Rzeźba jako organizm, ciało jako tymczasowy koktajl, komputer jako proteza mózgu. Z Andrzejem Stańkiem, artystą intermedialnym, o posthumanistycznej perspektywie, w której człowiek przestaje być centrum świata, relacjach między ludźmi, zwierzętami i technologią oraz o sztuce jako narzędziu badania złożonych sieci zależności rozmawia Julia Stachura.
Julia Stachura: W Twoim artist statement moją uwagę przykuło odejście od intuicyjnego traktowania gestu artystycznego jako wyrazu absolutnej wolności twórczej. Skłaniasz się raczej ku uzależnieniu swojej pracy od technologii, historii, materialności, a także od zapożyczeń i cytatów. Czy mógłbyś opowiedzieć, jak poruszasz się po tym ekosystemie?
Andrzej Staniek: Kształtuje nas ogromna ilość zmiennych – kultura, czynniki biologiczne, miejsca, w które trafiamy, i ludzie, których spotykamy. Dlatego postrzegam artystę jako punkt w sieci, a nie jako kogoś autonomicznego. Nie uważam twórców za wybitne, odseparowane jednostki; oni po prostu wylądowali w takim miejscu sieci, że pewne procesy przez nich przepływają – tak jak przez wszystkie byty, również te niezauważalne. Czuję na przykład, że mój komputer też jest takim bytem, wręcz protezą mojego mózgu. Z kolei to, jak odbieram świat za jego pośrednictwem, jest warunkowane przez fakt, że ktoś wcześniej napisał dany program, stworzył moją drukarkę 3D... Czuję, że jestem tylko malutkim punkcikiem, który to wszystko spina. Nic nie wymyślam w próżni. Myślę o sobie raczej jako o specyficznej formie narzędzia do robienia rzeczy.
Sam nie narzucam swoim obiektom ostatecznych znaczeń. Zależy mi przede wszystkim na fizycznym i ontologicznym obnażeniu faktu, że nie istniejemy w izolacji – to właśnie ta lepka, nierozerwalna zależność od innych form istnienia jest dla mnie najbardziej fascynująca
To zbiega się z koncepcją Rolanda Barthes’a o śmierci autora i narodzinach czytelnika. Sam „autor” to przecież kategoria nowoczesności, uwikłana w sieć kapitalistyczną i mit męskiego geniuszu. Czy z tej perspektywy wszystko już było? Czy można jeszcze wymyślić coś świeżego?
Już rozwój technologii nieustannie generuje nowe punkty odniesienia. Sam nie narzucam swoim obiektom ostatecznych znaczeń. Zależy mi przede wszystkim na fizycznym i ontologicznym obnażeniu faktu, że nie istniejemy w izolacji – to właśnie ta lepka, nierozerwalna zależność od innych form istnienia jest dla mnie najbardziej fascynująca. Siła sztuki leży w zdolności wytrącania nas z utartych schematów percepcji. W moim przypadku dzieje się to poprzez zderzenie z nieludzką, materialną obecnością obiektu.
Weźmy plastik – dziś zaczyna dominować nad światem, a zanim się pojawił, trudno było w ogóle pomyśleć o pewnych zjawiskach z nim związanych. Spójrzmy na kapitalizm – ma w sobie gigantyczną, wyniszczającą moc. Często wpadamy w pułapkę nazywania późnego kapitalizmu czy plastiku 'patologią', co zakłada, że istnieje jakaś czysta, nietknięta natura, do której moglibyśmy wrócić. Tymczasem te zjawiska to po prostu nasza współczesna biosfera. Jesteśmy w nią wrośnięci równie głęboko, jak w nasze biologiczne ciała, a mechanizmy rynkowe to po prostu kolejny, choć niezwykle brutalny, czynnik presji ewolucyjnej. W tym sensie kapitalizm stał się środowiskiem w którym organizmy muszą nauczyć się funkcjonować.
Obecnie w naukach humanistycznych powracają perspektywy postulujące odczytywanie świata czy sztuki oczami zwierząt. W procesie twórczym często towarzyszy Ci , Franiu. Czy myślisz, że w kontekście Waszej relacji jesteście dla siebie nawzajem czymś w rodzaju uzupełniających się protez?
Koncepcja protezy jest tutaj bardzo trafna. Myślę o tym często w prozaicznych sytuacjach – na przykład kiedy rzucam Franiowi chrupkę na spacerze. On szuka jej za pomocą węchu, a ja, żeby sprawdzić, czy ją znalazł, muszę posłużyć się wzrokiem. Już na tym poziomie widać fundamentalną różnicę w postrzeganiu rzeczywistości. Jednocześnie nie wierzę w to, że jesteśmy w stanie naprawdę spojrzeć na świat z perspektywy innego gatunku albo technologii. To dla nas po prostu niewyobrażalne, bo nie posiadamy odpowiedniego aparatu poznawczego. Wszystkie te próby są tylko naszą ludzką interpretacją, przełożoną na nasz język. Zamiast szukać narzędzi do 'tłumaczenia' jego świata na mój, celebruję tę nieprzeniknioną dla mnie odmienność.
Zamiast szukać narzędzi do tłumaczenia jego świata na mój, celebruję tę nieprzeniknioną dla mnie odmienność
W eseju towarzyszącym projektowi Cocktail Creatures piszesz, że ciało to wydarzenie i „tymczasowy koktajl”. Jak narodziła się ta metafora?
Ta metafora pojawiła się, gdy zacząłem myśleć o procesach zachodzących w nas bez przerwy. Nie postrzegam „ja” jako stabilnego centrum dowodzenia, ale jako koktajl. Ciało, pamięć, mikrobiom, język, relacje, hormony, lęki, traumy i nawyki mieszają się ze sobą, tworząc chwilową konfigurację, którą rozpoznaję jako siebie. Mam poczucie, że tożsamość kształtuje się na nowo przy każdym kolejnym spotkaniu, a wrażenie, że wciąż jesteśmy tą samą osobą, wynika bardziej z ciągłości zdarzeń niż z istnienia jakiejś niezmiennej esencji. Zmieniamy się bez przerwy - tylko pamięć i narracja zszywają te przemiany w pozornie spójną historię.
Jak mutacyjne i procesualne myślenie przekłada się na fizyczną formę Twoich obiektów? Czy postrzegasz sztukę jako ciąg przyczyn i skutków, będących wynikiem konkretnych decyzji?
Zdecydowanie tak. Często impulsami są rzeczy całkowicie niezwiązane ze sztuką, które ukierunkowują moje wybory. Przeglądając internet często trafiam na zdjęcie owada czy innego zwierzęcia i jakiś konkretny kształt zapada mi w pamięć. Same narzędzia – oprogramowanie, w którym pracuję, jest zaprojektowane w określony sposób, przez co łatwiej mi myśleć konkretnymi figurami geometrycznymi czy formami, a nie innymi. Rozwijam więc akurat te kształty, ponieważ tak prowadzi mnie interfejs. Gdyby ktoś zaprojektował ten program inaczej, skierowałby moje myśli na zupełnie inne tory. To działa podobnie jak w biologii. Myślałem ostatnio o tym, dlaczego w ogóle mamy zęby. Setki milionów lat temu struktury pancerza u wczesnych ryb bezszczękowych zaczęły wiązać się z chwytaniem pokarmu. To duże uproszczenie, ale gdzieś w tym przesunięciu ochrona zamieniła się w przemoc. Fascynuje i przeraża mnie to, że ewolucja nie posługuje się naszą moralnością. Dla niej etyka nie ma znaczenia – liczy się wyłącznie przetrwanie.
Interesuje mnie moment, w którym odruchowo uznajemy jakąś formę za „błąd”, „brak” albo „uszkodzenie”. Staram się przesunąć to spojrzenie i zobaczyć w niej raczej inną konfigurację życia
Kiedy projektuję rzeźbę, nakładam na siebie wiele skrajnych kontekstów. Tworząc jeden fragment obiektu, potrafię myśleć o strukturze zębów, a kawałek dalej o skrzydle motyla. Ważnym doświadczeniem była dla mnie wizyta w Muzeum Historii Naturalnej w Rydze, gdzie oglądałem preparaty anatomiczne pokazujące różne anomalie rozwojowe. To było bardzo mocne spotkanie z ciałem jako czymś, co nie zawsze realizuje znany nam wzór. Interesuje mnie moment, w którym odruchowo uznajemy jakąś formę za „błąd”, „brak” albo „uszkodzenie”. Staram się przesunąć to spojrzenie i zobaczyć w niej raczej inną konfigurację życia. Zresztą mój pies, Franio, urodził się z rozszczepem nadgarstka - prawdopodobnie jest jedynym psem na świecie z dokładnie taką anatomią. Ludzie na ulicy często nas zaczepiają: „Ojej, jaki biedny piesek”. A ja widzę raczej organizm, który znalazł własny sposób poruszania się i bycia w świecie. Franiu nie myśli o swoim ciele w kategoriach braku czy straty, on się do niej zaadaptował.
Posługujesz się wieloma mediami – od fizycznych form i odlewów silikonowych po projektowanie 3D. Jak odnajdujesz się w tak rozmaitych rejestrach?
W moich pracach spotykają się estetyka cyfrowa i fizyczna materialność obiektu – organiczne formy są drukowane przez maszyny, a sztuczne materiały imitują tkanki biologiczne. Szeroki wachlarz narzędzi, którymi dysponuję, pozwala mi dobierać je precyzyjnie do aktualnych potrzeb projektowych. Gdy pojawia się idea, nie myślę o niej z góry przez pryzmat konkretnego medium. Najpierw skupiam się na samym manifeście czy koncepcie, a dopiero później szukam środków wyrazu. Tak było chociażby z silikonowymi rzeźbami – nigdy wcześniej nie pracowałem z tym tworzywem. Zacząłem szukać surowca, który najlepiej odda moją myśl, eksperymentować i testować, by uzyskać zamierzony efekt. Jednak w trakcie pracy, wywiązała się intymna interakcja między mną a materiałem, która ostatecznie zaprowadziła mnie w zupełnie inne, wcześniej nieprzewidziane miejsce.
Żyjemy w kulturze, która karmi nas lękiem przed brakiem spektakularnych osiągnięć i skłania do ciągłego porównywania się z innymi. Sam na to cierpię, choć wiem, jak bardzo jest to destrukcyjne
W Twoim eseju towarzyszącym Cocktail Creatures pojawia się mocne porównanie człowieka do sprintera, który w rekordowym tempie doprowadza do zagłady innych gatunków. Jak w swojej praktyce artystycznej mierzysz się z tym ekstremalnym przyspieszeniem? Czy proces tworzenia obiektów jest dla Ciebie próbą „wyhamowania”, czy wręcz przeciwnie?
Z pewnością chciałbym, żeby moja twórczość była takim wyhamowaniem. Silikon trzeba mieszać, czekać aż zwiąże, sprawdzać jego ciężar, lepkość, reakcję na pigment czy formę. Materiał nie przyspiesza razem ze mną. Ma swój czas i często mnie do niego zmusza. Z drugiej strony, biorąc udział w komercyjnych wydarzeniach i myśląc o sprzedaży swoich prac, chcąc nie chcąc uczestniczę w tym wyścigu. Żyjemy w kulturze, która karmi nas lękiem przed brakiem spektakularnych osiągnięć i skłania do ciągłego porównywania się z innymi. Sam na to cierpię, choć wiem, jak bardzo jest to destrukcyjne. Każdy z nas startuje z innego punktu, ma różne możliwości i zasoby. W takim układzie porównania nie mają sensu – one nas po prostu krzywdzą.
Rozmawiamy w poznańskiej galerii Szczur – niezależnym, eksperymentalnym artist-run space. Jak postrzegasz taką przestrzeń w ogólnym obiegu sztuki?
Szczur powstał tuż po pandemii. Brakowało nam wtedy kontaktu z ludźmi, chcieliśmy się po prostu socjalizować. Z czasem projekt mocno ewoluował i z perspektywy czasu myślę, że dla nas wszystkich było to niezwykle wyczerpujące. Obecnie Szczura prowadzą już tylko dwie osoby – ja i Agnieszka Topolska. Warto jednak podkreślić, że największy wkład w rozwój i utrzymanie galerii moim zdaniem miała Klara Woźniak. Myślę, że nikt z nas nie miał ambicji, by stać się profesjonalnymi „galerzystkami”. W 2026 roku podjęliśmy decyzję o zakończeniu działalności i zamknięciu galerii. Moim wielkim marzeniem byłoby teraz przekazanie tego miejsca oraz stowarzyszenia kolejnemu pokoleniu twórczyń i twórców, którzy chcieliby kontynuować tę projekt po swojemu.
W projekcie Absent Visitors wybrzmiewał temat relacji opartej na braku. Gdybyś na swoją następną wystawę mógł zaprosić jakiegokolwiek „nieobecnego odbiorcę” – kogo byś wybrał?
Gdy Franio nagle na coś szczeka, ja niczego nie dostrzegam, ponieważ mój słuch nie jest tak wyczulony jak jego. To uświadamia, że razem z nami mogą istnieć byty całkowicie dla nas niezauważalne, a my rejestrujemy tylko wąski wycinek rzeczywistości, przefiltrowany przez ludzkie zmysły. Dla Frania jestem przede wszystkim chemiczną mapą zapachów, a nie stałym, wizualnym kształtem. To diametralnie inna percepcja. Mój pies zna mnie w sposób, w jaki nie ma szans poznać mnie żaden człowiek.
Mój pies zna mnie w sposób, w jaki nie ma szans poznać mnie żaden człowiek
Zaprosiłbym więc coś, co nie patrzy tak jak my. Często wyobrażam sobie swoje rzeźby jako monumentalną masę, która nas pochłania i sprawia, że lądujemy w samym jej środku. Nie funkcjonuje ona jednak jako klasyczny obiekt, ale jako specyficzny, nieludzki byt, którego nie potrafimy nawet nazwać, ponieważ całkowicie wykracza poza naszą percepcję. Chciałbym wiedzieć, czym byłaby taka praca dla istoty, która odczuwa ją przez zapach, drgania, wilgoć, temperaturę albo chemiczny ślad, a nie przez stabilny wizualny kształt.
Nad czym teraz pracujesz? Jakie są Twoje aspiracje i marzenia, co chciałbyś robić w przyszłości?
Rozwijam myśl zawartą w Cocktail Creatures, eksperymentując coraz mocniej z samą materią. Przez ostatnie pół roku stworzyłem właściwie tylko jedną pracę, którą uznaję za w pełni skończoną. Cała reszta moich działań to próby wyjścia o krok dalej. Równolegle pracuję nad filmem, a praca z animacją 3D daje mi niesamowitą wolność. Gdybym chciał wyprodukować tradycyjny film, którego akcja toczy się w kosmosie albo w jakiejś dysocjacyjnej przestrzeni, wiązałoby się to z gigantycznymi kosztami. Tymczasem ja po prostu siadam przed komputerem i kreuję te światy. Największą ochotę na realizację mam wtedy, gdy projekt wymyka się mojej wyobraźni i nie jestem w stanie przewidzieć, jak zachowa się w fizycznej rzeczywistości. Moim największym marzeniem jest po prostu zabezpieczenie sobie czasu i przestrzeni na ten proces twórczy.
Myślę, że największym wyzwaniem jest znalezienie własnej strategii poruszania się w tym świecie
Patrząc na realia młodej sztuki – brak przestrzeni, bariery finansowe i presję rynku – co jest dziś największym wyzwaniem na początku drogi twórczej?
Myślę, że największym wyzwaniem jest znalezienie własnej strategii poruszania się w tym świecie. Brak przestrzeni, bariery finansowe i presja rynku są realne, ale każdy mierzy się z nimi trochę inaczej. Dlatego trzeba dużo sprawdzać i badać, bo nie wszystko, co z zewnątrz wygląda jak dobry krok, rzeczywiście nim dla nas jest.
Wiele razy miałem poczucie, że coś, co miało mnie popchnąć do przodu, okazywało się bardzo przytłaczające. Czasem rzeczy, z którymi wiązałem duże nadzieje, kończyły się poczuciem porażki. Ale za każdym razem było to jakieś doświadczenie - nawet jeśli trudne. Z czasem nauczyło mnie to lepiej rozpoznawać własne ograniczenia i dobierać taką strategię działania, która pozwala mi nie tyle je ignorować, ile mądrzej się z nimi obchodzić. Myślę, że trzeba być bardzo plastycznym i umieć zmieniać strategię w odpowiedzi na doświadczenia, bo wyobrażenia, które sobie budujemy, potrafią być bardzo wyniszczające, jeśli za długo próbujemy się ich trzymać.
Czy masz jakąś radę dla młodszego pokolenia osób artystycznych, które być może dopiero zaczynają swoją ścieżkę edukacji?
Każdy zaczyna z innego miejsca, z innym zapleczem, wrażliwością, lękami i możliwościami. Jedyne, co mogę powiedzieć, to że trzeba po prostu samodzielnie badać otoczenie i nieustannie szukać tego, co nas autentycznie ciekawi. I to chyba tyle.
_____________________
Andrzej Staniek (ur. 2000) jest artystą wizualnym mieszkającym w Poznaniu. Ukończył studia magisterskie na kierunku fotografia na Uniwersytecie Artystycznym im. Magdaleny Abakanowicz w Poznaniu. W swojej praktyce artystycznej koncentruje się na mediach 3D, rzeźbie i sztuce opartej na obiektach, zgłębiając zagadnienia ekologii spekulatywnej, sprawczości pozaludzkiej oraz transformacji materii.
_____________________
Julia Stachura jest historyczką sztuki, niezależną kuratorką i ambasadorką programu Fulbright. W 2025 roku ukończyła studia doktoranckie na Wydziale Nauk o Sztuce Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. W latach 2023–24 była stypendystką programu Fulbright Junior Research Award w NYU Tisch School of the Arts. Była kuratorką wystaw w Polsce i Stanach Zjednoczonych, współpracując z instytucjami artystycznymi i organizacjami pozarządowymi. Jej badania i praktyka kuratorska koncentrują się na fotografii artystek BIPOC oraz artystek z Europy Środkowej i Wschodniej, a także na niewidzialności struktur władzy i namacalności pamięci.
_____________________
_____________________