Marcin Derda – performer, autor prac balansujących między formą a doświadczeniem – w rozmowie z Julią Sosnowską opowiada o swoim podejściu do sztuki, nieufności wobec instytucjonalnych struktur, potrzebie autonomii twórczej i rozczarowaniu uczelnianym systemem. To szczera opowieść o wrażliwości, upartości i codziennej logistyce, która nierozerwalnie towarzyszy współczesnej działalności artystycznej.
Od 2020 roku jesteś studentem na kierunku „Rzeźba” na Akademii Sztuk Pięknych im. Eugeniusza Gepperta we Wrocławiu. Obecnie dyplomujesz w pracowni prof. Grażyny Jaskierskiej- Albrzykowskiej, ale jesteś rozpoznawalny też w dziedzinie performansu. Tak naprawdę od tej strony poznaliśmy się. Kiedy i skąd pojawiło się w Tobie zainteresowanie performansem?
Pierwszy performans zrobiłem na drugim roku studiów. Byłem zafascynowany Warpechowskim, Beresiem, Abramowicz – to zlepek estetyk artystów i artystek, którzy zrobili na mnie wrażenie. W zasadzie wtedy nie widziałem chyba jeszcze żadnego występu performans na żywo. Oglądałem je tylko jako zapisy wideo. Z perspektywy czasu wiem, że performans postrzegałem wtedy bardzo pretensjonalnie. Początki bywają trudne...
Masz w swoim dorobku prace dość spójne, ale niektóre mają inne zabarwienie np. „Hybryda”, którą pokazywałeś w tym roku na aKTOmarze. Widownia niemal cały czas miała ubaw z tego, jak piłowałeś wielki róg przywiązany do Twojej nogi. Zakładam jednak, że preferujesz sztukę zaangażowaną nad sztuką dla sztuki. Mylę się?
Postrzegam sztukę wielowarstwowo. Jako widz bardzo lubię oglądać wystawy artystów i artystek o bardzo odmiennych strategiach twórczych. To, co sam tworzę, ma silny związek z tym, co dzieje się wokół mnie. Nie wymyślam tematów. Wystarczy być w gotowości, by je przyjąć i zająć w odpowiedni sposób. Nie uważam się jednak za artystę aktywistę. Performans, który wspominasz, był próbą przedstawienia postaci, która balansuje pomiędzy tym co ludzkie, a tym co zwierzęce. Kiedyś usłyszałem, że jesteśmy przodkami największych bestii, którzy zabili wszystkich dobrych, aby przeżyć. Być może dlatego dzieje się tyle zła na świecie.
Powiedziałeś podczas jednej z rozmów, że dobierasz medium do danego problemu i faktycznie poruszasz się świetnie w kilku dziedzinach. Mam wrażenie, że mieszanie się mediów we współczesnym świecie to norma. Spotkałeś się jednak kiedyś z opinią, że powinieneś wybrać jedną ścieżkę?
Tak, spotkałem się kilka razy z opiniami tego typu. Rozumiem po części osoby, które dążą do spójności materiału czy formy. Na pewno sprawia to, że twórca jest bardziej wyrazisty i łatwiej mu się wybić. Ostatecznie jednak każda ścieżka twórcza jest inna, a dla mnie tylko te są wartościowe, które pomijają kalkulacje i te, które wynikają z wrażliwości osoby tworzącej. To, w jaki sposób pracuję z tematami, jest dla mnie bardzo naturalne. Nie wyobrażam sobie siebie tworzącego na przykład tylko obrazy na płótnie albo performans. Prawdopodobnie wynika to ze zwykłej ciekawości oraz radości odkrywania możliwości i nowych form.
Uznałem, że tworzenie nowego, nie zawsze ma sens. Powtarzając za Janem Berdyszakiem, często zajmuję się „Resztami reszt”, próbując wykorzystać ich potencjał. Z tego często powstaje nowa wartość
Stworzyłeś pracę „Pomnik nieznanego artysty”, która odnosi się w dużym skrócie do ucieczki od instytucjonalny ucisków, scenicznych rytuałów itp. Jak Ty siebie w tym odnajdujesz, w świecie pełnym rozgłosu i potrzeby bycia widocznym? Czy widoczność jest istotna?
Pomnikiem nieznanego artysty przywołuje teorię Ciemnej materii sztuki Gregory Sholetta, który metaforycznie opisuje zależności świata sztuki, porównując je do ciał niebieskich. Faktem jest, że nie ma możliwości, aby wszystkie osoby kończące ASP uzyskały widzialność w polu sztuki, ale też nie każda osoba artystyczna ma takie potrzeby. Myślę, że obecnie procent ludzi chcących na poważnie zająć się karierą instytucjonalną, nie jest dominujący. Wiele osób tworzy swoje firmy, zajmując się rzemiosłem artystycznym, designem, projektowaniem etc. Na pewno widzialność w sztuce jest istotna chociaż uważam, że nie za wszelką cenę.
Jak można przeczytać w internecie „Lubi korzystać z decyzji, które już zostały podjęte, przestrzeni, które zostały zdefiniowane, obiektów, które zostały odrzucone”. To dość niespotykane we współczesnym niezależnym świecie? Chyba, że właśnie to można postrzegać jako autonomię?
Żyjemy w świecie nadprodukcji wszystkiego - media bombardują nas obrazami i otaczają nas niezliczone liczby przedmiotów. Uznałem, że tworzenie nowego, nie zawsze ma sens. Powtarzając za Janem Berdyszakiem, często zajmuję się „Resztami reszt”, próbując wykorzystać ich potencjał. Z tego często powstaje nowa wartość.
Dla młodych osób podjęcie decyzji o studiach artystycznych jest ciężkie, ze względu na postawę rodziców wobec takiego kierunku. Ty jesteś też po liceum plastycznym. Twoi rodzice są też artystami? Wspierali Cię od samego początku w tej decyzji? Jak to było?
Myślę, że to się bardzo zmienia, chociaż sam uważam, że bycie artystą to mało opłacalny zawód. Jeżeli ktoś idzie tym tropem, poleciłbym raczej chirurgię plastyczną. Ja osobiście nie posiadałem żadnego kapitału artystycznego. Jestem pierwszym i jak na razie jedynym artystą w rodzinie, w której większość mężczyzn od kilku pokoleń pracowało w kopalni węgla brunatnego lub na gospodarstwach rolnych. W moim domu nie było książek. Nie było też tradycji chodzenia do galerii itp. Do wszystkiego dochodziłem sam. Na pewno miłe było jednak to, że nikt z mojej rodziny mi w tym nie przeszkadzał – miałem pełną swobodę.
Będąc już na studiach, spotkałeś się z obawami innych młodych osób co do perspektyw zawodowych po ukończeniu studiów artystycznych? Jak Ty się na to zapatrujesz?
To bardzo trudne pytanie, bo sam jestem teraz w takiej sytuacji. Kończę Akademię i pomimo ciągłej aktywności artystycznej, nie widzę w najbliższym czasie możliwości utrzymania się ze sztuki. Myślę, że tych obaw nie da się rozwiać, ponieważ są zasadne.
Jestem pierwszym i jak na razie jedynym artystą w rodzinie, w której większość mężczyzn od kilku pokoleń pracowało w kopalni węgla brunatnego lub na gospodarstwach rolnych. W moim domu nie było książek
Na pytanie dotyczące tego, kim jesteś z zawodu odpowiedziałeś „Czy bycie artystą to zawód?”. Opowiesz o swoim poglądzie na to?
Odpowiedziałem tak, ponieważ przedstawiciele każdego zawodu mogą liczyć na etat w firmie, ubezpieczenie, emeryturę etc. Wyjątek stanowią osoby artystyczne. Nadal pozostajemy bez decyzji w sprawie ustawy o statusie artysty zawodowego. Niestety w naszym kraju osobom tworzącym sztukę nadal nie przysługuje zbyt wiele. Dlatego trochę ironicznie poddaje wątpliwość czy bycie artystą/artystką jest zawodem?
Czy w kontekście ustawy czujesz się jakkolwiek dostrzegany lub widoczny dla władz jako artysta?
Szerzę mówiąc to czuję się kompletnie niewidoczny. Pomimo tego, że jestem zwolennikiem obecnego rządu to niestety z przykrością stwierdzam, że prócz korzystnych zmian dyrektorów instytucji kultury niewiele się zmieniło.
Powiedziałeś kiedyś, że dzięki wykształceniu dowiedziałeś się, czego na pewno nie chcesz robić w życiu. Co to takiego? I jak do tego doszło?
Na pewno nie byłbym w stanie na pełen etat wykonywać wszelkich prac biurowych. Niestety wielokrotnie jestem zmuszony do ślęczenia przy tabelkach i wszelkiego rodzaju wnioskach - większość osób twórczych jest na to skazana. Znam jednak też takie, którym przychodzi to z łatwością. Mi niestety nie.
Czy fakt, że artysta jest zmuszony do siedzenia nad tabelkami i działaniami logistycznymi powiązanymi z twórczością, a które kiedyś spoczywały na kimś innym, powinny być wpisane w życie artysty? Czy nie sądzisz, że może być to teraz efekt tego jak funkcjonuje świat?
Na pewno jest to efekt biurokratyzacji wszystkiego. Zostaliśmy na to skazani chcąc czy nie. Taki sposób funkcjonowania stał się powszechną normą — wszyscy na niego narzekają, ale nikt nie potrafi się mu skutecznie sprzeciwić.
Jak duże znaczenie w kształtowaniu Ciebie, jako artysty miała uczelnia?
Zasadniczo program uczelni zakończył się dla mnie na III roku. Do tego momentu studiowanie w Akademii sprawiało mi radość i było rozwijające. Późniejsze propozycje programowe nie wnosiły już nic nowego. Dalsza edukacja polegała tylko na własnych poszukiwaniach. Uważam, że największą wartością jaką daje uczelnia, jest możliwość spotkania się grupie ludzi, bo najcenniejsze korekty dajemy sobie sami, nawzajem.
Dlaczego późniejsze pozycje programowe nie wnosiły nic nowego? Czy odczuwasz w takim razie, że niektóre uczelnie artystyczne się nieco zatrzymały i nie dostosowują się programowo do potrzeb współczesnego świata?
Uważam, że niemal wszystkie polskie uczelnie artystyczne zmagają się z tym samym problemem, jakim jest kurczowe trzymanie się modelu XIX-wiecznej Akademii, opartego na odtwórczej analizie studium z natury. Bardzo mnie dziwi, jak niewiele udaje się przenieść na przykład z modelu nauczania Bauhausu, który jest cały czas bardzo aktualny.
Kiedyś byli mecenasi, którzy wspierali młodych artystów na początku kariery. Obecnie rolę tę przejęły uczelnie. Czy Ty czułeś wsparcie ze strony uczelni? czy miałeś w niej oparcie?
Nigdy nie dostałem wsparcia, które byłoby wymierne do ilości energii, którą poświęcałem społeczności uczelni oraz własnej działalności twórczej. Wielokrotnie za to spotykałem się z biernością osób, które mają moc sprawczą w systemie uczelni. Myślę, że wielu osób tam pracujących jest już na etapie domknięcia poznawczego za czym idzie negowanie wielu inicjatyw osób studenckich.
Myślę, że głównym problemem nie jest sam system uczelni a spora grupa ludzi powtarzających, że kiedy oni byli młodzi to nie było niczego i jakoś się doczołgali do swojej pensji profesora. Uważam więc, że polskim uczelniom potrzebne jest ,,wietrzenie’’
Nie zawsze można się spotkać z opinią, że uczelnie mocno angażują się w promowanie swoich studentów. Są jednak takie, które od samego początku wprowadzają młodych artystów w świat wydarzeń, wystaw czy przeglądów. Co uczelnie mogłyby zrobić, by skuteczniej ułatwić młodym zaistnienie na rynku lub przynajmniej pomóc im w stawianiu pierwszych kroków?
Myślę, że głównym problemem nie jest sam system uczelni a spora grupa ludzi powtarzających, że kiedy oni byli młodzi to nie było niczego i jakoś się doczołgali do swojej pensji profesora. Uważam więc, że polskim uczelniom potrzebne jest ,,wietrzenie’’. Na Akademiach powinny przede wszystkim pracować osoby aktywne zawodowo, będące świadome współczesnego art wordu. Inaczej nic się nie zmieni i żadne ustawy nie pomogą, ponieważ nie będzie miał kto ich wprowadzić w życie.
Powstają różne webinary, szkolenia i inne inicjatywy dotyczące tego, jak młodzi artyści mogą zaistnieć na rynku — i nie tylko. Ostatnio odbył się na przykład cykl spotkań A–Z 2025, Artysta–Zawodowiec, organizowany przez Fundację Sztuki Polskiej ING. Co sądzisz o takich inicjatywach? Czy twoim zadaniem stanowią one jakąś odpowiedź na braki w programach uczelni? Takie spotkania z osobami od techniki, kuratorstwa czy organizacji wydają się cenne — młodzi mogą się dzięki nim dowiedzieć, jak wygląda rzeczywistość od kuchni.
W naszym studenckim środowisku dużo już było mówione na ten temat. Program A-Z jest bardzo ciekawą propozycją, a w jego zasobie mieści się naprawdę wiele cennych wykładów. Swoją drogą to ciekawe, że jeden z banków przejął inicjatywę edukacji zawodowej osób artystycznych w Polsce. Co do problemu uczelni to myślę, że problem znowu leży w trudnym do sforsowania miejscu. Godziny jakie są przeznaczone na tego typu zajęcia, są zazwyczaj bardzo szczątkowe, co powoduje, że osoby, które je prowadzą, wykonują mikro umowy zlecenia, zatrważająco nisko opłacane. Myślę, że mało która osoba ekspercka zdecydowałaby się pracować za takie pieniądze.
Czy Twoja uczelnia miała w systemie programowym nauczanie o organizacji wystaw, pozyskiwaniu funduszy, czy jak budować sieć kontaktów?
Teoretycznie tak, praktycznie nie.
A biuro karier i planujesz skorzystać z ich pomocy lub już korzystałeś?
Nigdy nie słyszałem o tego rodzaju biurze. Zakładam więc, że nie istnieje.
Ważnym krokiem zawsze jest pierwsza, własna wystawa. Patrząc na Twoje CV, które mi przesłałeś, miała ona miejsce w 2022 roku, czyli już byłeś studentem. Jest gro osób artystycznych, które nawet będąc po studiach, nie miało jeszcze wystawy indywidualnej. Przede wszystkim taka wystawa to wyzwanie logistyczne. Jakie Ty masz z tym wspomnienia?
Myślę, że działalność artystyczna w całokształcie jest jednym wielkim wyzwaniem logistycznym. Wszelkie wystawy są więc jego pewną częścią - raz większą, a raz mniejszą. Wspomnienia jakie mam z pierwszymi wystawami to przede wszystkim wielka ekscytacja. Każda wystawa jest inna, ale szybko zapominam o problemach jakie im towarzyszyły i pakuje się w nowe…
Gdybyś mógł dać jakąś radę młodej osobie przed pierwszą wystawą indywidualną, co by to było?
To bardzo trudne pytanie. Wydaje mi się, że jest to taki obszar działalności artystycznej, w którym najlepiej uczyć się na własnych błędach. Na pewno wiele zależy od miejsca, w którym się to robi.
Masz na swoim koncie także wystawy zbiorowe. Jakie dostrzegasz różnice między wystawą zbiorową a indywidualną pod względem doświadczenia i tego co mogą wnieść?
Specyfika wystawy indywidualnej bywa różna, ale cel jest zawsze taki sam - prezentacja dorobku danego twórcy lub twórczyni. Wystawy zbiorowe żądzą się innym prawem - celem jest stworzenie spójnego organizmu, opowieści, która tworzy całość. W takiej sytuacji często trzeba zrezygnować z własnego ego i myśleć całościowo, a to czasami rodzi konflikty.
Dotychczas miałeś możliwość współpracować z różnymi galeriami. Wystawy indywidualne miałeś w takich przestrzeniach we Wrocławiu jak Galeria Entropia, Galeria U KOSAŁKI, Galeria MD_S, ale miałeś także w Głogowie, Koninie i Gliwicach. Jak wspominasz współpracę z galeriami?
Każde z tych miejsc jest diametralnie różne, więc trudno je ze sobą porównywać. Bardzo cenię współprace z Galerią CKiS Wieża Ciśnień w Koninie, z którą regularnie współpracuję od kilku lat. Jest to galeria, która znajduje się w moim rodzinnym mieście. Zdarza się czasem, że pewne zjawiska, które odkrywam we Wrocławiu, przenoszę dzięki gościnności kuratora Roberta Brzęckiego do Konińskiej Galerii. Wychodzą z tego bardzo ciekawe spotkania. Obecnie współpracuję z Wrocławską Galerią Entropia, w której przygotowuję swoją wystawę dyplomową pt. 23:59.
Czy Ty przyszedłeś do galerii czy galerie do Ciebie? Jeśli Ty do nich przyszedłeś to jak to wyglądało? I co byś zrobił lepiej następnym razem?
Raczej mogę to nazwać szczęśliwymi zbiegami okoliczności. Sam nadal nie do końca wiem jak aplikować do galerii. To raczej rodzaj loterii, ale ,,żeby wygrać trzeba grać’’.
Obecnie galerie sztuki są zatłoczone. Jest dużo dobrych artystów, ale też jest napływ sztuki słabej. Odczuwasz to, że nie ma miejsca w galeriach, a zapisy są często o rok do przodu albo nawet dalej w czasie? Szukasz innych pól do pokazywania swoich prac? Jak się na nie zapatrujesz?
Na pewno jest to bardzo problematyczne. Sam spotkałem się z terminami od 2 do 4 lat na termin oczekiwania na wystawę. Dodatkowym wymogiem często jest sprecyzowanie swojego projektu, co przy takiej rozpiętości czasowej w przypadku żyjącego twórcy czy twórczyni, wydaje mi się totalnie bezsensowne i w zasadzie nie możliwe. Obecnie dużo galerii offowych również zaczyna powoli wchodzić w podobny tryb. Moim zdaniem trochę to mija się z celem. Raczej trudno na to wszystko zaradzić. Jedyny sposób jaki widzę, to tworzenie własnych wydarzeń i przestrzeni. To z kolei może stać się lekcją produkcji wystaw.
Co myślisz o publikacji swoich prac w internecie?
Uważam, że prowadzenie Instagrama w formie portfolio, stało się już jakąś podstawą dla osób artystycznych. Sam takiego posiadam, ale moja aktywność wciąż pozostawia wiele do życzenia. Idąc dalej, przejrzysta strona internetowa i portfolio też nie zaszkodzą – jestem właśnie na etapie budowania czegoś takiego.
Korzystasz też z open calli. Co myślisz o takiej formie drogi do wystaw? Jakie masz z tym doświadczenia?
Tak, czasem aplikuję. Do tej pory najbardziej owocnym efektem open call-u był mój udział w projekcie OP_YOUNG, który zakończył się udziałem w wystawie ,,Nie czas żałować róż, gdy płoną lasy’’ w świetnej Wrocławskiej Galerii OP_ENHEIM. Kuratorką wystawy i projektu była Kama Wróbel. Dodatkowo proces pracy nad wystawą wzbogacony był o wykłady z rynku sztuki. Z perspektywy czasu uważam, że było to dla mnie bardzo ważne doświadczenie. Muszę przyznać, że czułem się wtedy bardzo zaopiekowany jako twórca, a to nie jest częstym doświadczeniem.
Powiedziałeś kiedyś, że najtrudniejsze w Twojej pracy jest pozyskanie środków na realizację prac. Jak sobie z tym radzisz? Jakie były Twoje dotychczasowe metody?
Niestety, do tej pory jedyną metodą pozyskiwania środków na wykonanie prac, jest praca zarobkowa, która odbiega od dziedzin stricte artystycznych. Mam nadzieje, że kiedyś to się zmieni.
Artyści mogą ubiegać się o wsparcie od Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego czy Instytutu Adama Mickiewicza, Departamentu Mecenatu Państwa dzięki stypendiom Ministra Kultury. Miałeś przyjemność skorzystać ze stypendiów. Co one Ci dały w procesie twórczym? Co ułatwiły, a co było trudnego po ich przyznaniu?
Przez okres 5 lat studiów aplikowałem do różnych organizacji stypendialnych. Efekty były różne. To zazwyczaj było wsparcie rzędu maksymalnie kilkuset złotych. Niestety nie pokrywa to kosztów studiowania, mieszkania w dużym mieście i pracy nad projektami.
Czyli dofinansowania były zbyt niskie, aby mogły mieć realny wpływ/pomoc w realizowaniu projektów itp? Kilkaset złotych to bardzo mało, a wszyscy wiemy, ile materiały i realizacja często kosztuje...
Dokładnie tak. Tego typu dofinansowania są jak słaba tabletka przeciwbólowa - działa bardzo krótko nie lecząc problemu.
Mówiłeś, że Twoje prace są na sprzedaż, ale nie ma obecnie rynku na sprzedaż video czy instalacji. No właśnie, jaką przyszłość tego widzisz?
Odwiedzając zachodnie galerię komercyjne widuję wiele obiektów, instalacji, wideo. Napawa mnie to optymizmem, że prędzej czy później takie trendy przeniosą się do Polski, gdzie niestety, jak na razie króluje malarstwo.
Czy robisz też prace na zlecenie? Jak Ci się pracuje z nowymi konsumentami sztuki?
Z założenia nie tworzę prac na zlecenie. Wszystkie moje projekty wymagają dużej autonomii, więc staram się za każdym razem poświęcić im maksymalnie dużo uwagi i skupienia. Wszelkie tzw. chałtury zabierają zbyt dużo energii i pozbawiają uważności.
Przyglądam się temu z boku, bo często widzę jak moi koledzy i koleżanki, gdy zaczynają lepiej sprzedawać, stają się mini fabrykami motywów nad kanapę. Z pewnością istnieje możliwość zachowania pewnego balansu, ale po drodze łatwo wejść w ślepą uliczkę
Co myślisz o współczesnych odbiorcach młodej sztuki?
Jestem nastawiony dość optymistycznie. Znam grupę osób, które na poważnie kolekcjonują sztukę, a w tym również młodą. Z wielkim podziwem przyglądam się ich działalności. Są to ludzie, którzy naprawdę kochają sztukę. Myślę, że takich ludzi stopniowo będzie przybywać.
A jak widzisz możliwości zachowania balansu między niezależnością artystyczną a wymaganiami rynku? Jak sobie z tym radzisz?
W zasadzie nie uczestniczę w rynku sztuki. Jak na razie nie reprezentuje mnie żadna galeria komercyjna. Przyglądam się temu z boku, bo często widzę jak moi koledzy i koleżanki, gdy zaczynają lepiej sprzedawać, stają się mini fabrykami motywów nad kanapę. Z pewnością istnieje możliwość zachowania pewnego balansu, ale po drodze łatwo wejść w ślepą uliczkę.
A jak stawiasz się wobec poglądu, że w dzisiejszych czasach każdy może być artystą, fotografem, malarzem itp.? Nie czujesz się wtedy zmarnowany?
Nie mam z tym żadnego problemu i kibicuję każdemu kto próbuje. Myślę, że wrażliwych ludzi nigdy nie jest za wiele. Wierzę, że sztuka może leczyć, a w dzisiejszych czasach tworzenie może być świetną odskocznią od zmartwień i problemów.
Czym różni się dla Ciebie tworzenie projektów w przestrzeni galeryjnej, od tej tworzonej w przestrzeni publicznej?
Na to wszystko składa się wiele czynników. Nigdy nie ma dwóch takich samych sytuacji. Tworzenie projektów w przestrzeni publicznej jest bardzo trudne - zaczynając od ubiegania się o zgody na wykorzystanie przestrzeni a kończąc na reakcjach przypadkowych odbiorców. Reakcje jednak często są bardzo ciekawe. Przestrzeń publiczna jest obszarem, w którym wiele może zaskoczyć. W sterylnej przestrzeni galerii jest to rzadsze.
Czy sztuka w przestrzeni publicznej może być odpowiedzią na przeładowane galerie?
Myślę, że nie, ponieważ w większości przypadków głównym problemem nie jest fizyczna przestrzeń, a brak środków na finansowanie projektów.
Młodzi twórcy, zwłaszcza Ci kończący już uczelnie artystyczne, mierzą się z dużą presją. Jak Ty czujesz się teraz przed zakończeniem studiów? Czy masz swoją taktykę pracy nad zdrowiem psychicznym?
Warto mieć jakąś odskocznię. Bycie cały czas w środowisku artystycznym bywa destrukcyjne na dłużą metę. Warto mieć jakieś alternatywne hobby. Ja równolegle poświęcam się hodowli ptaków egzotycznych i rozbudowywaniu mojego ogrodu o nowe rośliny.
A jak radzisz sobie z krytyką swoich prac, jeśli kiedykolwiek z takową spotkałeś się?
Bardzo cenię konstruktywną krytykę. Sądzę, że jest to bardzo istotne w rozwoju i poszerzaniu świadomości. Bardzo chętnie słucham wszelkich negatywnych opinii i spostrzeżeń na temat moich prac i chętnie wchodzę z nimi w polemikę. Myślę, że czasem nawet idzie wyciągnąć wnioski z tych o złośliwym zabarwieniu. Trzeba jednak świadomie rozróżniać hejt od krytyki.
Jesteś cały czas aktywny jako artysta. Jak Ci się udaje wyważyć work life balance?
Szczerze mówiąc, jest to bardzo trudne i myślę, że nie udaje mi się osiągnąć balansu. Ciągle szala przechyla się bardziej w stronę sztuki.
Czy Akademie Sztuk Pięknych nadal mają sens?
Historia podpowiada nam, że ukończenie Akademii nie jest koniecznością i nie idzie w parze z twórczością. Długo by wymieniać wielkich artystów oraz wielkie artystki, którzy nie skończyli żadnych szkół artystycznych m.in.: Honore Daumier, Paul Cezanne, Paul Goguin, Auguste Renoir, Vincent van Gogh, Henri Rousseau, Suzanne Valadon, Maurice Utrillo, Frida Kahlo, Piotr Michałowski, Francis Baycon, Jean-Michael Basquiat, Yoko Ono, Zbigniew Libera. Mógłbym mnożyć jeszcze więcej przykładów. Myślę, że w niedalekiej przyszłości akademie będą bardzo tracić na znaczeniu. Jak kiedyś ktoś mądry powiedział – „Ludzie dzielą się na samouków i nieuków”.
______________
Marcin Derda, urodzony w 2000 roku w Koninie. Rzeźbiarz, performer, autor instalacji i wideo, absolwent Państwowego Liceum Sztuk Plastycznych w Kościelcu, od 2020 student rzeźby na Akademii Sztuk Pięknych im. Eugeniusza Gepperta we Wrocławiu, w pracowni prof. Grażyny Jaskierskiej-Albrzykowskiej (obecnie dyplomant.). Laureat stypendiów i konkursów artystycznych, m.in.: stypendium Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego (2020), Prezydenta Miasta Wrocławia (2021, 2024), program mentorski OP_YOUNG (2023), I nagroda oraz wyróżnienie w konkursie Super Forma (2022, 2024). Artist statement. W swojej praktyce wykorzystuję autorskie techniki, mieszając media i materiały. Często pracuję z prostymi gestami, które opierają się na relacjach - pamięci, narracji, czasu, przemijania. Dużo uwagi poświęcam formalnej stronie moich prac, których język czerpie z filmu, performace i fotografii - nieustannie testując ich granice. Staram się korzystać z otaczającego mnie świata nie w sposób bezpośredni, lecz poprzez czerpanie z jego fragmentów.
______________
Julia Sosnowska – od dziecka trzymała aparat taty w prawej dłoni. W wieku nastoletnim wpadła jej w ręce zakurzona kamera cioci. Oba urządzenia towarzyszą jej do dziś, a przy okazji nosi pod pachą maszynę do pisania i trzyma za uchem pędzle. Jest interdyscyplinarnym twórcą, a w produkcjach filmowych nie ogranicza się do jednej roli. W twórczości eksperymentuje ze zmysłami, eksploruje wszelkie granice oraz zadaje surrealistyczne pytania. Obecnie studentka Akademii Sztuk Pięknych w Łodzi, ale po głowie nadal jej tańczy PWSFTviT, na której zabrakło jej w rekrutacji dwóch punktów.
______________
______________
