W dziesięciu opowiadaniach, które znalazły się w wydanym przez Centrum Dialogu im. Marka Edelmana zbiorze „Ocalali” po raz pierwszy możemy przyjrzeć się wyobraźni pisarskiej Chavy Rosenfarb bez związku z przedwojenną i wojenną Łodzią oraz gettem łódzkim. To ważna zmiana w stosunku do wcześniej przetłumaczonej na polski twórczości pisarki. „Ocalali” wytrącają krytyczną broń z rąk tym wszystkim, którzy wiecznie domagają się od pisarstwa Rosenfarb reportażowej wierności narracjom o getcie, pokazują natomiast, że ucieczka od wojennej traumy może być niemożliwa nawet na innym kontynencie.

 

 

Dzięki Centrum Dialogu im. Marka Edelmana poznaliśmy niezwykle bogatą twórczość Chavy Rosenfarb – obejmującą powieści, wiersze, opowiadania, a nawet dramaty – od najciekawszej chyba strony, czyli epickiej, trzytomowej powieści „Drzewo życia” opisującej splątane losy Żydów łódzkich do 1944 roku. W opublikowanym pod koniec 2025 roku zbiorze „Ocalali” możemy zobaczyć, jak pisarka warsztatowo odnalazła się w krótkiej formie opowiadań. Skondensowane historie życia, w których niemal zawsze cezurą jest II wojna światowa i Zagłada, ruszają od nowa po drugiej stronie oceanu – zazwyczaj w Kanadzie lub
w Stanach Zjednoczonych. Jednak nawet na innym kontynencie okazuje się, że rozpoczęcie nowego życia i trwanie w nim jest niezwykle trudne, jeśli „wszystko (zostało) tam, i tego wszystkiego już nie ma”.

Opowiadania, które znalazły się w zbiorze „Ocalali”, dzieli niekiedy dwadzieścia lat od czasu pierwszej publikacji: otwierający tom „Zielony” ukazał się w 1974 roku, a jedno z końcowych opowiadań „Czerwona ptaszyna” w 1994 roku. Znalazł się tu także tekst „Pewien piątek w życiu Sary Zonabend” z niepublikowanego manuskryptu w jidysz przetłumaczony z angielskiej wersji z 2023 roku wydanej po śmierci autorki. Różne daty pierwodruku, to także różne daty powstania tekstów, co zwraca uwagę jak metodycznie, a wręcz obsesyjnie pisarka powracała do motywu pamięci, uniemożliwiającej odcięcie się od przeszłości. Dziś powiedzielibyśmy o bohaterkach i bohaterach jej opowiadań, że są idealnym przykładem działania zespołu stresu pourazowego (Post Traumatic Stress Disorder), który przywlekli ze sobą z potwornej wojny w Europie. Ze świata gett, ramp do selekcji, obozów koncentracyjnych, apeli w obozach, ostatniego spojrzenia w oczy matek, ojców, córek, mężów. Czasu z nacjonalizmem i eugeniką na sztandarach. I być może takie odczytanie tekstów Rosenfarb jest najbliższe współczesnemu czytelnikowi: każda wojna kiedyś się kończy, ale jej ślady zawsze pozostają. Tak, jak pozostaną w psychice współczesnych Palestyńczyków i Ukraińców, którzy będą z nimi musieli jakoś żyć.

 

 

 

„Ocalali” to zbiór opowieści, w których nieprzystawalność i niemożliwość opisania doświadczenia zagłady odgrywa istotną rolę. Mówienie prawdy przeraża, bo bywają prawdy niewyobrażalne

 

 

 

Bohaterowie i bohaterki Rosenfarb to byli dipisi, dwudziestokilkuletni wdowcy i wdowy, matki, którym zamordowano mężów i dzieci, cudem ocaleni, którzy nie chcą mieć już nic wspólnego ze starym kontynentem. Paradoksalnie będą mieć z nim do czynienia do końca życia: we wspomnieniach, koszmarach sennych, przywidzeniach zmarłych osób na jawie, myląc imiona swoich żywych i zamordowanych dzieci.

Pisarka stara się oddać ich trudności z odnalezieniem się w nowym świecie. W pracy są „zieloni” i to określenie dokładnie definiuje nowo przybyłych imigrantów, którzy nie rozumieją zasad rynku pracy, niemożności założenia związków zawodowych czy pomiatania niewykwalifikowanym pracownikiem. To na nich czekają najpodlejsze prace w prasowalniach i klitki w imigranckich dzielnicach. Jednak to nie ekonomia, ale psychologia rządzi światem przedstawionym w opowiadaniach Rosenfarb. Baruch z opowiadania „Zielony”, który wpada w oko kanadyjskiej Francuzce w szwalni w Montrealu, zastanawia się: „Gdzie są wszystkie młode żydowskie kobiety?”. Gdy zaczynają rozmawiać o tym, skąd przyjechał i Baruch wymienia Paryż, młoda kobieta myśli o Wieży Eiffla i nocnych lokalach, a on o tygodniach wystawania pod Amerykańsko-Żydowskim Połączonym Komitetem Rozdzielczym, wyrabianiu papierów i kobiecie podobnej do zamordowanej żony, którą widział w metrze. Baruch opowiada o swojej przeszłości:

 

„ (…) – Tam się urodziłem. W mieście, które nazywa się Warszawa. (…) Są tam moje dzieciństwo, moja młodość, wszystko, co miałem najdroższego. To wszystko jest tam i tego wszystkiego już nie ma”.

 

– Nie rozumiem ani słowa z tego, co mówisz” – odpowiada Francuzka i nie można się jej dziwić. „Ocalali” to zbiór opowieści, w których nieprzystawalność i niemożliwość opisania doświadczenia zagłady odgrywa istotną rolę. Mówienie prawdy przeraża, bo bywają prawdy niewyobrażalne. Dlatego tak przerażona jest kobieta, stojąca przy szpitalnym oknie z widokiem na salę z noworodkami w opowiadaniu „Czerwona ptaszyna”. Stojąca obok, starzejąca się, bezdzietna Mania, zwraca się do niej: „ – Miałam dokładanie taką dziewczynkę (…) Niemcy ją zamordowali. Miała pięć lat”.

 

Czarno - białe zdjęcie pięknej kobiety, brunetki, na szyi korale

 

Chava Rosenfarb

 

 

 

Ocaleńcy nie trwają jednak w próżni i stopniowo dryfują ku nowemu życiu. Zmieniają pracę, wchodzą w nowe związki, rodzą im się dzieci, których obraz nakłada się na te, które zamordowano. Uczą się języka, żeby pozbyć się akcentu i jeżdżą na wakacje, żeby poznać nowy kraj. Czasem pielęgnują żydowskie tradycje kulinarne, niemal nigdy nie skłaniają się ku religii, którą zastępuje kultura i ezoteryka – od rozpaczliwego pisania „wielkiej powieści” po wizyty u guru z aśramu w Górach Laurentyńskich. Rosenfarb dotyka tu pewnej zależności – ci, którzy przeżyli, starają się przebywać w swoim gronie, jakby tylko obecność innych świadków historii dawała im zakorzenienie i poświadczała prawdę. A jednak prześladujące wspomnienie utraty i lęk potrafią zdemolować każdą relację, zamieniając ją w koszmar. I chyba właśnie bezlitosna wiwisekcja związków damsko-męskich z doświadczeniem zagłady w tle, jest czymś co Chava Rosenfarb potrafi opisać w sposób rzadko spotykany w literaturze. Jest w „Ocalałych” opowiadanie, które niemal natychmiast przywodzi na myśl „Pasażerkę” Zofii Posmysz, autorki która – podobnie jak Rosenfarb – przeżyła Auschwitz. To „Zemsta Edzi”, tekst wykorzystujący motyw oprawca-ofiara. O ile jednak u Posmysz (i w nieukończonym filmie „Pasażerka” Munka na podstawie jej tekstu) mamy do czynienia ze spotkaniem hitlerowskiej nadzorczyni Lizy i zawdzięczającej jej życie więźniarki Marty na luksusowym transatlantyku płynącym do Ameryki Południowej i to tylko fragment ich powojennego losu, Rosenfarb idzie dalej. Bohaterką swojego opowiadania czyni żydowską kapo „Czarną Relę” z Auschwitz, która w przypływie ludzkiego odruchu, ratuje życie młodej dziewczynie, Edzi, chowając ją pod pryczą. Rosenfarb pyta, co wydarzyłoby się, gdyby te dwie spotkały się po wojnie w Kanadzie i weszły na powrót w rolę kata i oprawcy, z tą różnicą, że Edzia miałaby ogromną przewagę: możliwość ujawnienia tajemnicy Reli. Toksyczna relacja, w której Rela zostaje kochaną męża Edzi, żeby mieć ją blisko i pod kontrolą, a sadystyczny mąż wymusza na Edzi ręczne pranie umazanych szminką koszul po schadzkach z Relą, pokazuje, że repertuar zachowań autoagresywnych jest nieprzebrany. Gdy Edzia wreszcie uwalnia się od męża, w nowym związku to ona stosuje sadystyczne zachowania wobec kolejnego mężczyzny, jakby rola musiała się odwrócić. Wreszcie Edzia decyduje się zerwać z Relą wszystkie kontakty, bo trudno udawać przyjaźń, jeśli chodzi wyłącznie o strach i kontrolę. I tak też kończy się świat Reli, odchodzi świadek „jedynej chwili człowieczeństwa” nadający sens jej egzystencji.

 

 

 

Latami żyją karmiąc się tabletkami nasennymi, albo pielęgnują rytuały, które służą sublimacji i odrealniają rzeczywistość. Rolę religii przejmuje sztuka

 

 

 

Podobnie skomplikowana, udręczająca relacja wiąże Simona i Leę, dwójkę ocaleńców z opowiadania „François”, których nie łączyło nic poza tym, że wpadli na siebie po wyzwoleniu z obozu. „Dwie sieroty wobec okrutnego świata” to też dwie postawy wobec życia: Simon chce żyć do przodu, Lea powraca nieustannie do minionego. Oboje są sobą potwornie zmęczeni. W bardzo sugestywnym opisie podróży małżeństwa do Ameryki Południowej Rosenfarb opisuje narastający dystans i wrogość pary oraz obsesje Lei. Niemcy, u których para nocuje w dżungli przypominają jej zbiegłych do Ameryki Południowej esesmanów, blondynka z polskim akcentem kojarzy się z jedną z ocalałych. Nawet widoki Eldorado i Machu Picchu nie pomogą tak udręczonej psychice. Nieprzypadkowo wielu bohaterów opowiadań Rosenfarb wybiera samobójstwo jako rozwiązanie, bo „kawałek życia, ściśnięty jak w kanapce między dwoma kacetami – dawnym, narzuconym, i obecnym (…) – nie był smaczny”. Latami żyją karmiąc się tabletkami nasennymi, albo pielęgnują rytuały, które służą sublimacji i odrealniają rzeczywistość. Rolę religii przejmuje sztuka. Wiktor, bohater opowiadania „Arcydzieło”, jest do tego stopnia zajęty tworzeniem polifonicznej, wielkiej powieści o miłości przywracającej do życia, że nie zauważa jak oddalił się od niego podmiot tego uczucia, żona Sonia. To z ducha ironiczne opowiadanie o rozmijaniu się intencji i rezultatów oraz o niszczącym fatum literatury ma w sobie coś z ducha „Auto da fé” Eliasa Canettiego. Nie wszystko, co trzyma piszącego przy życiu, jest dobrą literaturą – zdaje się konkludować Rosenfarb, zmieniając dwukrotnie punkt widzenia w tekście i złośliwie puszczając z dymem papierowe złudzenia.

 

Zdęcie muralu Chavy Rosenfarb, na bałuckim rynku, obok ściany dwie kobiety

 

Chava Rosenfarb, getto, 17.10.23, fot. Agnieszka Cytacka

 

 

 

Ciekawie na tle całego zbioru wypada opowiadanie „W Serengeti” poświęcone szkoleniowemu procesowi terapeutycznemu, który uznany psychiatra doktor Simon Braun postanowił zrealizować dla swoich współpracowników w Afryce, w Parku Narodowym Serengeti. Fragment z Księgi Koheleta „To, co spotyka zwierzę, spotyka też człowieka” jest dla tekstu symbolicznym odniesieniem. Lew patrzący na zwierzęta i szukający w stadzie przyszłej ofiary jest jak człowiek skazujący na śmierć innego człowieka, choć intencje lwa są czysto pragmatyczne, człowieka – niekoniecznie. To jedyne opowiadanie, w którym Rosenfarb wypowiada się ustami swoich bohaterów w obronie praw dzikich zwierząt i prawa do samostanowienia krajów afrykańskich, można je więc traktować jako zaangażowane politycznie i proekologiczne. Na powstanie opowiadania najprawdopodobniej wpływ miał pobyt autorki w latach 60. XX wieku w Serengeti z grupą psychiatrów, o czym wspominała Goldie Morgentaler, córka pisarki. Clou leży jednak gdzie indziej. Szczera rozmowa, którą psychiatra przeprowadza ze swoją byłą studentką i obecną współpracowniczką, wyjawia mu jak instrumentalnie i manipulacyjnie kobieta potraktowała wcześniejszą terapię. Teraz opowiada o swoim prawdziwym losie – została jako dziecko wyrzucona przez matkę z pociągu jadącego do Treblinki, adoptowana przez Polkę, a następnie odnaleziona przez żydowską matkę. Tuż po wojnie jej prawdziwa matka została zamordowana przez Polaków z NSZ. Dziś to ona adoptowała dziecko z Polski, może po to, żeby wyrównać rachunki. Sednem opowiadania jest uznanie, że rozpaczliwe poszukiwanie tożsamości zastępczej prowadzi na bezdroża. To tekst o samopoznaniu, w którym czasem warto zaakceptować to przed czym się ucieka. Dla Simona Brauna jest to zaakceptowanie faktu, że jest Amerykaninem pochodzenia żydowskiego z pocztem religijnych przodków i nie ma sensu bać się tego spadku.

 

 

 

Niektóre szczegóły ze zbioru „Ocalali” nawiązują luźno do doświadczeń samej Chavy Rosenfarb, a jej biografia swobodnie mogłaby się stać kanwą kolejnego tekstu w zbiorze, o czym wspomina w posłowiu Joanna Podolska

 

 

Niektóre szczegóły ze zbioru „Ocalali” nawiązują luźno do doświadczeń samej Chavy Rosenfarb, a jej biografia swobodnie mogłaby się stać kanwą kolejnego tekstu w zbiorze, o czym wspomina w posłowiu Joanna Podolska. Urodzona w Łodzi w rodzinie bundowców, po wybuchu II wojny światowej znalazła się wraz z rodziną w łódzkim getcie. Z matką i siostrą przeszła przez obozy koncentracyjne Auschwitz-Birkenau, Hamburg-Sasel, Bergen-Belsen, jej ojciec zginął tuż przed wyzwoleniem. Pierwsze wiersze pisała po polsku i dopiero doświadczenie obozowe zadecydowało o tym, że zdecydowała się tworzyć w jidysz. Po wyzwoleniu zamieszkała najpierw w Belgii, a potem wraz z mężem Henrykiem Morgentalerem wyemigrowała do Kanady. Ich pierwsze lata w Kanadzie, gdzie Henryk studiował medycynę na Uniwersytecie Montrealskim, były bardzo biedne i wpisują się w doświadczenie wielu europejskich uciekinierów. Po latach Henryk Morgentaler został uznanym lekarzem specjalizującym się w planowaniu rodziny i stał się twarzą kanadyjskiego ruchu pro-choice. Choć para miała dwoje dzieci, ich drogi stopniowo się rozchodziły, a związek zakończył się rozwodem. Chava Rosenfarb od drugiej połowy lat 40. pisała w jidysz, wracając do przeszłości swojej rodziny i losu europejskich Żydów. Jej twórczość uhonorowano dwukrotnie nagrodą Icyka Mangera, przyznawaną najwybitniejszym pisarzom tworzącym w jidysz. Zainteresowania literackie odziedziczyła jej córka, Goldie Morgentaler, późniejsza profesorka literatury na Uniwersytecie Lethbridge i tłumaczka. To jej zawdzięczamy większość przekładów Chavy Rosenfarb na angielski. Tego wszystkiego jednak czytelnik nie znajdzie w „Ocalałych”.

 

Książka z napisem Ocalali stoi na półce, obok rośliny

 

Książka „Ocalali”,  Centrum Dialogu im. Marka Edelmana

 

 

Co więc znajdzie? Czułe spojrzenie na Kanadę, która przyjęła uciekinierów: opisy mroźnych zim, jesiennych krajobrazów w Górach Laurentyńskich, montrealskich uliczek. Przede wszystkim jednak wnikliwe psychologicznie studium zachowań ludzi, którzy przeżyli wojnę, tracąc w niej całą swoją rodzinę i przeszłość. Mimo tego zdecydowali się rozpocząć nowe życie – czasem względnie udane, niekiedy bardzo trudne, ale zawsze ze śladami wojny w tle. Nie mam wątpliwości, że wiele z tych historii zainspirowały losy osób z grona znajomych Rosenfarb i Morgentalera. W czasie lektury „Ocalałych” co pewien czas przychodziła mi do głowy postać Miriam Kohány – Marii Kuryluk, matki pisarki i malarki Ewy Kuryluk. W czasie wojny Miriam straciła ojca, jej matkę i siostrę zamordowano w Treblince. Po wydostaniu się wraz z mężem z lwowskiego getta dzięki Karolowi Kurylukowi ukrywała się po aryjskiej stronie. Zajmowała się nasłuchem radiowym dla konspiracji i tłumaczeniem biuletynu informacyjnego. Pisała wiersze, powieść, tłumaczyła. Kiedy jej mąż Teddy Gleich zmarł w wyniku ran odniesionych w pogromie kielckim, Miriam załamała się i zachorowała psychicznie. Choroba towarzyszyła jej przez całe życie i przez całe życie ukrywała swoją żydowską tożsamość. Miriam Kohány umarła, żyła wyłącznie Maria Kuryluk, która mówiła o sobie „niedobitek”. Jej losy córka Ewa zrekonstruowała w powieściach „Goldi” i „Frascati”.

 

Kiedy myślę o fikcyjnych bohaterach opowiadań Rosenfarb, którzy musieli mieć swoje rzeczywiste odpowiedniki i realnym losie Marii Kuryluk, widzę jak trudne do opisania jest doświadczenie tak wielkiej traumy. Bo choć każda wojna kiedyś się kończy, jej skutki dla ocalałych i niedobitków wracają latami. I dotyczy to także współczesności.

 

 

 

___________________

 

 

Marta Zdanowska – współzałożycielka Fundacji Łódzki Szlak Kobiet, redaktorka, animatorka literatury i recenzentka teatralna. Sekretarzyni Nagrody Literackiej im. Juliana Tuwima i Nagrody Translatorskiej im. Ireny Tuwim. Prowadzi zajęcia dla twórczego pisania na Uniwersytecie Łódzkim oraz spotkania i warsztaty literackie, związane głównie z herstorią i narracjami kobiet oraz   tożsamościami lokalnymi. Na co dzień pracuje w Domu Literatury w Łodzi, współtworzy Festiwal Puls Literatury. Pasjonatka Dolnego Śląska.

 

___________________

 

 

Zdjęcie główne: Chava rosenfarb, koncert drzewo życia, 18.10.23, fot. Agnieszka Cytacka