Jeśli miłość ma kształt mięśnia, a nie serca, macierzyństwo przestaje być doświadczeniem prywatnym. W książce Pauliny Małochleb „Mięśnie mam od miłości” oraz na wystawie Karoliny Wiktor „Kartografia macierzyństwa” w Zachęcie – zostaje ono przesunięte z porządku emocji w obszar fizjologii, pracy i infrastruktury relacyjnej. Miłość nie jest tu stanem, lecz działaniem ciała: powtarzalnym, obciążonym, podtrzymującym możliwość języka, relacji i życia społecznego.
Jedną z moich ulubionych instagramowych rolek jest ta ilustrująca fragment książki „Women Holding Things: A Visual Celebration of Women's Lives and Roles” Mairy Kalman. W krótkiej sekwencji obrazów pojawiają się kobiety trzymające rzeczy: dzieci, torby z zakupami, kwiaty, psy, listy, naczynia, narzędzia codzienności. Nic spektakularnego, ani heroicznego, żadnych nasterydowanych Atlasów. A jednak trudno przestać patrzeć. Ten obraz powracał do mnie, kiedy czytałam esej Pauliny Małochleb „Mięśnie mam od miłości”. Zdanie-klucz tej książki – „jeśli miłość ma kształt, to nie serca, tylko mięśni ramienia przyciągających do ciała drugą osobę” – działa bardzo podobnie jak wizualna intuicja Kalman. Przenosi refleksję o macierzyństwie z porządku emocji w porządek czynności. Miłość przestaje być tu stanem psychicznym, a zaczyna funkcjonować jako praca relacyjna wykonywana przez ciało.
Pierwszy poziom pracy opisywany przez Małochleb przypomina funkcjonowanie mięśni gładkich: jest ciągły, nieefektowny i w dużej mierze niezauważalny. Chodzi tu o logistykę codzienności, regulowanie rytmu dnia, zarządzanie czasem innych osób, przewidywanie potrzeb, organizowanie relacji między obowiązkami
Biologia klasyfikuje mięśnie na trzy podstawowe typy: mięśnie gładkie, których praca pozostaje w dużej mierze niezależna od świadomości i odpowiada za regulację procesów podtrzymujących życie; mięśnie poprzecznie prążkowane, odpowiedzialne za ruch i wymagające wysiłku; oraz mięsień sercowy, którego rytmiczna aktywność umożliwia funkcjonowanie całego organizmu jako całości. Ten elementarny podział fizjologiczny można potraktować również jako model opisu pracy opiekuńczej – pracy jednocześnie automatycznej i wymagającej decyzji, rozproszonej i intensywnej, niewidzialnej i absolutnie koniecznej. W tym sensie książkę Małochleb można czytać jako próbę opisania tego, co kobiety – i szczególnie matki – w codzienności podtrzymują. Miłość przestaje być tu stanem emocjonalnym, a zaczyna funkcjonować jako czynność podtrzymywania więzi, czyli jako szczególna forma pracy. To przesunięcie pozwala czytać „Mięśnie mam od miłości” jako książkę o kapitale wytwarzanym przez ciało w relacji z innym ciałem, poprzez powtarzalne akty opieki, regulowania rytmu codzienności, stabilizowania relacji i umożliwiania uczestnictwa w przestrzeni społecznej. Jest to kapitał szczególny, ponieważ nie daje się oddzielić od relacji, w których powstaje, a zarazem pozostaje w dużej mierze niewidzialny właśnie dlatego, że stanowi warunek funkcjonowania innych form aktywności.
Pierwszy poziom pracy opisywany przez Małochleb przypomina funkcjonowanie mięśni gładkich: jest ciągły, nieefektowny i w dużej mierze niezauważalny. Chodzi tu o logistykę codzienności, regulowanie rytmu dnia, zarządzanie czasem innych osób, przewidywanie potrzeb, organizowanie relacji między obowiązkami. To właśnie ta warstwa pracy reprodukcyjnej najłatwiej znika z pola widzenia, ponieważ jej skuteczność polega na tym, że nie zostawia po sobie widocznych śladów. Zdanie „w macierzyństwie więcej historii nie zostało opowiedzianych, niż zostało” można czytać nie tylko jako diagnozę kulturowej niedoreprezentacji (wszak obrazów i opisów macierzyństwa mamy w literaturze i sztuce dostatek), lecz przede wszystkim jako rozpoznanie strukturalnej niewidzialności pracy reprodukcyjnej. Opieka pozostaje słabo opisana nie dlatego, że nie jest interesująca, lecz dlatego, że jej rozproszenie i powtarzalność utrudniają jej symboliczne uchwycenie.
Autorka pokazuje, że autonomia poznawcza, która w nowoczesnej kulturze funkcjonuje jako oczywisty warunek pracy intelektualnej, w rzeczywistości opiera się na transferze pracy reprodukcyjnej wykonywanej przez inne osoby
Na drugim poziomie książka Małochleb rekonstruuje opiekę jako relację zobowiązań i transferów energii. Szczególnie trafne jest tu sformułowanie o „emocjonalnym systemie pożyczkowo-zadłużeniowym”, które autorka odnosi do malarstwa Dominiki Kowyni. Wprowadzenie kategorii zadłużenia do opisu relacji opiekuńczych pozwala zobaczyć, że emocjonalność nie funkcjonuje tu jako sfera pozaekonomiczna, lecz raczej jako przestrzeń obiegu. To znaczy: jako relacja, która organizuje przepływy czasu, uwagi i energii między osobami pozostającymi w zależności. W tym sensie opieka okazuje się szczególną formą pracy relacyjnej, której produktywność polega nie na wytwarzaniu przedmiotów, lecz na stabilizowaniu warunków umożliwiających funkcjonowanie innych form pracy. To nie degradacja, a potraktowanie w końcu tego tematu poważnie, czyli przy pomocy języka i aparatu pojęciowego, którym posługujemy się w sferze publicznej, mówiąc i pisząc o zagadnieniach istotnych.
Jednym z moich ulubionych fragmentów „Mięśnie mam od miłości” jest refleksja dotycząca warunków pracy intelektualnej. Gdy Małochleb pisze, że „macierzyństwo jak zwykle wygrywa z procesem analitycznym”, a następnie odrzuca model pracy opartej na izolacji i delegowaniu opieki innym osobom, nie formułuje jedynie autobiograficznej obserwacji dotyczącej przeciążenia. Stawką tego fragmentu jest raczej ujawnienie społecznych warunków produkcji wiedzy. Autorka pokazuje, że autonomia poznawcza, która w nowoczesnej kulturze funkcjonuje jako oczywisty warunek pracy intelektualnej, w rzeczywistości opiera się na transferze pracy reprodukcyjnej wykonywanej przez inne osoby. W tym sensie „klęska intelektualistki” nie jest doświadczeniem jednostkowym, lecz diagnozą strukturalną. Wiedza nie powstaje w warunkach neutralnych; jej produkcja zależy od organizacji czasu, opieki i relacji.
____________________________________________
____________________________________________
„Nie zależy mi na wejściu w pozycję intelektualną w samotności, kosztem osób, które sama zobowiązałam się objąć opieką. Nie chcę grać w gry poznawcze jak mężczyźni - w zamknięciu, w samotności przy biurku, spychając na innych swoje zadania życiowe i wychowawcze. W królestwie gabinetu, odseparowana od świata drzwiami, blatem, komputerem, wyciszającymi słuchawkami. A przede wszystkim pracą drugiej osoby, która bierze na siebie ciężar domowy, żebym ja mogła zaglądać pod powłokę rzeczywistości" – tak bardzo w punkt, Autorko! Dzielę z Tobą tę „klęskę” i tak jak Ty – chcąc, nie chcąc – zmuszona jestem uczynić z niej swój oręż. Ja również piszę ten tekst w pośpiechu, o wczesnej porze, zanim dziecko wstanie i trzeba będzie zrobić mu śniadanie i oddać uwagę. Nasze macierzyństwo nie jest przez to przeszkodą w myśleniu, ale narzędziem jego krytyki. Pozwala dostrzec i zrozumieć, że autonomia poznawcza nigdy nie była kategorią neutralną, lecz zawsze zależała od organizacji opieki, czasu i relacji.
Ja również piszę ten tekst w pośpiechu, o wczesnej porze, zanim dziecko wstanie i trzeba będzie zrobić mu śniadanie i oddać uwagę
Równie interesująca jak powyższe, autorskie rozwinięcie idei „własnego pokoju” Virginii Woolf, jest reinterpretacja koncepcji dwóch ciał króla Ernsta Kantorowicza. Małochleb pokazuje, że w nowoczesnym imaginarium społecznym ciało matki funkcjonuje w sposób analogiczny do ciała politycznego władcy: jako struktura symbolicznie niewyczerpana i stale dostępna. To rozpoznanie pozwala zobaczyć macierzyństwo jako instytucję. Ciało matki nie należy tu wyłącznie do osoby, która je zamieszkuje. Należy do relacji, które podtrzymuje. Tak rozumiane macierzyństwo przestaje być doświadczeniem prywatnym. Staje się elementem organizacji społecznej wyobraźni, w której ciało matki pełni funkcję infrastruktury. „Polityczne ciało króla nie zaznawało śmierci – zamiast niej dochodziło do zmiany władzy, przeniesienia korony na inną głowę, przekazania berła w nową dłoń – pisze Małochleb – W zbiorowym wyobrażeniu z ciałem matki jest tak samo – nie choruje, nie umiera. Jest doskonale opiekuńcze: to funkcja jego wszystkich członków. Ciało to służy do wychowywania, nigdy się nim nie męczy. Tak jak ciało króla istnieje dla jego obywateli, tak ciało matki istnieje dla jej dzieci". Choroba matki jest skandalem, czymś co nie ma prawa się wydarzyć.
W tym sensie ekspozycja, prezentowana w Zachęcie, demontuje wyobrażenie matki jako ciała zawsze dostępnego i zawsze sprawnego
W tym miejscu książka Małochleb spotyka się w interesujący sposób z wystawą Karoliny Wiktor „Kartografia macierzyństwa” w Galerii Zachęta. Projekt Wiktor rekonstruuje macierzyństwo poprzez doświadczenie udaru i afazji, a więc poprzez sytuację, w której ciało matki przestaje być przezroczystym narzędziem relacji i staje się problemem poznawczym, językowym i motorycznym. Wystawa nie opowiada o macierzyństwie w sensie narracyjnym. Pokazuje raczej jego fizjologię. Afazja w projekcie Wiktor nie jest wyłącznie zaburzeniem neurologicznym, lecz wydarzeniem relacyjnym. Oznacza zakłócenie możliwości mówienia, orientowania się w przestrzeni, organizowania codzienności – a więc dokładnie tych funkcji, które w nowoczesnym wyobrażeniu macierzyństwa przypisywane są „naturalnej” kompetencji matki. Kartografia, którą proponuje artystka, rejestruje proces odzyskiwania sprawczości: powrotu do języka, powrotu do ruchu, powrotu do relacji. Wiktor pokazuje bowiem, że relacja opiekuńcza nie jest strukturą stabilną ani przezroczystą, lecz procesem wymagającym nieustannego negocjowania możliwości ciała. W tym sensie jej projekt działa jak kontrfiguracja wobec „politycznego ciała matki” opisanego przez Małochleb. Tam ciało matki pozostaje symbolicznie niewyczerpane; tutaj ujawnia swoją materialność, podatność na zakłócenia i konieczność odbudowywania funkcji relacyjnych.
Wystawa Karoliny Wiktor pokazuje macierzyństwo jako układ relacji zależnych od pracy układu nerwowego, pamięci, orientacji przestrzennej i języka. W tym sensie ekspozycja, prezentowana w Zachęcie, demontuje wyobrażenie matki jako ciała zawsze dostępnego i zawsze sprawnego. To właśnie dlatego spotkanie książki Małochleb z projektem Wiktor okazuje się tak produktywne interpretacyjnie. Obie prace pokazują, że ciało matki nie jest jedynie figurą stabilizacji relacji społecznych, lecz również polem bardzo konkretnej, fizycznej i fizjologicznej pracy – pracy, która podtrzymuje możliwość relacji, języka i orientacji w świecie. Jeśli w imaginarium społecznym ciało matki funkcjonuje jako struktura niewyczerpana i stale dostępna, to zarówno książka Małochleb, jak i wystawa Wiktor rekonstruują moment, w którym ta oczywistość przestaje działać i ujawnia swoją materialność.
Kartografia Wiktor pokazuje macierzyństwo jako przestrzeń odzyskiwania funkcji relacyjnych, podczas gdy Małochleb rekonstruuje je jako przestrzeń ich codziennego podtrzymywania
W tym sensie powrót do fizjologii nie oznacza tu redukcji doświadczenia macierzyństwa do poziomu biologii. Przeciwnie – pozwala zobaczyć, że relacyjność nie jest stanem danym raz na zawsze, lecz procesem zależnym od pracy ciała, pamięci, języka i uwagi. Kartografia Wiktor pokazuje macierzyństwo jako przestrzeń odzyskiwania funkcji relacyjnych, podczas gdy Małochleb rekonstruuje je jako przestrzeń ich codziennego podtrzymywania. Obie perspektywy spotykają się w tym samym miejscu: w rozpoznaniu, że opieka nie jest wyłącznie kategorią moralną ani psychologiczną, lecz także kategorią fizjologiczną i infrastrukturalną.
Dlatego powrót do biologicznej klasyfikacji mięśni, od której zaczyna się ten tekst i którą można potraktować jako jego lepiej lub gorzej ukrytą ramę interpretacyjną, okazuje się na końcu szczególnie znaczący. Tytuł „Mięśnie mam od miłości” nie opisuje doświadczenia, ale wnikliwie objaśnia materialne i rzeczywiste warunki jego możliwości. Może dlatego ta krótka rolka z kobietami trzymającymi rzeczy wraca do mnie po lekturze książki Małochleb. Patrzę na nią inaczej niż wcześniej. Nie jak na serię drobnych scen z codzienności, lecz jak na zapis pracy, która zwykle pozostaje niewidzialna. Kobiety coś niosą, coś podtrzymują, coś stabilizują. I dopiero kiedy zaczynamy to widzieć, widać również wyraźnie, że świat – jak w książce Małochleb – naprawdę trzyma się w silnych, umięśnionych miłością, kobiecych rękach.
„Karolina Wiktor. Kartografia macierzyństwa", 20.02–03.05.2026, Zachęta – Narodowa Galeria Sztuki, kuratorka: Katarzyna Kołodziej-Podsiadło
Paulina Małochleb „Mięśnie mam od miłości”, Wydawnictwo Karakter
______________________
Natalia Królikowska – łodzianka, dra nauk humanistycznych, producentka wydarzeń kulturalnych, aktywistka literacka, kierowniczka działu komunikacji w Muzeum Sztuki w Łodzi.
______________________
______________________