Tegoroczna edycja łódzkiego festiwalu LAAF to kolejny etap krystalizacji struktury inicjatywy. Oddolny projekt z każdym wydaniem rośnie – od pojedynczej wystawy do obszernego zbioru wydarzeń rozsianych po całym mieście. Tym razem zaproponowano konstelację projektów pod wspólnym hasłem tematycznym „Wrażliwość formy”. Wielość realizacji stawiała opór, ale ostatecznie udało się wypracować ożywczy zestaw, który wypełnił dwa tygodnie maja.

 

 

 

Jaskinia z cegły i forma z emocji

Jaskinia z czerwonej cegły, a w niej groty połączone nieregularnymi korytarzami. Gdzieniegdzie jakaś woda łamiąca prawo grawitacji (czy ten obraz wisi do góry nogami?), a w zaułkach mniej lub bardziej szlachetne kamyki. Tytuł to „Chambers of Cavelot” – w końcu mamy tu kilka diamentów i trochę złota. Nie są to jednak komnaty na zamku, a raczej pieczary w podziemiach. Jedna z nich mieści w sobie jakieś nieokreślone zawijasy, jakby była alchemiczno-fizycznym laboratorium. Inna to ciasny pokój dla szarego kamyka. Obok jest solidny podest dla kulki rozsadzanej barwnymi bazgrołami, a niedaleko w powietrzu unosi się mgławica szarej farby. Każda grota to inne wrażenia – trudno zwiedzić wszystkie w tak krótkim czasie. Obraz Balázsa Lobota, który prezentowany był w Centrum Lodz Abstract Art Festival, jest przypadkową ilustracją tegorocznej edycji wydarzenia. LAAF 2026 stanowił zbiór różnorodnych inicjatyw i kontekstów. Pozwalam sobie niektóre wydarzenia liczyć grupowo, bo jaskinie Cavelotu nie są wystarczająco pojemne, aby każde dostało dedykowany kamyczek. Tegoroczna edycja to koncerty, wystawy, warsztaty, spotkania, performanse i inne wydarzenia towarzyszące. Obszerny program to cecha, którą festiwal wypracował dwa lata temu.

 

Obraz przedstawia abstrakcyjną, ekspresyjną kompozycję o intensywnie czerwonym, fakturowanym tle przypominającym drobną mozaikę, na którym dominuje rozgałęziona, organiczna plama czarnej farby otaczająca i łącząca różnorodne, geometryczne kształty – takie jak niebieskie i żółte romby, trójkąty oraz wielobarwne, kolażowe formy przypominające klejnoty lub symbole architektoniczne

Zdjęcie przedstawia dużą, wielobarwną abstrakcyjną instalację malarską rozpiętą na białej ścianie w surowym, industrialnym wnętrzu z drewnianym stropem i zielonymi filarami.

 

Obraz „Chambers of Cavelot” Balázsa Lobota, widok wystawy„Nostalgia Bait” prezentującej prace Balázsa Lobota, Basi Bańdy i Krzysztofa Mętla, fot. Krystian Furman

 

 

Inicjatywa powstała w 2022 roku – dotychczas odbyły się trzy edycje główne oraz dodatkowe wydarzenie towarzyszące zeszłorocznemu „Pulsowaniu Codzienności”. Debiutem projektu była wystawa partnerująca festiwalowi teatralnemu Retroperspektywy 2022. Zaprezentowano wówczas ponad sto prac trzydziestu artystów_ek – w tym osób studiujących, jak i pracujących w łódzkiej ASP. Związek z Akademią wynika z faktu, że LAAF stworzyli absolwenci_tki oraz studenci_ki, którzy chcieli po prostu „robić rzeczy”. To one i oni zbudowali korytarze jaskini. W 2024 roku odbyła się druga edycja – pierwsza „samodzielna”. Centrum Festiwalowe przeniosło się na Off Piotrkowska, a program tworzyły cztery wystawy główne, kilka mniejszych oraz liczne wydarzenia towarzyszące. Pojawili się również sponsorzy, patroni, partnerzy itd. Schemat charakterystyczny dla większości oddolnych projektów – formalizacja prowadząca do możliwości wnioskowania o dofinansowania i otwierająca nowe ścieżki współprac oraz pozyskiwania środków. Ma to przełożenie na zwiększającą się skalę oraz lepsze warunki – np. pozwala wypłacać honoraria.

Struktura wciąż się rozwija i jest zdecydowanie za wcześnie, żeby móc wyraźnie ją określić. Trzy edycje to wciąż etap krystalizacji docelowej formuły. Szczególnie, gdy spojrzy się na zmiany formatów, jakie przeszły polskie festiwale sztuki – chociażby łódzki Fotofestiwal. Każda z edycji LAAF-u jest kolejnym eksperymentem.

 

 

Związek z Akademią wynika z faktu, że LAAF stworzyli absolwenci_tki oraz studenci_ki, którzy chcieli po prostu „robić rzeczy”. To one i oni zbudowali korytarze jaskini

 

 

W poprzednich latach abstrakcja była dla festiwalu tematem samym w sobie. Tym razem zdecydowano się na próbę wprowadzenia większej spójności – tegoroczny LAAF skupiony był na emocjach w kontekście tworzenia i odbioru sztuki abstrakcyjnej. Stąd tytuł edycji „Wrażliwość formy” i odwołanie się do Kandinsky’ego, pytającego o uczucia względem kolorowych kształtów. Postulatowi ujednolicenia towarzyszyła wizja egalitarności - chęć odczarowania negatywnego PR-u abstrakcji, zmiana „z elitarnej i hermetycznej na otwartą i dostępną”. Festiwal był zatem próbą wyjścia poza środowiskową bańkę. Obfitość wystaw i wydarzeń z pewnością sprawiła, że osoby na co dzień niezainteresowane sztuką mogły „natknąć się” na nią częściej. Przy odpowiedniej trasie każdy mógł znaleźć grotę dla siebie. Imponująca skala może jednak sugerować koszt jakościowy.

 

 

 

Fioletowe kółko

Wróćmy do jaskini. Centrum Festiwalowe na Off Piotrkowska to te trzy geometryczne kształty w środkowej grocie. Fioletowe koło to piętro drugie, a niebieski kwadrat i żółty trójkąt – trzecie. Pierwsza wystawa, czyli fioletowe kółko, to „Struktury odczuwania” kuratorowane przez Esterę Lipman i Annę Pacyniak. Ekspozycję stanowiły prace dziewiętnastu osób wyłonionych w open callu „Emotions”. Wstęp wystawy był dobrą zapowiedzią – dwie zupełnie odmienne, ale uzupełniające się prace. To komunikat niedający wątpliwości, że dalsza część ekspozycji to więcej niż wiszące obrazy. Minimalistyczna instalacja „Nature morte” (Florencia Lasch), a za ścianą „Czy my się kiedyś skończymy?” (Julia Kamieńska). Z jednej strony white cube z drobnicą ekofaktów wiszącą w powietrzu na nitkach i włosach artystki; z drugiej – czarne ściany, samotna lampa na dywanie i słuchowisko. Wśród eksponowanych prac znalazły się obrazy, odbitki i wydruki fotograficzne, obiekty, wideo i instalacje (w tym interaktywne). Ponoć niektórzy mieli zastrzeżenia do tego, że wiele z nich to nie abstrakcje. Rzeczywiście, konwencjonalnej abstrakcji na wystawie było niewiele. Można próbować wytłumaczyć to tematem. Skupienie na emocjach w sztuce, wywiedzione z początków abstrakcji w wydaniu Kandinsky’ego, przenosi się też na inne media, w których artyści_tki wykorzystują je jako bodziec inicjacyjny. Poza tym można usprawiedliwić to chęcią udostępnienia abstrakcji szerszej publiczności. Obecność prac, które dają bardziej namacalne punkty odniesienia, może pozwolić odbiorcy łatwiej „wejść” w sztukę abstrakcyjną. Wystawa była w końcu wstępem do festiwalu, a piętro wyżej to już prawie sama abstrakcja.

 

Fotografia przedstawia czarną, chropowatą rzeźbę o organicznym kształcie na pierwszym planie, za którą w tle widać ostro oświetloną postać młodej, szczupłej osoby w samej bieliźnie, stojącej przed jasną ścianą.

 

Widok wystawy „Struktury odczuwania”, fot. Krystian Furman

 

 

 

Niejednolitość „Struktur…” miała jednak swoje wady. Ekspozycja została zbudowana z tak wielu różnych prac, że momentami jej konstrukcja wydawała się niezbalansowana, niepewna. Niektóre sąsiedztwa prac były mało komunikatywne i nie budowały wzajemnego napięcia. Problem z czytelnością mógł częściowo wynikać z niewystarczającego osadzenia prac w narracji wystawy. W rezultacie obecność niektórych dzieł była niezrozumiała – były jak luźne cegły w ścianie. Odniosłem wrażenie, że, nomen omen, wystawie zabrakło struktury.

W ostatniej części ekspozycji znalazły się prace Mateusza Ziomka, przy których kwestia narracji miała się zupełnie inaczej. Wydaje mi się, że to właśnie w tym przypadku najlepiej mogła spełnić się egalitarna misja festiwalu. Prosty tekst działający na wyobraźnię, pobudzający osobiste wspomnienia i afekty pozwolił wybrzmieć ładunkowi emocjonalnemu zawartemu w pracach malarskich. Pokusiłbym się nawet o stwierdzenie, że dzięki niemu ten malutki pokoik jest jednym z „highlightów” festiwalu, szczególnie w kontekście tytułowej „wrażliwości formy”. Wspomniany opis to cytat z wypowiedzi artysty – wyznania swojej twórczej motywacji zwieńczonej słowami „Jest radość. Kiedy indziej jest smutno i ciężko. [...] Może inni też tak mają”.

 

Zdjęcie przedstawia wielobarwną abstrakcyjną instalację malarską rozpiętą na białej ścianie w surowym, industrialnym wnętrzu z drewnianym stropem i zielonymi filarami.

 

Widok wystawy „Struktury odczuwania”, prace Mateusza Ziomka, fot. Krystian Furman

 

 

 

Niebieski kwadrat i żółty trójkąt

Piętro wyżej znalazły się dwie wystawy oraz przestrzeń do relaksu. Podczas wernisażu w „Chill Roomie” odbył się jeden z najciekawszych perfomanso-wykłado-koncertów, które ostatnio widziałem. Przyszedłem, gdy Kamil Piotrowicz, występujący pod pseudonimem „wraeżliwość”, wraz z widownią oglądał instagramowe rolki na wielkim ekranie. Komentował je głosem przepuszczonym przez kilka efektów w Abletonie, co skutkowało sporadycznie słyszalnym, wiewiórkowym „to jest zajebiste”. Wspólny doomscrolling po krótkim czasie przerodził się w mini-wykład o „Oralności i piśmiennictwie” Waltera J. Onga. Piotrowicz wszystko precyzyjnie wytłumaczył na podstawie „Toxic” Britney Spears puszczonego na YouTubie i remiksowanego klawiaturą laptopa. Zwieńczeniem był mash-up legendarnego „Skoku bandziora” z muzyką eksperymentalnego kompozytora. Awangarda.

 

 

Artysta został malarzem dopiero po pewnym czasie tworzenia streetartu. Grafficiarskie powinowactwo czytelne jest w formie, którą sam określa jako ekspansywną i adaptacyjną

 

 

Zacząłem jednak od końca, bo przed „Chill Roomem” są dwie ekspozycje. Pierwsza – niebieski kwadrat – to „Abstrahując od Graffiti” Błażeja Rusina, której kuratorką była Lena Pawlik. Indywidualna wystawa malarza była formalnym wyhamowaniem po wielości technik i bodźców na niższym piętrze. Powolny spacer między drobnymi szkicami i wielkimi kompozycjami na przybitym do ściany płótnie bardzo na tym zyskał. Naprzemienne oglądanie zestawów drobnych malarskich wprawek i wielkoformatowych obrazów nadawało wystawie przyjemny rytm. Rusin tworzy niewielkie szkice, z których wybrane stają się później „pełnoprawnymi” obrazami – na wystawie można było odnaleźć jedno takie połączenie. Nie należało to do najprostszych zadań, bo prezentowanych było kilkaset prac. Spora liczba nie była jednak przytłaczająca, sprzyjała raczej kompletnemu zanurzeniu się w malarski mikroświat. Artysta został malarzem dopiero po pewnym czasie tworzenia streetartu. Grafficiarskie powinowactwo czytelne jest w formie, którą sam określa jako ekspansywną i adaptacyjną. Na wystawie przejawiało się to m. in. w tym, że malarstwo wyciekało z płócien prosto na ściany. Elementy kompozycji zyskały przedłużenie poza brzegami obrazów, których nie ograniczały ani ramy, ani krosna.

 

dużo małych kolorowych obrazków w paspartu

Dwa duży abstrakcyje obrazy namalowane na przesieradłach w kolorystyce czerwono zółtej

 

Widok wystawy: „Abstrahując od Graffiti” Błażej Rusin, fot. Krystian Furman

 

 

 

Ostatnią wystawą w Centrum Festiwalowym było „Nostalgia Bait” prezentujące prace Balázsa Lobota, Basi Bańdy i Krzysztofa Mętla. To tutaj znajduje się obraz „Chambers of Cavelot”. Kurator wystawy, Adam Olczak-Lipman, przyznał, że ekspozycja to wynik jego skrajnie subiektywnych odczuć i wyborów - bodźcem było indywidualne doświadczenie estetyczne. Prezentowane prace były dla kuratora przykładem bezpośredniego, emocjonalnego dialogu formy z odbiorcą. Można powiedzieć, że wystawa wyszła z tego samego źródła, co twórczość, której poświęcony był festiwal.

 

 

Prezentowane prace były dla kuratora przykładem bezpośredniego, emocjonalnego dialogu formy z odbiorcą. Można powiedzieć, że wystawa wyszła z tego samego źródła, co twórczość, której poświęcony był festiwal

 

 

Ewokując przewodni, wspomnieniowy nastrój, prace dostarczały dużo estetycznej satysfakcji. Miejscami zdawały się należeć do jednego uniwersum dzięki dialogowi kształtów i barw. Tutaj ponownie zagrała prostota i dzięki niej dało się „coś poczuć”. Każda z trzech praktyk twórczych operuje inną poetyką, a ich spotkanie wytworzyło ciekawe napięcia i korelacje. Ludyczne i lekkie formalnie obrazy Lobota stanowiły wstęp. Barwne plamy, czasem składające się w huśtawki z placu zabaw oraz jaskinie niczym z gier wideo lat 80. od razu korespondowały z abstrakcyjnymi kompozycjami Mętla. Jego kolażowe, niejednoznaczne płótna raz przypominają skalę mikro, a raz rozległy pejzaż. Z kolei płótna i obiekty Bańdy to kompletnie inny język – subtelny, powściągliwy i drobny. Mimo różnic, zestawione prace ciekawie ze sobą współgrały, np. kształty z ceramiki Bańdy „przeskakiwały” na płótna Lobota, aby następnie rozlać się w większą połać koloru na obrazie Mętla. Kluczowe były powiązania formalne, ale dzięki nim na powierzchnię odbioru wydostały się wspólne wrażenia.

 

Zdjęcie przedstawia dużą, wielobarwną abstrakcyjną instalację malarską rozpiętą na białej ścianie w surowym, industrialnym wnętrzu z drewnianym stropem i zielonymi filarami.

 

Widok wystawy„Nostalgia Bait” prezentującej prace Balázsa Lobota, Basi Bańdy i Krzysztofa Mętla, fot. Krystian Furman

 

 

 

Zawijasy

W programie głównym znalazły się również wydarzenia poza Centrum Festiwalowym. Jedno z nich pozwoliło na sieciowanie struktur instytucjonalnych. W grocie-laboratorium spotkały się cztery łódzkie uczelnie: Uniwersytet, Szkoła Filmowa, Akademia Muzyczna oraz ASP. Rezultatem jest wciąż trwająca wystawa „Sprzężenie Zwrotne” w Muzeum Miasta Łodzi. W ramach odnogi „Common Ground” stworzono grupę dwunastu studentów i studentek, którzy przez kilka miesięcy pracowali nad wspólną ekspozycją. Mieli przy tym wsparcie zespołu kuratorskiego (Krystian Furman, Julia Latko, Estera Lipman) oraz nauczycieli akademickich (Bartłomiej Talaga, Łukasz Ogórek, Jan Kazimierz Barnaś, Maciej Walczak). Koncepcyjnie „Sprzężenie zwrotne” przypomina prezentację efektów semestru zajęć rozproszonego między instytucjami.

 

 

Różnorodna tematyka nie przeszkadza wystawie w utrzymaniu stabilności, a projekt jest ożywczy zarówno dla instytucji, jak i dla studenckiego środowiska, które dostało bodziec do przełamania granic uczelnianych gmachów i wymiany różnorodnych doświadczeń na polu sztuki

 

 

Wystawa to szeroki zbiór - od animacji, przez interaktywne instalacje dźwiękowe i obiekty, po performanse. Jest samoświadoma i gra ze szkolną konwencją – kolory na ścianach oraz krzesełka do oglądania wideo odsyłają do lekcyjnych ławek i korytarzy. Częścią aranżacji jest też instalacja Bartosza Ciechanowicza (UŁ), która za pomocą kolorowych linek dodatkowo rozbudza przestrzeń. Mateusz Łęski (AMUZ) interaktywną instalacją proponuje próbę przełożenia emocji na barwę – użytkownik może wyjść z wydrukiem graficznego zapisu odczuć towarzyszących słuchanej muzyce.

W innym miejscu Marcjanna Sokołowska (ASP) kieruje uwagę odbiorcy na zewnątrz - na trudny los wtórnych dziuplaków, dla których uczestnicy warsztatów ulepili nowe budki lęgowe. Przejmująca fotograficzna instalacja Stanislava Kravtsova (PWSFTviT) pozwala natomiast spróbować lepiej wyobrazić sobie to, co czują osoby, które w wyniku wojny utknęły w poczuciu bezcelowości. Różnorodna tematyka nie przeszkadza wystawie w utrzymaniu stabilności, a projekt jest ożywczy zarówno dla instytucji, jak i dla studenckiego środowiska, które dostało bodziec do przełamania granic uczelnianych gmachów i wymiany różnorodnych doświadczeń na polu sztuki. Oby wykopane korytarze nie zostały zasypane.

 

Zdjęcie przedstawia dwoje ludzi rozmawiających z kieliszkami w dłoniach na tle białej ściany galerii, na której zawieszono liczne gliniane lub betonowe rzeźby przypominające ptasie gniazda lub kokony.

 

Otwarcie wystawy „Sprzężenie Zwrotne”, fot. Kacper Trzeci

 

 

Kamyki

Tegoroczny LAAF to projekt o dużej skali, który działał przede wszystkim ilością. Nagromadzenie przyniosło typowy skutek. Nakładające się na siebie wydarzenia i wernisaże są przytłaczające, choć mogą też być odczytane jako pozytywna oznaka życia. Osobiście czekam na ogólne zwolnienie tempa w zamian za wyrównanie stawek, ale wiadomo – to nie tyczy się formuły festiwalowej, która musi kondensować wydarzenia w krótkim czasie. LAAF zebrał ich wiele i w ten sposób stworzył liczne okazje do spotkań (ze sztuką). Festiwalowe rozszczelnienie to projekt, który zawsze grozi rozmyciem sensu.

Siłą rzeczy pojawiło się kilka odprysków na jakości. Idąc za Kandinskym - najbardziej pozytywne odczucia towarzyszyły mi w obcowaniu z niebieskim kwadratem i żółtym trójkątem. Zawijasy też dały radę i otworzyły drzwi na nowe współprace oraz tematy, które zeszły na dalszy plan w wystawach skupionych na formie. Fioletowe kółko pozostało niewyraźnie zmieszane. Stanowiło raczej okazję do odłupania wybranych kawałków niż wchłonięcia całości.

 

To zdjęcie przedstawia wnętrze galerii sztuki „Pracownia Portretu” w Łodzi, gdzie na podłodze rozłożone są długie zwoje papieru z malarstwem abstrakcyjnym.

 

Widok wystawy „Pragnienie formy,  Marco Saracino w Pracowni Portretu 

 

 

 

Kamyki na peryferiach bywały różne. Nie jestem dobrym grotołazem, więc do niektórych z żalem nie dotarłem. Wśród najciekawszych należy wymienić obrazy Marco Saracino w Pracowni Portretu, gdzie forma i ekspresja również przodowały – artysta pokazał efekty siłowania się z farbą i papierem. Wydrążone korytarze pozwoliły też na działania sięgające innych obszarów, jak koncerty w Fuzji, pokaz Fashion Leak Teaser czy Drag Show.

Miejscami wielość grozi przytłoczeniem i utrudnia „dowiezienie” konkretu. Pozwala jednak zataczać szersze kręgi, tworzyć nowe korytarze i jednoczyć grotołazów. Forma i ekspresja na pierwszym planie to niecodzienny kierunek - kojarzy się eskapistycznie. Mimo wszystko, dobrze było na chwilę odetchnąć w tej jaskini.

 

 

__________________

 

Artykuł opublikowano w ramach zadania "Miej Miejsce w kulturze 2026-2027" dofinansowanego z Programu Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego „Czasopisma" oraz z budżetu Miasta Łodzi w ramach Programu „Łódź pełna kultury ".

 

 

__________________

 

 

Wojtek Grum (2001) – absolwent łódzkiej Historii Sztuki oraz Fotografii i Multimediów. Obecnie student Kultury i Sztuki Współczesnej (UŁ). Zainteresowany sztuką współczesną w teorii i praktyce.

 

 

__________________

 

 

__________________

 

 

Zdjęcie główne: widok wystawy: „Abstrahując od Graffiti” Błażej Rusin, fot. Krystian Furman