe apartamenty cisza okazuje się związana z władzą, statusem i pieniędzmi. O tym, do kogo należy cisza i czy może stać się wspólną wartością miasta, pisze Bartosz Nowicki.
„Łódzkie historie dźwiękowe. Szkice o pejzażu akustycznym miasta”
Choć „Cisza” nad ulicą Wólczańską 13 zawisła ponad dekadę temu, bardziej można ją było dostrzec niż usłyszeć. Od tego czasu kwartał pobliskich ulic wybrzmiewał głównie zgiełkiem prac remontowych prowadzonych w ruinach dawnej Apretury i Myjni Jedwabiu z 1900 roku oraz rumorem dochodzącym z odwiertu nieukończonej do dziś kolejowej linii średnicowej.
„Cisza” to przestrzenna instalacja artystyczna Łukasza Bergera, będąca częścią galerii łódzkiego street artu. Została zmontowana z wbitych w ścianę kamienicy metalowych prętów układających się w napis „cisza”. Jej trójwymiarowa konstrukcja przyciąga uwagę, przeobrażając się pod wpływem zmieniającego się kąta padania promieni słonecznych i w zależności od perspektywy, z jakiej na nią patrzymy. W sieci można znaleźć wiele jej fotografii. Na części z nich uchwycona została w typowo łódzkim anturażu sypiących się cegieł i szkieletów kamienic. Dziś w tle można dostrzec eleganckie fasady zrewitalizowanego pofabrycznego kompleksu, których wnętrza inwestor przeznaczył na powierzchnie mieszkaniowe. „Cisza” zmieniła swoje znaczenie. Nieświadomie stała się reklamą sprzedawanych tam apartamentów, do których kupna zachęcać mają takie udogodnienia, jak windy cichobieżne czy wyciszająca wnętrza stolarka okienna. Ceny lokali wahają się między czterystoma tysiącami a trzema i pół milionami złotych w mieście, w którym średnia zarobków wynosi (według danych GUS z lipca 2026 roku) niespełna 9 tysięcy złotych brutto (urząd nie podaje danych o medianie zarobków, która urealniłaby tę kwotę). Cisza ma swoją cenę. Wiedzą o tym deweloperzy, którzy od lat kuszą potencjalnych nabywców jej obietnicą. Stała się dobrem luksusowym, często elitarnym, niedostępnym poniżej pewnego progu dochodowego.
Mechanizmy ekonomiczne późnego antropocenu i utożsamianego z nim turbokapitalizmu ukazały dostęp do ciszy jako jeden z wyznaczników klasowej dystynkcji. Cisza „przestaje być przestrzenią dostępną dla wszystkich – staje się produktem, usługą premium, klasowym przywilejem i narzędziem samoregulacji”
W publicznym dyskursie społeczno-politycznym zjawisko ciszy pojawiło się jako efekt popandemicznej refleksji, podczas której uświadomiliśmy sobie rolę dźwięków w otoczeniu, skalę zanieczyszczenia hałasem i wartość (również merkantylną) ciszy. Mechanizmy ekonomiczne późnego antropocenu i utożsamianego z nim turbokapitalizmu ukazały dostęp do ciszy jako jeden z wyznaczników klasowej dystynkcji. Cisza „przestaje być przestrzenią dostępną dla wszystkich – staje się produktem, usługą premium, klasowym przywilejem i narzędziem samoregulacji” – komentował Patryk Lichota, przyglądając się w swoim eseju utracie społecznej wartości ciszy i jej transformacji w dochodowy towar.
Łódzka perspektywa daje mi pretekst do tego, aby zastanowić się, czy społecznej wartości ciszy nie straciliśmy o wiele wcześniej, jeszcze zanim na dobre zdaliśmy sobie sprawę z jej wagi. Mechanizmy zawłaszczania ciszy pozostają niezmienne, co najmniej od czasów rewolucji industrialnej, która ponad wiek temu dokonała trwałego przeobrażenia pejzażu dźwiękowego europejskich miast. O ile wielu współczesnych badaczy audiosfery niechętnie stawia jednoznaczną granicę w historii dźwiękowej, dzielącą ją na czasy sprzed industrializacji (cisza) i po niej (utrata ciszy), uznając, że hałas od zawsze był charakterystyczną reprezentacją miejskiego rytmu i witalności, o tyle fakt pojawienia się i akumulacji mechanicznego zgiełku trudno oderwać od powiązania z początkiem ery przemysłowej. Raymond Murray Schafer w kanonicznej dla badaczy dźwięku książce „Strojenie świata” wymienia kolejne technologiczne wynalazki, które w XVIII wieku wydatnie przyczyniły się do rozwinięcia w Anglii masowej produkcji (począwszy od maszyny do szycia, przez żelazne koła pociągów, aż do mechanicznych krosien, silników parowych i prasy hydraulicznej), a jednocześnie przyczyniły się do degradacji pejzażu akustycznego i relacji społecznych: „Rolników rugowano z ziemi i wysyłano do miast, by szukali tam pracy w fabrykach. (...) Dzień pracy został wydłużony do szesnastu i więcej godzin, z godzinną przerwą na obiad. Robotnicy żyli w obskurnych kwaterach nieopodal fabryki, odcięci od terenów wiejskich… Fabryki położyły kres jedności pracy i pieśni. (...) Kakofonie żelaza rozlały się na wieś wpierw pod postacią linii kolejowych i młockarni”. Następnie przytacza cytaty z europejskiej literatury, ilustrujące zawłaszczanie przez przemysłowe dźwięki fonosfery wsi i miasteczek.
Rewolucja przemysłowa dotarła do Polski w połowie XIX wieku i doczekała się własnych kronikarzy, którzy opisywali towarzyszące jej modyfikacje krajobrazu dźwiękowego oraz potrafili zidentyfikować w nich echo społecznych przemian na długo przed zainteresowaniem badaczy dźwięku. Najwybitniejszym słuchaczem fonosfery końca XIX wieku, a z pewnością najbliższym ze względu na lokalną, łódzką perspektywę, jawi się Władysław Stanisław Reymont. Jego utwory literackie są dowodem niezwykłej wrażliwości autora na bodźce akustyczne. „Ziemię obiecaną” otwiera brawurowy opis zgiełkliwego miejskiego poranka, „piejącego metalowymi gardzielami potwornych kogutów hasło do pracy”. Pisarz ma tu na myśli chór świstawek pełniących rolę dyscyplinującą i regulującą zmianowy rytm pracy łódzkich fabryk oraz całego miejskiego życia. Łódzka epopeja jest na tyle gęsta od kwiecistych opisów fonosfery, że jej lekturę można wręcz nazwać słuchowiskiem.
Bystre ucho Reymonta zastanawia i inspiruje do poszukiwania w jego biografii tropów tej imponującej dźwiękoczułości. Być może zasłuchanie w otaczający świat jest efektem przerwanej i okupionej bolesnym ciężarem ojcowskiej pałki nauki gry na fortepianie, mającej przygotować go do funkcji kościelnego organisty. A może rozwinął on swój dar podczas pracy dróżnika w Lipcach, gdzie podczas długich, samotnych nocy na odludziu mógł wsłuchiwać się w rytm nadjeżdżających pociągów i wieczorne „cichości płynące nad polami”. Perspektywa niewielkiej dróżniczej budki na odludziu kusi wręcz do porównania z Henrym Thoreau, który w zbitej z desek szopie pośród lasów Massachusetts uwrażliwiał się na subtelności otaczającego go świata i prostotę życia. Reymont, podobnie jak dźwięki, wnikliwie śledzi relacje międzyludzkie będące paliwem jego literackich fabuł i społecznych diagnoz. Z opisów fonosfery fabrycznej Łodzi w „Ziemi obiecanej” wyłania się pełen przekrój społeczny mieszkańców, a każda nierówność rasowa, ekonomiczna czy klasowa rezonuje dźwiękiem lub pełną od znaczeń ciszą.
Hałas nabiera tu totalitarnego charakteru, ma moc dehumanizującą, niwelującą społeczność robotników do bezimiennej masy
Łódzki pejzaż dźwiękowy u schyłku XIX wieku, jaki Reymont na podstawie kilkumiesięcznych obserwacji miasta zrekonstruował w „Ziemi obiecanej”, ma wszelkie znamiona schaferowskiego środowiska lo-fi, czyli takiego, w którym dźwięki nadmiernie nakładają się, trudno je od siebie rozróżnić, ustalić ich źródło, klarowne odgłosy giną w szerokopasmowym szumie, a przebywający w nim ludzie i zwierzęta odczuwają z tego powodu przeciążenie. Dominantę akustyczną stanowią liczne fabryki i zakłady produkcyjne, których według historycznych źródeł w drugiej połowie lat 80. XIX wieku, a więc w czasie, kiedy toczy się akcja powieści, było w Łodzi niemal osiemset. To one emitowały opisywane z namaszczeniem feerie hałasu: huczenie, łoskoty, świsty, szumy, rytmy, brzęczenia, jęki i szczękania rozpędzonych maszynerii parowych, kół zamachowych, tłoków i pasów transmisyjnych, które swoim natężeniem przytłaczały pracujących przy nich robotników. Hałas nabiera tu totalitarnego charakteru, ma moc dehumanizującą, niwelującą społeczność robotników do bezimiennej masy. Częścią tej fabrycznej fonosfery są także wspomniane wcześniej świstawki oraz turkot wozów węglowych i zaopatrzeniowych, wywożących towar z zakładów w kierunku Kolei Fabryczno-Łódzkiej. W miarę oddalania się od przemysłowego centrum odgłosy masowej produkcji wybrzmiewają w formie pomruku czy stłumionego huku. Wraz z ich gaśnięciem nasila się z kolei ludzka wrzawa:
Uliczka podobna była do śmietnika, pełnego odpadków wielkiego miasta. Józio przesunął się śpiesznie i wszedł do nietynkowanego domu, który świecił wszystkimi oknami od suteryn aż po strychy niby latarnia i wrzał cały ludzkim rojem, jaki się w nim zagnieździł
Niemal przy każdej okazji, gdy Reymont wyprowadza swoich bohaterów na łódzkie peryferia, sięga po brutalny, naturalistyczny opis. Ulice i zabudowania mieszkalne przypominają śmietniska, a ich lokatorzy opisywani są jako „roje”, „mrowia”, „chóry pijackie” czy „chóry nędzy”. Przedmieścia w „Ziemi obiecanej” nie muszą być nawet znacznie oddalone od centrum („Piotrkowska ulica w tym miejscu zmieniała po raz trzeci swój wygląd i charakter, bo od Gajerowskiego Rynku aż do Nawrot jest fabryczną; od Nawrot do Nowego Rynku handlową, a od Nowego, w dół, do Starego Miasta tandeciarsko-żydowską”), aby podlegać surowej ocenie autora (wybitnie koncentrującego się na „walorach” dźwiękowych tego, co uznaje za odrażające).
Wrzaskliwy chaos przewalał się jak falą z jednej strony rynku na drugi. Nad tym rojowiskiem głów, włosów rozwianych (...) Wrzawa rosła bezustannie, bo wciąż z góry miasta napływały nowe fale kupujących i podnosiły się nowe krzyki, nawoływania zachrypniętymi gardłami, głosy trąbek dziecinnych brzękały ze wszystkich stron, turkoty wozów, kwiki prosiąt, krzyki gęsi, cała szalona kakofonia zbiorowiska ludzkiego wrzała i biła w to czyste, rozsłonecznione niebo (…) W jednym z szynków grano i tańczono, bo czasami przez ten zgiełk i wrzawę piekielną przedzierał się głos harmonii i skrzypiec, wycinających oberka i mocny siarczysty pokrzyk tańczących, ale rychło te głosy tonęły w chaosie bójki, jaka powstała w środku rynku, przy straganach z wędlinami.
(...) wszystkie te głosy, co się zrywały spośród bud, wozów, straganów, błota i olbrzymim wirem krążyły nad Rynkiem, odbijały się o czworokąt domów i płynęły w boczne ulice, w świat, w pola, ku fabrykom, które niedaleko stały, panując kominami i jakąś cichą, milczącą grozą, w jakiej były zatopione i patrząc błyszczącymi w słońcu, wytrzeszczonymi oczami okien na te roje robocze.
Kto zatem w tej kipiącej dźwiękami Łodzi anektuje sobie prawo do ciszy? Do kogo należy przywilej odcięcia się od wszędobylskiego gwaru? Najczęściej wypełnia ona przepastne i pełne przepychu wnętrza fabrykanckich pałaców, jak choćby w buduarze Lucy Zuckerowej, „przez którego mury i obicia nie przedzierał się najmniejszy szmer ze świata”. Spotkać ją można w rezydencji Bucholca, w której „cisza go otaczała zupełnie, bo odgłos kroków tłumiły dywany”, a uliczne echa „nie były w stanie przedrzeć się przez żelazne obite wojłokiem okiennice”. Głusza panuje również w pałacu Mendelsohnów, gdzie w salonie Róży „przez zamknięte okiennice wewnętrzne i zapuszczone ciężkie czarne portiery, nie dochodziły z miasta żadne głosy, prócz huczącego, słabego szmeru i drgań bezdźwięcznych”. Łódzkie pałace, które jedynie podczas wystawnych rautów wybrzmiewają gwarem rozmów, wznoszonych toastów i artystycznych występów, na co dzień spowija nudna cisza, jak podczas obiadu w jadalni Bucholców, na który zaproszony został Borowiecki.
Jej źródeł można dopatrywać się w salonowej etykiecie, którą budujący łódzkie fortuny rzemieślnicy z kompleksem klasowym zaanektowali wprost ze szlacheckich salonów. Jednak najbliższą prawdy będzie wewnętrzna pustka, która towarzyszy dotarciu na szczyt drabiny społecznej (u Reymonta odczuwają ją niemal wszyscy najbardziej zamożni bohaterowie, a w finale dotyka ona także Borowieckiego). Potrzeba gromadzenia luksusowych dóbr i wypełniania nimi własnych rezydencji to zatem znamienny przykład horror vacui. Gęste meblowanie pomieszczeń, obijanie wyciszającymi materiałami ścian czy zabezpieczanie okien tłumiącym odgłosy filcem, mające znaczący wpływ na akustykę wnętrz, nie są bynajmniej motywowane upodobaniem fabrykanckich rodzin do ciszy (często oprócz wspomnianej nudy napełnia ich ona trwogą). Czynności te oznaczają raczej potrzebę zaakcentowania klasowej dystynkcji, wynikającej z chęci odizolowania się od ulicy i wypełniających ją „rojów”. O praktyce tej wspomina badaczka dźwięku Marta Michalska w książce „Dźwięki, ludzie i nasłuchiwanie miasta”, na łamach której śledzi warszawską fonosferę przełomu XIX i XX wieku. Badając genezę konfliktów społecznych wywoływanych występowaniem określonych dźwięków w przestrzeni publicznej oraz obserwując strategie radzenia sobie z nimi, przywołuje m.in. pracę Sophie Rosenfeld, która tak tłumaczy praktyki wyciszania wnętrz w kontekście separacji od klas niższych:
Bronią przed intruzywnymi dźwiękami stało się nazwanie ich „hałasem” oraz wyciszanie siebie i swoich przestrzeni prywatnych w kontrze do kakofonii przestrzeni publicznej. Cisza okazała się więc towarem, formą luksusu dostępnego tylko za odpowiednią cenę.
Kolejną praktyką zawłaszczania ciszy motywowaną potrzebą manifestacji swojego klasowego statusu jest uciszanie. Pojawia się ono zarówno w badaniach Michalskiej, jak i w „Ziemi obiecanej”. Łódzcy fabrykanci egzekwują ciszę w swoim otoczeniu, a nawet wywołują ją samą swoją obecnością. Kiedy po otwarciu lufcika w swoim pokoju Szaję Mendelsohna dobiega muzyka i śmiech z usytuowanego w przeciwległej kamienicy mieszkania majstra z jego zakładu, wysyła do niego lokaja z nakazem zakończenia towarzyskiego spotkania. Następnie skwapliwie odnotowuje nazwisko pracownika, komentując, że „musi za dużo brać, kiedy go stać na zabawy”.
Kiedy po otwarciu lufcika w swoim pokoju Szaję Mendelsohna dobiega muzyka i śmiech z usytuowanego w przeciwległej kamienicy mieszkania majstra z jego zakładu, wysyła do niego lokaja z nakazem zakończenia towarzyskiego spotkania. Następnie skwapliwie odnotowuje nazwisko pracownika, komentując, że „musi za dużo brać, kiedy go stać na zabawy”
Już samo pojawienie się właścicieli fabryk w przestrzeni publicznej sprawia, że wokół nich cichną rozmowy. Niezależnie od okoliczności: wizyty w kantorku czy udziału w przyjęciu, otaczający fabrykanta nimb ciszy jest podszyty skierowaną wobec niego mieszanką grozy, respektu, zazdrości i tłumionej nienawiści zebranych: „Gwarne rozmowy, śmiechy i żarty brzmiały wesoło w powietrzu, ale gdy Bucholc wszedł, sala ogłuchła prawie. Głosy wszystkie zamilkły, uśmiechy zamarły, spojrzenia sposępniały, a twarze powlokły się surowością i niepokojem”. Moc uciszania, jaką roztacza postać przemysłowca, jest poniekąd symbolicznym przedłużeniem fabrycznego zgiełku, który tłumi głosy robotników i odbiera im podmiotowość: „(…) bo ta fabryka, której szum huczał w jego gabinecie, której ruch i pulsowanie czuł we własnych nerwach, w tętnie krwi nieomal, nie pozwalała się odosobnić, ciągnęła nieprzeparcie, zmuszała do służby i warowania każdego, który krążył w jej orbicie”.
W przypadku służby czynnikiem dyscyplinującym do ciszy jest krzyk oraz psychiczna i fizyczna przemoc. Według Michalskiej milczenie służby „to jeden z głośniejszych dźwięków XIX-wiecznej fonosfery”. O ile badaczka, opisując formy subordynacji służących (bierze pod uwagę jedynie kobiety sprawujące tę funkcję) przez aspirujących do klasy średniej mieszczan, przywołuje stosunkowo subtelne przykłady strofowania słownego czy przywoływania dzwonkiem, o tyle w „Ziemi obiecanej” scena pobicia lokaja Augusta przez Bucholca stanowi jeden z brutalniejszych fragmentów powieści:
Długa cisza zapanowała w pustym kantorze. Lokaj stał bez ruchu, przestraszony i nie wiedział, co robić, patrzył na twarz siną Bucholca (...) —Milczeć! — krzyknął i uderzył go z całej siły kijem przez twarz. August bezwiednie cofnął się w tył. —Stój, chodź bliżej! I gdy lokaj pod wpływem strachu znowu się przysunął, przytrzymał go za rękę i potężnie obłożył kijami. August nie próbował się nawet wydzierać, odwrócił tylko twarz, żeby ukryć łzy, które mu się strumieniem lały po wygolonych policzkach.
Ze względu na dźwiękowy aspekt klasowej przemocy, warto przywołać tutaj również motyw papugi, którą postać niemieckiego fabrykanta wytresowała do nawoływania służby słowem „Kundel”. Liczne i pełne rozmachu opisy dźwiękowe, które znajdziemy w „Ziemi obiecanej”, wydają się nie tylko wartościowym i bliskim rzeczywistości opisem pejzażu akustycznego Łodzi fabrykanckiej, ale też same w sobie stanowią wnikliwe studium relacji społecznych. O ich prawdopodobieństwie mogą dowodzić choćby pokrewne z badaniami Marty Michalskiej wnioski. Audialnym wyzwalaczem dystynkcji i nierówności klasowych najczęściej okazuje się cisza. Staje się ona atrybutem władzy najzamożniejszych mieszkańców Łodzi, manifestującym się głównie w różnych formach symbolicznego i rzeczywistego uciszania oraz poprzez izolację od zgiełku świata zewnętrznego. Właśnie ta druga strategia anektowania ciszy wydaje się najbardziej odzwierciedlać XXI-wieczną perspektywę. Okazuje się, że ponad wiek od wybuchu rewolucji przemysłowej rola statusu ekonomicznego nadal warunkuje dostęp do ciszy. Norweski myśliciel Erling Kagge w swoich współczesnych rozważaniach o ciszy zauważa, że: „Osoby nisko wynagradzane mają z reguły większy hałas w miejscu pracy niż ci, którzy zarabiają więcej (...) Zamożni mieszkają tam, gdzie natężenie hałasu jest mniejsze, a powietrze lżejsze (...) Cisza stała się jednym z elementów umożliwiających wybranym dłuższe, zdrowsze i bogatsze życie”. Jak zatem możemy udemokratyzować dziś ciszę i zagwarantować sobie powszechny dostęp do niej? Receptę na to ma Justyna Anders-Morawska, naukowczyni z Uniwersytetu Łódzkiego od lat zajmująca się problematyką audiosfery miejskiej w kontekście polityk publicznych:
To wymaga odejścia od neoliberalnego modelu zarządzania przestrzenią, w którym priorytetem jest wzrost gospodarczy i interes inwestora, a nie dobrostan mieszkańców, oraz zrewidowania samorządowych praktyk sprowadzających politykę antyhałasową do deklaracji, akcyjności i minimalnej zgodności z dyrektywami. (…) Ochrona wartości środowiskowej ciszy mogłaby stać się narzędziem odzyskiwania wspólnotowego wymiaru miasta – przestrzeni, w której słuchanie jest formą obecności, a troska o akustyczne otoczenie wyrazem solidarności. (...) To, co dziś jest wyjątkiem, może stać się regułą – jeśli tylko zostanie dostrzeżone, nazwane i wzmocnione także poprzez odpowiednie ramy prawne i polityczne.
Dopiero działania będące sumą globalnych przemian i lokalnej aktywności społecznej, oparte na empatii, solidarności, zrównoważonym zarządzaniu, dbaniu o przestrzenie wspólne w mieście i najbliższym sąsiedztwie oraz przestrzeganiu regulacji prawnych związanych z normami hałasu, mogą sprawić, że cisza stanie się naszą wspólną wartością.
________________
Bartosz Nowicki – krytyk muzyczny, recenzent od 2012 roku dokumentujący współczesną scenę polskiej muzyki eksperymentalnej i alternatywnej. Badacz dźwiękowy, field recordysta, realizator dźwięku, DJ. Laureat stypendium artystycznego Miasta Łodzi w 2025 roku.
________________
________________