Czy jeśli ludzkość wciąż powtarza swoje błędy, to znaczy, że zło jest wpisane w jej naturę? Wystawa „Powtórzenie pamięci” Huberta Czerepoka w zakopiańskim Muzeum Palace prowokuje do postawienia tego pytania bez taryfy ulgowej – i nie pozwala na łatwą odpowiedź.
Mam pewne wątpliwości – problem to za duże słowo – dotyczące tezy wystawy „Powtórzenie pamięci” Huberta Czerepoka. Tekst otwierający czasową ekspozycję w filii Muzeum Tatrzańskiego głosi: „jeśli ludzkość zamiast uczyć się na swoich błędach, nadal je popełnia, to całe zło tego świata musi być świadome, celowe i leżeć w naturze człowieka”. Dosadna, psychologicznie uzasadniona hiperbola. Łatwo o bezsilność wywołaną potwornościami podmiotu zbiorowego, do którego mniej lub bardziej dobrowolnie się zaliczamy. Jak to jednak ze wspólnotami wyobrażonymi bywa, włączamy się w nie, kierowane fantazją o podobieństwie. Zuchwała ekstrapolacja, zakładająca tożsamość 8,119 miliardów ludzi, jeżeli uznać, że mówimy tylko o szacunkowej i dość abstrakcyjnej liczbie obecnie żyjących. A przecież „Powtórzenie pamięci” mierzy się z historią, czyli, bagatela, jeszcze bardziej abstrakcyjnych i szacunkowych 108 miliardów, którzy kiedykolwiek stąpali i pełzali po ziemi.
Esencjalizowanie „natury ludzkiej”, sprowadzanie jej do oceny binarnej (dobry/zły) budzi uzasadnione opory i nie chodzi wcale o relatywizację etyczną. Forma implikacji, charakterystyczna dla uniwersalnych teorii związanych z naukami ścisłymi, sugeruje nieuchronność i „naturalność” sekwencji zdarzeń („jeżeli q, to p”), bo spełnienie pierwszego warunku zawsze oznacza urzeczywistnienie następstwa: „jeżeli q, to bez wyjątku p”. Ryzyko Sokal hoaxu jest nieliche ze względu na moje mgliste wyobrażenie o logice, ale kuszące, dlatego je podejmę – twierdzenie Czerepoka zawiera duże kwantyfikatory: „ludzkość nigdy nie uczy się na swoich błędach”, „całe zło tego świata”. A co z „czasem” albo „zwykle się nie uczy”, bądź „część ludzkości”, ewentualnie „niektóre zło”? Spore uproszczenie, lecz czy większością zjawisk nie rządzi probabilistyka (dla rodzaju ludzkiego nieintuicyjna), zamiast konieczności? Następnik implikacji składa się z aż 3 elementów, połączonych koniunkcją (zło świadome, celowe, leżące w naturze człowieka), co daje w efekcie małe szanse na jej prawdziwość, bowiem wszystkie wariacje z chociaż jednym zaprzeczeniem będą fałszywe: zło nieświadome i celowe, leżące w naturze, zło świadome i niecelowe, leżące w naturze i tak dalej.
A jeśli prowokacja jest właśnie ukrytym zamysłem Czerepoka? Czy chodzi mu o wywołanie sprzeciwu? Chęć udowodnienia, że zamiast pławienia się w defetyzmie trzeba coś wreszcie zrobić?
Powyższe zastrzeżenia zgrabnie i błyskotliwie ujęli David Graeber i David Wengrow w „Krótkiej historii ludzkości”: „Mówienie o tym, czy ludzie z natury są dobrzy czy źli, ma równie duży sens jak mówienie, czy są z natury grubi, czy chudzi”. Takie sformułowanie problemu rodzi wrażenie, że nic nie da się zrobić i „żadna realna wizja transformacji społecznej nie jest możliwa”.
A jeśli prowokacja jest właśnie ukrytym zamysłem Czerepoka? Czy chodzi mu o wywołanie sprzeciwu? Chęć udowodnienia, że zamiast pławienia się w defetyzmie trzeba coś wreszcie zrobić? W końcu, jeśli natura ludzka z gruntu zła, to przypominanie o błędach ludzkości i pokazanie ich przez samego Czerepoka stają się intrygującymi paradoksami logicznymi. Opowiadanie się po jednej ze stron, wyrażenie sprzeciwu wobec zła okazuje się wartościowanym pozytywnie gestem etycznym, który nie miałby sensu, jeśli brak nadziei na zmianę. „Natura ludzka jest zła” – mówi artysta i dokonuje aktu przeczącego tejże naturze.
Tylko jak pomyśleć świat systemowo w taki sposób, aby unikać absurdalnej repetycji? Graeber i Wengrow słusznie zauważyli, że narracje o „naturze człowieka” począwszy od Jeana Jacquesa Rousseau („kiedyś to było, teraz to nie jest, wróćmy na sawanny”) i Thomasa Hobbsa („zawsze było potwornie, no trudno, proszę się rozejść”), bywają wygodne dla tych, w których interesie leży zachowanie status quo. Nie dajcie się zwieźć, sawanny to zmyła dla odwrócenia uwagi. Nie uwolnią ukrytego potencjału ludzkości, bo dotrze tam tylko ten promil ze szczytu G20, czy tam innej Rady Pokoju.
Rousseau fantazjował, że przyroda uszlachetnia, ujawnia autentyczne jestestwo człowieka. Coś w tym jest; uziemienie, lepszy kontakt z własnym ciałem, redukcja bodźców, obniżenie poziomu kortyzolu. Myślę o nieludzkich istotach towarzyszących ludobójstwom, o przyrodzie w opowieściach związanych z kulturą pamięci. O zachłannych roślinach, zżerających asfalt i baraki obozowe w radykalnym projekcie zespołu Oskara Hansena, o pustych, wielkich kadrach zielonych pól u Claude’a Lanzmanna-Wilhelma Sasnala, sadzonkach brzózek Łukasza Surowca, które bardzo trudno było utrzymać przy życiu.
W epicentrum wystawy Czerepoka stoi podłużne pomieszczenie, stworzone z użyciem czarnych ścian działowych. Strategia znana z muzeów narracyjnych, chodzi o to, żeby przeżyć i poczuć. Od dołu wpada przez szpary czerwonawe światło neonów, za sprawą filmu, wyświetlanego wewnątrz krótszej ściany przestrzeń staje się wagonem, który 14 czerwca 1940 roku wyruszył z pierwszym transportem więźniów do Auschwitz, z Tarnowa przez Kraków. Reprezentacja-wyobrażenie koliduje z faktem historycznym, „wagon”, którego detale widać w filmie, przypomina raczej te towarowe, używane później. W rzeczywistości więźniowie wyruszyli taborem III klasy, z 12-osobowymi przedziałami. Nikt by jednak tych pociągów nie rozpoznał i nie wiązał z Zagładą. Zresztą, pociągi stały się szerzej rozpoznawalnym symbolem obozów dopiero parę lat po wojnie, w 1945 roku fakt ich użycia w obozach pracy i śmierci nie był szerzej znany. Wydaje mi się, że pisała o tym Magdalena Saryusz-Wolska w „Ikonach normalizacji”, chociaż nie jestem pewna. A może pomyliłam się i były też inne typy wagonów?
Tak czy inaczej siedzisz i słyszysz ten charakterystyczny stukot, na podłodze dostrzegasz wytarte, drewniane deski, słoje wyzierające spod niebieskiej farby, kraty przecinające się romboidalnie rzucają migotliwe cienie. Niewiele widać, trochę jak u Georges Didi-Hubermana, obrazy „mimo wszystko” są fragmentaryczne, nieostre, peryferyjne, bo niedużo widzieli przewożeni, a to, co widzieli, miało nie zostać przekazane dalej. Rejestrujesz szmery i światło padające przez siatkę w małym okienku. I zieleń, zieleń przy torach. Jesteś jedną z 728 osób w pierwszym transporcie, wojnę przeżyło około 200, masz 27,47% szans, nieco więcej niż 1:4.
Film Czerepoka, który odtwarza przejaz wagonu z Tarnowa do Oświęcimia, pokazuje perspektywę tego, kto był w środku, przewożono wtedy samych mężczyzn
Film Czerepoka, który odtwarza przejaz wagonu z Tarnowa do Oświęcimia, pokazuje perspektywę tego, kto był w środku, przewożono wtedy samych mężczyzn. Wideo trwa niecały kwadrans, ale czas dłuży się niepokojąco, dając wyobrażenie, jak wlekł się podczas przejazdu. Kiedy zaczynasz przyzwyczajać się do lekkiego przecież dyskomfortu, słyszysz głos zza kadru. To relacja Kazimierza Albina, numer obozowy 118, człowieka, który 14 czerwca 1940 roku, w wieku 17 lat, został zamknięty w wagonie i przewieziony do Auschwitz. Opowiada, że w zachwycie obserwował cudowne, zielone zagajniki po 6 miesiącach zamknięcia w więzieniu. Chłodny metal wagonu, a za oknem porażająca przyroda. Tym razem tego nie mówi, ale kto wie, czy udałoby mu się tak spektakularnie uciec z obozu w 1943 roku, gdyby nie las. 7 osób wyskoczyło z ciężarówki między drzewa, a niemiecki szofer nie zauważył nic podejrzanego. No i rzeka Soła, którą przepłynęli później wpław, w lutym, 83 lata temu. Nagie, biologiczne życie człowieka bez podmiotowości politycznej, zrównane z obezwładniającą witalnością natury. Kazimierz Albin był ostatnią żyjącą osobą z pierwszego transportu. Zmarł w 2019 roku.
„Powtórzenie pamięci” poza kategorycznym tekstem otwiera jątrzący się czerwienią cytat z Maksyma Gorkiego. O ironio! Człowiek, który w księdze pamiątkowej heringsdorfskiej willi Irmgard w 1922 roku napisał „a jednak, pomimo tego wszystkiego, pewnego dnia ludzie będą żyć jak bracia”, 14 lat później zmarł z dużą dozą prawdopodobieństwa otruty przez oponentów. Ten sam człowiek uparcie wierzył, że wspomniane braterstwo uzyskuje się nieuchronnym dziejowo terrorem: „to naturalne, że władza zabija swoich wrogów jak wszy”. Janusz Anderman w artykule o Maksymie Gorkim, przytaczając powyższy cytat, zapytał, czy wobec tego można dobrze o nim myśleć. Czy aby nie jest tak, że holistyczna ocena Gorkiego przypomina opinię o naturze ludzkiej? Oba pytania są źle postawione, nie chodzi przecież o określenie czy człowiek per se oraz Gorki są dobrzy czy źli, nie taka jest istota rzeczy. Biografia Gorkiego stanowi modelowy przykład ambiwalencji symbolizowanej przez migającą partykułę z neonu Czerepoka – „będą żyć jak bracia” zmienia się na chwilę w „nie będą żyć jak bracia”. Zależnie od sytuacji pisarz popełniał zarówno czyny skrajnie haniebne, jak i krańcowo chlubne. Na przykład chwaląc sowieckie obozy pracy, pławiąc się w luksusie w zamian za bezczelną propagandę. Albo przygarniając obcych z ulicy pod swój dach. Wykorzystując własną pozycję i wyciągając ludzi z więzienia, ratując ich przed wyrokami śmierci, może samemu przypieczętowując swój los. Czy da się to miarodajnie zważyć, kliknąć palec w górę albo w dół, nie przyjmując absolutystycznej, boskiej perspektywy rodem z uczty Baltazara („policzone, zważone, podzielone”, מנא, תקל, ופרסין)? Więcej sensu ma ocena poszczególnych zachowań, co zmniejsza szansę na pomyłkę i pychę. Ambiwalencja, którą „mimo tego wszystkiego” i niejako na przekór deklaracji o złej ludzkiej naturze, dostrzegam w „Powtórzeniu pamięci” stanowi zwięzłe podsumowanie stałej ekspozycji Muzeum Palace. Prezentuje ona całe spektrum postaw Podhala w czasie II wojny światowej. Od aktywnego poparcia dla idei Goralenfolk i wydawania Żydów, przez zdawkowe mikroakty oporu, takie jak autoidentyfikacja „Polok Goral” w nazistowskim spisie ludności, po czynny udział w strukturach Państwa Podziemnego i odznaczenie medalem חֲסִיד אֻמּוֹת הָעוֹלָם, Sprawiedliwego wśród Narodów Świata. Granice poglądów i gestów dzieliły nieraz jedną rodzinę: trzy osoby w Goralenfolk, jedna w Armii Krajowej. To samo nazwisko (jeśli dobrze zapamiętałam, na przykład Cukier) wśród kolaborantów i Sprawiedliwych.
Samo wymienienie jednym tchem skrajnie odmiennych funkcji budynku i zmiennych nazw instytucji, ujawnia napięte negocjacje grup tworzących skonfliktowane polityki pamięci
Pogmatwane losy Muzeum Palace odzwierciedlają sytuacyjną podatność wspólnot wyobrażonych na czynniki zewnętrzne i wewnętrzne: luksusowy pensjonat międzywojnia, komisariat i katownia Gestapo w trakcie II wojny, miejsce zakwaterowania armii czerwonej i procesów przywódców Goralenfolk zaraz po wojnie, potem dom społeczny i sanatorium byłych więźniów obozów, następnie od późnego Gierka żłobek tygodniowy, u progu wczesnej transformacji liceum społeczne i jednocześnie Muzeum Męczeństwa, u jej schyłku zarówno Izba pamięci Stowarzyszenia Muzeum Walki i Męczeństwa „Palace” – Katownia Podhala, jak i ośrodek rehabilitacyjno-szkoleniowy ze SPA. Samo wymienienie jednym tchem skrajnie odmiennych funkcji budynku i zmiennych nazw instytucji, ujawnia napięte negocjacje grup tworzących skonfliktowane polityki pamięci.
W ostatni dzień zimowych ferii, po obfitych opadach śniegu, w mroźną niedzielę rodziny z dziećmi nie wybierają tej formy spędzania czasu. Chodzę samotnie po opustoszałych przestrzeniach. Podróż zimowa. Jeszcze tego nie wiem, ale pociąg spóźni się w drodze powrotnej ponad 1,5 godziny ze względu na warunki pogodowe. Zwiedzanie wystaw w Muzeum Palace nie jest przyjemnym doświadczeniem, zdarzają się drastyczne relacje. Treści, obciążające psychicznie i dojmujące, wydają się jednak w przemyślany sposób niuansowanie, bez rozstrzygnięcia: „będą żyć jak bracia” czy „nie będą żyć jak bracia”. Wspólnoty wyobrażone miewają tendencje do wyboru skrajnych opcji, afirmowania dumy i pławienia się we wstydzie. Tymczasem najbardziej ociera się o prawdę, być może, fundamentalna nierozstrzygalność, którą dostrzegam w dialektyce migających przeciwieństw neonu: „będą” – „nie będą”. Ograniczone kwantyfikatory: pozostał cień nadziei, nie wszystko przesądzone, wynik ludzkości nadal niepewny. Niespójność postępowania jednej osoby lub danej grupy szokuje i budzi niedowierzanie, jednak w naukach społecznych zjawisko to zostało solidnie zbadane. Szukanie przyczyn zachowań ludzi w ich cechach wewnętrznych i niedoszacowanie wpływu okoliczności zostało nazwane podstawowym błędem atrybucji. Występuje zwłaszcza w kulturach indywidualistycznych i polega na wyciąganiu wniosków o stałych własnościach osoby na podstawie jej jednostkowego zachowania, nawet jeśli uzyska się informację, że jest ono niewolicjonalne, przypadkowe, np. zależne od rzutu monetą czy wymuszone za pomocą gróźb. Chociaż podstawowy błąd atrybucji nie jest tak uniwersalny, jak się kiedyś wydawało, ryzyko jego wystąpienia wzrasta wyniku obciążenia poznawczego, w sytuacjach stresu, braku czasu i silnych emocji, czyli w tych momentach, kiedy należałoby go unikać. Częstość błędu współwystępuje z zachowaniami przemocowymi osób, które go popełniają, a agresja kierowana jest do tych, których oceniają (w końcu przeciwnicy są „źli z natury”). Poza tym własne działanie wynikające z przyczyn losowych powoduje zmianę poglądów – jeśli zostaniemy nakłonieni do czegoś dzięki zmyślnym strategiom wpływu społecznego, uznamy, że widać to popieramy. Dlatego ważniejsze od zamrożonego osądu (palec w górę albo w dół) na temat cech ludzkich, wydaje się pytanie: „jakie sytuacje powodują, że ludzie dopuszczają się najgorszych etycznie czynów i jak do tych okoliczności nie dopuścić?”
Propozycja: abstrakcyjną ludzkość odstawić na bok, zająć się konkretem, czyli budową tymczasowych, chybotliwych sojuszy, maleńkich wspólnot, skutecznych, alternatywnych praktyk przetrwania. Nadzieja w treningu, bo błędów atrybucji i innych pomyłek poznawczych można się częściowo oduczyć, praktykując ich rozpoznawanie, zwracając uwagę na kontekst i mniej oczywiste przyczyny działań innych. Efekty potwierdza większość badań, podobnie jest ze skutecznością programów antyprzemocowych. To mozolne, ale można się też odpamiętać w przemocy: zbiorcze analizy wyników wielu badań wskazują na niewielkie, ale pozytywne rezultaty prelekcji, szkoleń, terapii grupowej i indywidualnej. Jeżeli chcecie przeczytać na ten temat więcej, sięgnijcie do naukowego czasopisma „Trauma, Violence & Abuse” po artykuł “Effectiveness of Violence Prevention Interventions: Umbrella Review of Research in the General Population”. Intrygujące, że największą redukcję przemocy uzyskiwano na warsztatach sztuk walki dla dzieci i młodzieży. Zgodnie z tą logiką ogólna teza powinna brzmieć: „jeśli ludzkość zamiast uczyć się na swoich błędach, nadal je popełnia, to musi zapisać się na lekcje karate”. Prowokacyjne, ale przecież „Maus” Arta Spiegelmana wstrząsa bardziej niż wszystkie konwencjonalne strategie upamiętnienia, więc może i karate lepiej zatrzymuje cykle pamięciowego powtórzenia od bardzo poważnych narracji.
Cóż wobec tego? Artysta odpowiada na pytanie: „co robić?” inaczej. Przewrotna odpowiedź znajduję w haśle na kolejnym, krwistym neonie: „silence encourages the tormentor, never the tormented”. Cytat pochodzi z przemówienia amerykańsko-żydowskiego pisarza, Eliego Weisela. Laureat Pokojowej Nagrody Nobla, zajmujący się tematem Zagłady, nawoływał: „Musimy stanąć po którejś stronie. Neutralność pomaga prześladowcy, nigdy ofierze. Cisza dodaje otuchy dręczycielowi, nigdy dręczonemu. Czasem musimy się wtrącić”. Zakładam, że sugestia jest częściowo podchwytliwa, ale jeśli brać ją za dobrą monetę, Czerepok zachęca do głośnego sprzeciwu wobec sprawców i za pomocą „Powtórzenia pamięci” wciela ten gest w życie.
Niezależnie od powyższego, po morderstwach dokonanych przez ICE, dziwacznych próbach aneksji Grenlandii czy nieuzasadnionych interwencjach zbrojnych w Wenezueli obawy przed „Amerykanami” wydają się jeszcze bardziej uzasadnione
Jeżeli szukać na „Powtórzeniu pamięci” odpowiedzi, artysta przypomina, że nic nam po tymczasowych strefach dobrych praktyk, skoro promil ze szczytu G20, czy tam Rady Pokoju, rozdaje karty i gra nieczysto. Podmioty decydujące o najgorszym źle ludzkości są na wystawie bez dwuznaczności wskazane. Hasło wyświetlane na drugim neonie, żarzącym się w barwach flagi USA, brzmi „I am afraid of Americans” i powtarza frazę z piosenki Davida Bowiego. Jak dowiaduję się z opisu, to bezpośrednia reakcja Huberta Czerepoka na objęcie prezydentury przez Donalda Trumpa. Inwersja „Americans / I am afraid of” wowołuje zaskoczenie, pozwala na oddanie kolorystyczne barw narodowych i znaczenia – ostrzegawcze „boję się” na czerwono i błękitni „Amerykanie”. W piosence Bowiego antybohater nazywa się Johnny i jest raczej przedstawicielem klasy ludowej, więc czy kolor oznacza „niebieskie kołnierzyki”? Chyba nie, winą za wybór Trumpa można równie dobrze obarczyć elity demokratów i ich nepotystyczne, kompromitujące koneksje. Niezależnie od powyższego, po morderstwach dokonanych przez ICE, dziwacznych próbach aneksji Grenlandii czy nieuzasadnionych interwencjach zbrojnych w Wenezueli obawy przed „Amerykanami” wydają się jeszcze bardziej uzasadnione.
Kolejna na ławie oskarżonych zasiada Rosja. Czerepok na podstawie zdjęć archiwalnych tworzy szkice, przedstawiające sprawców i zabitych podczas masakry w Buczy oraz ofiary Wielkiego Głodu w latach 30. ZSRR sygnalizowane jest też przez odniesienie do Maksyma Gorkiego, a oba wydarzenia historyczne związane są z Ukrainą, co oznacza, że artysta podkreśla konflikt rosysko-ukraiński nie tylko we współczesnej płaszczyźnie czasowej, ale szuka też jego przyczyn w mocarstwowych zapędach Rosji i pomysłach o „naturalnym” i „nieuchronnym” terrorze, który umożliwi ziszczenie się utopii. Poprzednia odsłona wystawy odbyła się w przygranicznym Heringsdorf, gdzie Gorki leczył gruźlicę, wydalony następnie przez nazistów, a po wojnie wypoczywali strudzeni działacze Socjalistycznej Partii Jedności Niemiec. Czerepok pochyla się nad zaskakującą nomotetycznością historycznych zdarzeń na płaszczyźnie czasowej i geograficznej, czyli mówiąc prościej nad tym, jak wiele powtarzalnych i wspólnych elementów mają jednostkowe zajścia. Być może już dostrzeżenie tych prawidłowości pozwoliłoby na przerwanie cykli powtórzeń, swoistych pętli pamięciowych. Większość modeli psychoterapeutycznych działa na zasadzie: rozpoznaj swój schemat (wgląd), czyli to, co uporczywie się powtarza i dopiero wtedy możesz próbować go zatrzymać, a ostatecznie zmienić. Nie zawsze się to udaje, wymaga też sporych nakładów wysiłku i czasu, a dynamika grupowa bywa potężniejsza od indywidualnej. Zarówno sprawcy, ofiary, jak i osoby postronne, widzące przemoc, częściej dopuszczają się jej w przyszłości, a wszyscy ponoszą psychologiczne konsekwencje obecności w tej triadzie. Spirala przemocy działa w związku z poczuciem krzywdy, przymusem rozliczenia się, odegrania się i zemsty, licytacji, kto jest większym sprawcą albo większą ofiarą. Im dłużej trwa, tym trudniej ją zatrzymać. Jedyna szansa, aby ją przerwać, polega na zaniechaniu, wycofaniu się, przepracowaniu, wzięciu realnej odpowiedzialności – jeśli już w tej triadzie się jest. W innym wypadku machina napędza się, sprawcy stają ofiarami, ofiary sprawcami, świadkowie zarówno ofiarami, jak i sprawcami. Podstawowy błąd atrybucji zdecydowanie nie pomaga, ale zrozumiała jest potrzeba nazwania określonych czynów oraz przeciwstawienia się im, a także świadomość powtórzeń, w których bierze się udział. Przeraża stagnacja i brak jakiejkolwiek reakcji na realne zło, a jeszcze bardziej wtórna wiktymizacja ofiar, wynikająca z wiary w sprawiedliwy świat. Skoro ktoś stał się ofiarą, widać sobie na to zasłużył, prawda? Trudno przecież pogodzić się z tym, że ofiarą może być każdy, niezależnie od przypisywanych mu właściwości. Ofiara zawsze jest szlachetna, sprawca do szpiku kości zły, a dobrzy ludzie nigdy nie popełniają przerażających czynów, no nie?
Tytułowe „Powtórzenie pamięci” (2011), wyświetlane wewnątrz „czarnego wagonu”, fragment wystąpienia Weisela (2024) oraz „Wyparcie” (2015) dotyczą zarówno historycznych aspektów Zagłady, współczesnego polskiego antysemityzmu, jak i – co najmniej czytelne, ale domyślne – krytyki działań Izraela i historycznego poparcia dla terrorystycznego syjonizmu, o czym później. USA – Rosja – Niemcy – Izrael – Ukraina i Polska – taka matryca powiązań powstaje na wystawie Czerepoka. Gdzieś w tle zarysowuje się ledwo widoczna Unia Europejska, bo w odezwie Gorkiego „będą żyć jak bracia” pobrzmiewa echo „Ody do radości” Friedricha Schillera („wszyscy ludzie będą braćmi”), a wraz z nim może utopijne, a może realne nadzieje na wspólnotowość. Problem z tymi wzniosłymi hasłami jest właśnie taki jak, z oceną natury człowieka. Realistyczny slogan powinien brzmieć „niektórzy ludzie będą braćmi”, z załączoną instrukcją, jak to praktykować. Ale co z tą Polską? W jaki sposób ujawnia się w „Powtórzeniu…” poza relacją Kazimierza Albina? Wspomniane już „Wyparcie” składa się z 2 rysunków, przedstawiających antysemickie napisy na Pomniku Ofiar Obozu Koncentracyjnego w Płaszowie. Wyjątkowo pozwolę sobie na przytoczenie obszernego fragmentu własnego tekstu, który tydzień-dwa temu napisałam o innej wystawie, zresztą także dla „Miej Miejsce”. Skoro o powtórzeniu mowa, pasuje idealnie: „Roma Sendyka w artykule »Od świadków do postronnych. Kategoria bystander i analiza podmiotów uwikłanych« w książce »Świadek: jak się staje, czym jest« pisze: »Do trwających przynajmniej od powojnia w Polsce, a od lat sześćdziesiątych w świecie intensywnych badań nad losem ofiar dołączyły w latach dziewięćdziesiątych tzw. perpetrator studies – badania nad sprawcami. […]. Nieco później – po 2000, a szczególnie od 2010 roku – rozpoczęła się emancypacja badań nad trzecią, najsłabiej dotąd opisaną grupą aktorów pola wojny, tzw. bystander.«
Dawno już o żadnej wystawie nie myślałam tak długo, patrząc się w sufit późnymi, zimowymi nocami
Termin wprowadzony przez Raula Hilberga rodził dyskusje, a czasem protesty. Jak wskazuje Sendyka, był krytykowany ze względu na niefortunny wybór terminu, ale przede wszystkim niejednoznaczność określenia (obejmuje zarówno osoby bierne, pogarszające sytuację ofiar, jak i te działające na ich rzecz, także dając świadectwo). Badaczka wraz z uczestniczkami seminarium zaproponowała pojęcie „osoba postronna” dla jednostki, która „została uwikłana”, „wciągnięta w wydarzenia”, ale też nigdy nie jest neutralna, gdyż każde zachowanie wiąże się mniej lub bardziej z opowiedzeniem po jednej lub drugiej stronie.
Zdając sobie sprawę z odmienności sytuacji w czasach Zagłady, zarówno pod względem systemowym, ideologicznym, jak i niewspółmiernej skali zjawisk – zastanawiam się ostrożnie czy kategoria „osoby postronnej” nie pasuje do współczesnej sytuacji Polek i Polaków oraz ich roli w wojnie w Ukrainie. Wahania nastrojów społecznych oraz neurotyczne, skrajne postawy pomagania i szkodzenia uwydatniałyby zmienność opinii „uwikłanych”, podkreślając rolę czynników sytuacyjnych w ich (naszym?) zachowaniu. Czy nie drażni brak poczucia sprawstwa („to nie nasz konflikt”) i wiążące się z nim odrzucenie odpowiedzialności („przecież to nie nasza wina, a musimy ponosić konsekwencje”)? Czy nie jest tak, że – w innym kontekście, w innych czasach i na inną skalę – historia powtarza się i to powtórzenie kłuje? Dotkliwie przeszkadza ze względu na pamięć kolektywną, bo przypomina o trudnej i częściowo niechlubnej przeszłości, w której polska wspólnota narodowa była „postronna”? Dlaczego w takim razie decydujemy się po raz kolejny na postawy negatywne? W końcu milczenie i przyzwolenie też nie są etycznie neutralne, nie mówiąc o braku wsparcia, aktach przemocy i wzmaganiu antyukraińskich nastrojów.”
Wagon, epicentrum „Powtórzenia pamięci”, jest najbardziej sensualny, wielozmysłowy. Pozostałe prace wpisują się w pamięciową konwencję postminimalistycznych, zdawkowych w wyrazie, surowych prac. Estetyka ta często wykorzystywana w sztuce dotyczącej kultury pamięci. Jacek Małczyński trafnie zauważa, że różnica estetyczna zakreśla podział między reprezentacją pamięci a bezpośrednim zdarzeniem. Wspomnienie, wyobrażenie, zwłaszcza zapośredniczone, kondensuje się jako esencja pozbawiona detali. Być może to swoista abstrakcyjność prac powoduje, że moja refleksja błądzi po wertepach, uderza gdzieś obok, poza nimi. A może to nieustępliwość i niepokój prac Czerepoka, które przyprawiają mnie o dreszcze? Pracujemy z artystą w jednej instytucji, pewnie warto o tym napisać dla przejrzystości, lecz dobrze się nie znamy i zakładam, że nie wpływa to na moją interpretację „Powtórzenia pamięci”.
Wspominałam o przewrotności hasła „silence encourages the tormentor, never the tormented” Weisela. Człowiek oddycha z ulgą i ma nadzieję, że nadchodzi nadzieja i pokrzepienie. Tylko skąd uporczywe obstawanie przy złej naturze ludzi, skoro oto przemawia do nas laureat Pokojowej Nagrody Nobla, człowiek, który włożył ogrom pracy w upowszechnianie wiedzy o Zagładzie, badanie losów ocaleńców, człowiek, który sam przeżył Auschwitz i daje świadectwo? Napis na neonie jest przekreślony, zwłaszcza litery „I” oraz „R”. Podstawowy trop: niezgoda na obecną politykę państwa Izrael wobec Palestyńczyków, której nie da się niczym usprawiedliwić, ale jest coś jeszcze. Weisel już po przeżyciu obozu śmierci popierał działania syjonistycznego, terrorystycznego ugrupowania Irgun Cewai Leumi, a po przeprowadzeniu przez tę organizację zamachu bombowego na Hotel King David w Jerozolimie, w którym zginęło 91 ludzi, chciał do niej dołączyć i zgodnie z jego własnymi relacjami „należał do Irgun” w 1948 roku, 2 lata po ataku. Chociaż ostatecznie nie włączył się w bezpośrednio w działania zbrojnego podziemia, tłumaczył i od 1947 roku redagował teksty dla gazety „Zion in Kamf” wydawanej przez stowarzyszenie, której propagandowy plakat przedstawiał karabin i hasło „To jedyna droga”. Stwierdzenie „czasem musimy się wtrącić” zawarte w przemówieniu wygłoszonym wiele lat później brzmi w tym kontekście wyjątkowo gorzko. Weisel równo 40 lat po wysadzeniu hotelu otrzymał Nagrodę Nobla, błędy młodości usprawiedliwiał polityczną naiwnością, a w późniejszych wypowiedziach publicznych podkreślał, że terroryzm nigdy nie jest rozwiązaniem. Jak to oceniać? Czy cytat z Weisela staje się drugą stroną tej samej monety, na której umieszczono podobiznę Gorkiego, tylko że ambiwalencja jego gestów nie uwidacznia się od razu? Podstawowy błąd atrybucji, można sobie pomyśleć, trzeba go przecież unikać. Czy należy ludzi rozliczać z każdego, biograficznego faktu? Tylko gdzie przebiega granica? Czy poparcie dla zabijającej ludzi w zamachach bombowych terrorystycznej organizacji przekracza tę granicę ostatecznie, czy może jednak nie? Wpływ sytuacji? A może coś źle przeczytałam, nieprawidłowo zinterpretowałam? Przemawiają przeze mnie zinternalizowane uprzedzenia, których nawet nie jestem świadoma, dlatego powtarzam je i powtarzam i nie zatrzymuję? Jeżeli nie, w obliczu takich faktów teza Czerepoka o naturze człowieka przestaje brzmieć całkowicie nieprzekonująco. Dawno już o żadnej wystawie nie myślałam tak długo, patrząc się w sufit późnymi, zimowymi nocami.
Hubert Czerepok „Powtórzenie pamięci”
Muzeum Palace, oddział Muzeum Tatrzańskiego w Zakopanem, ul. Chałubińskiego 7
11.10.2025 – 01.03.2026
Kuratorka: Monika Branicka
_________________
Wiktoria Kozioł – adiunkta w Katedrze Kuratorstwa i Realizacji Wystaw na Wydziale Malarstwa Akademii Sztuki w Szczecinie. Doktora historii sztuki, absolwentka psychologii (UJ), krytyczka i kuratorka. Jej zainteresowania obejmują sztukę po 1945 roku, a zwłaszcza polską sztukę doby transformacji.
_________________
Zdjęcie główne: Hubert Czerepok, „Americans I’m afraid of", 2016, ed. 2/3+AP, neon, 200 x 55 cm., fot Marcin Kin
