Czym pachnie cesarz? Werniksem, kurzem, luksusem, snobizmem — a może tylko wyobrażeniem o zapachu sztuki? Mit wernisażu, pamięć woni i zwrot ku zmysłowi węchu stają się punktem wyjścia do refleksji o perfumach jako medium i kulturowym trendzie. Aleksy Wójtowicz o wystawie „Perfumeryzm” w Kamienicy Hilarego Majewskiego w Łodzi — pierwszej w Polsce prezentacji prac, w których zapach pełni rolę wiodącego medium, osadzając ją w szerszym kontekście historii sztuki i współczesnych eksperymentów olfaktorycznych.
Jak głosi legenda, wernisaż jako słowo nie narodził się z obrazów, ale oparów werniksu, aromatycznego lakieru, którym obrazy pastowano. To właśnie werniksem miały pachnieć salony i pracownie, które otwierano dla publiczności – to był gwarant malarskiej premiery, obrazów świeżo malowanych, prac tuż spod pędzla artysty, najnowszych trendów, ledwie co wyjętych z głowy malarza. Zanim zobaczyło się obraz, już czuć było werniksowy akord, który przetrwał wszystkie awangardy, dematerializację sztuki, nowe media i cyfrowe rewolucje – wżarł się w społeczną pamięć. Sztuka równa się ten szlachetny smród, zapytajcie kogokolwiek z przechodniów. Wełniany beret, jedwabny szalik, przepocony paltot, szlug w gębie, wczorajszy absyncik, dzisiejszy wernisaż – oto przepis, gdyby chcieć snobom ukręcić zapachową świeczkę o zapachu Sztuki i wcisnąć ją za kilka stów sztuka.
Wełniany beret, jedwabny szalik, przepocony paltot, szlug w gębie, wczorajszy absyncik, dzisiejszy wernisaż – oto przepis, gdyby chcieć snobom ukręcić zapachową świeczkę o zapachu Sztuki i wcisnąć ją za kilka stów sztuka
Nie byłem na wernisażu „Perfumeryzmu” – wystawy, która wraz z końcem listopada otworzyła się w łódzkiej Kamienicy Hilarego Majewskiego obiecując narodziny nowego nurtu w sztuce. Obiecując, mam wrażenie, nie do końca na poważnie – to po prostu ekspozycja, w której doceniony ma zostać zapach jako osobne medium. To nienajgorszy moment, aby konstruować taką wystawę, skoro jeszcze w grudniu jeden z większych anglojęzycznych magazynów artystycznych pytał retorycznie: czy aby zapach był nową wielką rzeczą w sztuce? Mowa była wówczas o globalnym trendzie na olfaktoryczne (a zatem nastawione na zmysł węchu) ekspozycje w muzeach i galeriach i stojący za tym realny potencjał immersyjności. O pewnym zainteresowaniu zapachem w świecie sztuki mógł mówić przecież też przypadek galerii Olfactory Art Keller, która jeszcze do jesieni ubiegłego roku oferowała wyłącznie wystawy z węchem i zapachami w roli głównej. Przez cztery lata galeria była sensacją Nowego Jorku. Ale historia zauważenia własnego nosa w kulturze jest znacznie starsza, i jeżeli na tzw. Zachodzie nie sięga czasów Jorisa-Karla Huysmansa i Marcela Prousta czy eskapad na window shopping Waltera Benjamina, to przynajmniej lat 80. XX wieku i antropologicznego namysłu nad zwrotem sensorycznym. Wzrok był historycznie podejrzany, trzeba było odkryć całą paletę innych sposobów opisu rzeczywistości; a wraz z dematerializacją sztuki i ucyfrowieniem życia dostrzec paradoks kultury bezwonnej. W tym przypadku – jak pisał antropolog Marek Krajewski – miało chodzić o skłonność do maskowania zapachów innymi zapachami, co skutkowało olfaktorycznym szumem. Z niego dało się wyłowić wyłącznie te wonie, które odstają od normy (pachną bardzo intensywnie, źle, dobrze, niestosownie).
Nie byłem na wernisażu łódzkiego „Perfumeryzmu”, bo wernisaż pachniał listopadowymi tłumami – pojechałem na wystawę niemal pod koniec jej trwania, licząc na pustki. Nic z tego, zamiast listopadowych tłumów były lutowe – a zamiast późnojesiennych waporów była śmierdząca roztopami mgła. W tłumach nie chodziło wcale o performens Cezarego Bodzianowskiego, który miał się odbyć godzinę-dwie później. Ludzie przychodzili nie dbając o Bodzianowskiego, ich celem był „Perfumeryzm”, który właśnie miał wpaść w oko mediom społecznościowym jako ciekawostka. „Pierwsza w Polsce prezentacja prac wykorzystujących zapach jako wiodące medium” – jak głosił tekst kuratorski – siłą rzeczy ma szansę ściągnąć większą uwagę, niż którakolwiek wystawa z obrazami. Obrazy i rzeźby są jak konie, od razu widać jakie są, ale wsadzić nos w fiolkę, do dziury, w inhalator i do słoika to zupełnie inna sprawa. Zapach nie błądzi w mózgu, od razu daje fangę w nos i każe uruchamiać wspomnienia, lawinę zupełnie absurdalnych skojarzeń nie do przetłumaczenia innym. Ulepszone terytorium opowiadania snów. Właściwie to nie dziwiłem się kolejce na schodach kamienicy Majewskiego, jako że żadna z dokumentacji nie podpowie, czym i jak tam pachnie. A powinno pięknie pachnieć pod polichromowanymi stropami, tapetami z tłoczeniami, wycyckaną stolarką, witrażami i aurą luksusowej tajemnicy – ale skoro to sztuka współczesna to może też pachnieć paskudnie albo konceptualnie. I z taką ciekawością się „Perfumeryzm” odwiedza, ale w czterech salach wystawy tego ostatniego elementu – jakby nie było, pierwiastka najbardziej artystycznego – wyraźnie brakuje.
„Perfumeryzm” pojawia się ze skromną propozycją w specyficznym momencie w historii kultury i myślę, że jest to jeden z głównych powodów, dla którego ta wystawa może rozczarować publiczność, niezależnie od jej doświadczenia ze sztuką czy samymi perfumami. Z jednej strony to dobry moment, bo wraz z globalnym olfaktorycznym trendem, który przyszedł wraz z postpandemijną otwartością na wąchanie czegoś z innymi ludźmi, publiczność jest już oswojona z opcją zapachu na wystawie. Z drugiej strony, to moment trudny, bo ciężko jest ignorować trwający od co najmniej półwiecza namysł teoretyczny (1), coraz większą popularność perfum i zapachów w sztuce czy skłonność do traktowania perfumiarstwa jako sztuki w ogóle, wraz z boomem na niszowe i rzemieślnicze marki. Boom nie ominął też i Polski, bo oprócz sukcesów aromatów polskich ziemniaków Bohoboco czy kaszubskiego mchu PerfumeCraft, miłośnicy zapachów z zainteresowaniem mówią o projektach Piotra Czarneckiego, Jakuba Pietrynki, Alana Balewskiego, Karola Jaśkowiaka i Dominika Schneidera. Tych właśnie twórców jest w stanie zainspirować „Wiedźmin”, piwnica babuszki ze zdechłymi marchewkami, kamol Syzyfa i rękopis Kopernika. Jak na kraj o skromnych tradycjach perfumeryjnych, jest to niemałe osiągnięcie – nie licząc przecież innych, nieco mniej znanych projektów, takich jak Bottanicum Moniki Opieki, Alchembot Anny Pyrki i Magdaleny Citko, Fyyre Perfumes Kamila Bańkowskiego czy duftart Justyny Neymann. Tak wygląda horyzont kilku ostatnich lat. Dlatego dla tych, których rozpuściły multisensoryczne atrakcje w muzeach ta ekspozycja będzie zbyt skromna, a jednocześnie chaotyczna, natomiast prezentowane zapachy i ich nośniki zbyt zwyczajne. Miano „pierwszej w Polsce” fankom historii rozwoju medium zapachu w sztuce narobi złudnych nadziei, podobnie jak ludziom kolekcjonującym niszę nisz. Marudnym krytykom przyniesie natomiast refleksję, że z już da się z powodzeniem ze sztuki polskiej ukręcić poważną, przekrojową wystawę – od obiektów emitujących zapachy „przy okazji”, poprzez takie, których głównym celem jest wydzielanie woni, zapachy komponowane miejsco- i wystawospecyficznie, po zapachy jako obiekty kolekcjonerskie o statusie zarówno dzieł, jak artystycznego merchandisingu. Od hiperpolitycznych „Destylatów” z sobiborskich sosen Karoliny Grzywnowicz, instytucjonalnych kadzideł Liliany Zeic, poprzez inspirowane pracami Aleksandry Waliszewskiej zapachy Agnieszki Sachs, fiolki Magdy Moskwy i Olega&Kaśki, po perfumowce Marioli Przyjemskiej, sole trzeźwiące u Dominika Ritszela, kopy siana, woski, zgniłe owoce i całą resztę smrodów, dzielących świat według klasy, rasy i genderu, ale tym razem w sztuce.
Mieć ogon to zostawiać za sobą niewidzialną smugę woni, zostawać gwałtem w cudzych nozdrzach. To coś w rodzaju zmysłowej dominacji, mniej obscenicznej niż przydługi jaskrawy krawat, ale trudniejszej do zignorowania – pomyślcie o windzie, która przez pół dnia pachnie tym jednym sąsiadem, o biurku, wokół którego unosi się zapach tej jednej koleżanki
„Perfumeryzm” ma dobre, bo zabawne otwarcie. „Ogon” Pawła Włodarskiego jest tekstylną scenografią wystawy, a zarazem odrębną pracą w postaci podwójnych kurtyn, zamontowanych na futrynach drzwi. „Ogon” ma chronić – tak, aby zapachy nie wędrowały pomiędzy czterema salami ekspozycji. Drapowane kurtyny w kształcie koszuli z krawatem dosłownie gatekeepują – a żeby się przedostać dalej, trzeba odchylić gigantyczny czerwony krawat, wejść pomiędzy jego poły. W tekście kuratorskim jest mowa o oniryzmie (faktycznie, gigantyczne koszule są na jawie rzadkie), ale nieco gubi się w nim sens całej pracy – bo tytułowy ogon jest jedną z najbardziej pożądanych cech w świecie zapachu. Mieć ogon to zostawiać za sobą niewidzialną smugę woni, zostawać gwałtem w cudzych nozdrzach. To coś w rodzaju zmysłowej dominacji, mniej obscenicznej niż przydługi jaskrawy krawat, ale trudniejszej do zignorowania – pomyślcie o windzie, która przez pół dnia pachnie tym jednym sąsiadem, o biurku, wokół którego unosi się zapach tej jednej koleżanki. Dlatego też ogoniaste zapachy (i najlepiej, o atomowych parametrach) niosą ze sobą skojarzenia z szefowaniem, silnym charakterem lub charakterem nieznośnym, twardą ręką lub – jak to w przypadku szefowania za wszelką cenę bywa – z obnoszeniem się z władzą, chociażby wyimaginowaną. Włodarski przeskalowanym atrybutem szefostwa odcina zapachy z klatki schodowej, korytarza i poszczególnych sal, zwisem męskim z krempliny pacyfikuje niepożądane ogony.
Nie mniej dobrze prezentuje się druga praca site specific, nietytułowana rzeźba Przemka Branasa – jest maską nałożoną na stelaż z metalowych prętów, maską, której nie da się włożyć na głowę, ale żeby poczuć jej zapach, trzeba zbliżyć się do jej ścianek, nos niemal wsadzić w jej otwory. To, że jest maską – jest raczej umowne, bo z głową w niej pozuje sam Branas, któremu motyw półfunkcjonalnych zakryć tożsamości jest bliski. Rzeźba przypomina raczej wypruty z wnętrzności wybryk z kopułą i sterczynami, oknami i wrotami wyciętymi tak, aby wsadzona w środek głowa mogła cokolwiek zobaczyć i powiedzieć. Pod odpowiednim kątem (i przy sprytnym oświetleniu) rzeźba rzuca cień: sylwetę budynku-dziwadełka z nieprzyjemną twarzą. I widać to dobrze, gdy zbliżyć twarz i chcieć zaciągnąć się zapachem, który ten budynek emituje ze swojego wnętrza. Tekst, który rzeźbie towarzyszy mówi o zapachu „krwi, żelaza, ozonu, którym sterylizuje się narzędzia operacyjne” – ale, że tekst dorwałem już po zwiedzaniu, to zapamiętam go raczej jako migdałowe bagno, zupełnie pozbawione spożywczego powabu.
Rozwiązaniem zagadki o tym, „jak niby ta rzeźba jest site specific” jest wydruk fotografii, umieszczony ściance za rzeźbą – widok gabinetu Hilarego Majewskiego, jednego z gigantów łódzkiej architektury i beneficjenta rozrzutności fabrykantów. W gabinecie, którego pozostałości znajdują się piętro niżej od wystawy, wisi projekt mauzoleum rodziny Scheiblerów – istniejąca do dziś fantazyjna, neogotycka kaplica grobowa. Majewski rozpisując konkurs na mauzoleum zawarł w nim legendarne dla opowieści o bajońskich łódzkich fortunach zdanie: „sumy kosztów [wzniesienia kaplicy – przyp. AW] nie oznacza się, by nie krępować myśli autora”(2). Stąd właśnie maska Branasa ma zaczerpnięty kształt; wygląda złowrogo, jak ulepiony z osmolonych pakuł bawełny, z przeżutego kartonu model tego cmentarnego cacka. W wersji artysty po kopule i dachu kaplicy płynie chlust brokatu, za kapliczny fundament służą wychudzone, metalowe nogi. Brakuje – rzecz jasna – czcigodnych zwłok bawełnianego króla. To dziwny, aromatyczny obiekt, z którym nie do końca wiadomo, jak się obchodzić, ani czego od niego oczekiwać – bo jest, zgodnie ze swoją genezą, arystokratyczny. Sama jego forma przedrzeźnia brokatową tapetę salonu, w której go postawiono, jakby koniecznie ktoś chciał zaprojektować kunsztowną klatkę dla złośliwego ducha, który miałby nawiedzać ducha Hilarego Majewskiego w jego własnym domu. I byłoby jeszcze bardziej gotycko i godnie, gdyby stand, na tle którego stoi rzeźba nie był wyklejany nieco krzywym wydrukiem tapety, a spod ścianki nie wystawał jasny element, który tę małą architekturę stabilizuje.
Dla ciekawych, jak pachnie praca o płciach, wiedźmach i węchu, czyli zmyśle, który nie przeszedł rewolucji kulturowej – z inhalatora czuć raczej woń niespektakularnego roślinnego rozkładu. Nic, co rozjuszyłoby lynchowskiego Franka
I właśnie, display innych prac na wystawie jest problematyczny – bo zwaliste kubiki są zawsze problemem, zwłaszcza we wnętrzach bogatych, pełnych tekstur i ozdób, które lubią skrojone na miarę meble. „Perfumeryzm” ich nie ma, za ekspozytory służą przede wszystkim kubiki. Na niskich i czarnych sześcianach ustawiono spreparowany notatnik poszukiwania inspiracji do cykli zapachowej biżuterii Agnieszki Nowickiej i umieszczony niemal w przejściu telewizor z wideoartem towarzyszącym pracom artystki; na wyższych, białych barykadkach – zestaw zdekonstruowanych flakonów i amuletów pod szkłem. Na czarnym kubiku ustawiono też ceramiczną rzeźbę nosa („Zaklęcie utkane z powietrza”) Kamila Pierwszego. Być może właśnie ona jest w jakiejś części odpowiedzialna za wszelkie podejrzenia o oniryzm, „lynchowisko” czy surrealizm – bo nie dość, że kurtyny i efekciarskie lampy UV, to ceramiczny nos jest tak naprawdę bardzo dużym inhalatorem. Pochylając się lub kucając nad nim, wsadzając nos w przezroczystą gumę i próbując wywęszyć cokolwiek mimowolnie część skojarzeń publiczności biegnie wprost do piekielnego Franka Bootha z „Blue velvet” Davida Lyncha. I nie jest to skojarzenie, które coś tej pracy dodaje – a raczej zjada jej dość mglisty kontekst „naturalnych pierwiastków płci” i „rozwijania [zapachem – przyp. AW] innych płciowości”, o których pisze artysta. Cokolwiek to znaczy. Dla ciekawych, jak pachnie praca o płciach, wiedźmach i węchu, czyli zmyśle, który nie przeszedł rewolucji kulturowej – z inhalatora czuć raczej woń niespektakularnego roślinnego rozkładu. Nic, co rozjuszyłoby lynchowskiego Franka.
Właściwie jedynym na „Perfumeryzmie” zapachem, który wydaje się bardzo konkretny i jednocześnie intrygująco nieprzyjemny (jak na sztukę współczesną przystało) jest jedna z kompozycji Alchembota – „Ślady na kurzu” otwierają się pylistym obuchem w nos, najzupełniej realistycznie oddając to, co obiecywał tytuł. Jest to złapany w apteczne szkło zapach kurzowego kożucha, wywar z nozdrzy po porządkach na strychu i drobin płynących w snopie światła. Śladom towarzyszą jeszcze dwa zapachy, wszystkie inspirowane niegdyś skandalizującą, gotycką powieścią „Carmilla” – której fragmenty wyświetlane są na ekranie. Pomysł nie jest zły, choć nieco prostszy od legendarnego dziwactwa Johna Watersa przy seansach filmu „Polyester” – wtedy widzom rozdawano kartki z zapachową powłoką i instrukcją ich użycia, aby zsynchronizować akcję filmu z kieszonkowym smrodem. Jednak w przypadku sali z zapachami Alchembota prócz perfum, przewijającego się tekstu na ekranie i intensywnej kwiecistej tapety jest jeszcze czwarty grzyb w barszcz: recytowany z głośników manifest artystek. I ten nadmiar, mam wrażenie, nie jest celowy i nie prowadzi do odbioru pracy zgodnie z czyimikolwiek intencjami.
Mogłem mieć przecież pecha, że coś się rozregulowało w tej części ekspozycji – bo z pewnością miałem pecha przy pracy Sandry Mikołajczyk. Instalacja „Sprawdź czy wygrałaś_eś” jest kunsztownie odmalowanym na sklejce kołem fortuny, zawieszonym na konstrukcji godnej szubieniczki. Instrukcja jest prosta – zakreć kołem, potrzyj pole i sprawdź czym to pachnie. Jeżeli czymkolwiek, twoje jest wygranko. Dwa pola, które wylosowałem pachniały farbą na sklejce, czyli dostojnym niczym. Jak w życiu, nie wygrałem nic. Intencjonalnie rzecz jest o snobowaniu się zapachami i wzajemnym pozycjonowaniu się fanów i fanek perfum poprzez dostęp do rzadkich i drogich woni, mnie jednak ta rzecz przypomniała o perfumiarskich kłótniach o wynalezioną w latach 70. molekułę Iso E Super. Mówiąc najprościej, pomimo wdzięcznych właściwości jako utrwalacz perfum, molekuła dla części posiadaczy nosów jest niewyczuwalna – dla innej natomiast, ma swój wyraźny, drzewno-piżmowo-oleisty zapach. Ten może pojawiać się i znikać w losowych momentach po aplikacji. Molekuła ma podkręcać woń skóry nosiciela, a przy nakładaniu jej na inny zapach, zmieniać jego właściwości – i to wystarczyło, aby składnik ten owiano legendą i kilkoma teoriami spiskowymi. Ci, którzy jej nie czują albo gorzko żałują, albo chętnie piszą o nowych szatach cesarza. Nowe szaty tego cesarza widzą natomiast ci, którzy mają to szczęście i molekułę czują. Sporu o to, czy popularyzujący ten składnik perfumiarz Geza Schoen jest szarlatanem, spryciarzem czy geniuszem nie da się rozwiązać bez ofiar. I to właśnie już brzmi jak pełnoprawny spór o sztukę, całkiem podobny próbom ostatecznego rozwiązania kwestii geniuszu/szarlatanerii Marcela Duchampa, Josepha Kosutha czy Andy’ego Warhola. Nie wiem, czym pachniały inne pola koła fortuny – domyślnie zapewne nie rozczarowaniem.
Paco bananen nie pachnie niczym, w życzliwych oczach ten zlepek przedmiotów może balansować pomiędzy pytaniem „na ile flakonów Chanel stać kogoś, kto pracuje w kulturze”, a „jak powinien pachnieć ktoś pracujący w kulturze”
Pozostaje jeszcze kwestia celowo niepachnącej niczym pracy Kacpra Szaleckiego „Paco bananen”, asamblażu złożonego ze szczątków luksusu i przeszłych żyć artysty: legitymacji studenckich, pracowniczych identyfikatorów, rozgniecionych pudełek po perfumach i bananach w czekoladzie, fragmentów bluzy Versace, wreszcie – dwóch flakonów perfum. Instalacja ma być autoportretem – artystyczną wersją autoreklamy człowieka, w tym wypadku złożonej z marek, które mają obdarzać nosiciela swoją aurą. Aura jest pozorna, bo jak da się wyczytać z tekstu o pracy, jak Versace to akurat tańsza linia dla sieciówki, jak słodycze to z łóżka polowego „słodkie z Niemiec”, a jak perfumy to z drugiej ręki. Faktycznie, nie są niszowe – to Autumn Vibes z serii Replicas Maison Martin Margiela i legendarny Égoïste Chanel, oba wciąż dostępne w mainstreamowych perfumeriach; oba naśladujące jeżeli nie październik w płynie, to „zapach sukcesu”, i to w starym, jeszcze japiszońskim, krawacianym wydaniu. Paco bananen nie pachnie niczym, w życzliwych oczach ten zlepek przedmiotów może balansować pomiędzy pytaniem „na ile flakonów Chanel stać kogoś, kto pracuje w kulturze”, a „jak powinien pachnieć ktoś pracujący w kulturze”. Sztuką cenniejszą niż złoto, ma się rozumieć.
Słowo daję, w „Perfumeryzmie” jako wystawie krył się potencjał – nawet nie tyle, że pierwszego w Polsce – ale pokazu w luksusowej przecież kamienicy, pośrodku miasta-paradoksu, w porze roku emitującej głównie miejski smród, na fali zainteresowania nosem w sztuce, z tematem, który mógł pójść w stronę bombastyczną, przekrojową albo bardzo konceptualną. Jednak wybór kuratorki Magdy Milewskiej nie poszedł żadną z tych ścieżek; ani przyłapania medium, jego odbioru i skojarzeń, krytycznego rozkładu splotu ekscentrycznego hobby z sensualną inżynierią ani refleksji nad multisensorycznością, która nie daje spać tym, którzy chcą oderwać publiczność od polegania wyłącznie na oczach. Co gorsza, „Perfumeryzm” niezbyt chce działać jako spójna opowieść za pomocą wystawy, ale niestety, jako mała, letnia ciekawostka w fioletowym świetle UV. To, co dobrze działa – jest skrojone na miarę wystawy, czerpie z żartu albo historii miejsca; to, co ma działać jako atrakcja, gdzieś grzęźnie, a to, co ma zapędzać snoba do jamy – nie pachnie wcale.
I chyba już wiem, jak czują się ci, którym wylosuje się obojętność na Iso E Super. Nasłuchawszy się tego-i-owego pójdą do sklepu, chwycą flakon, rozpylą zapach na bloter i przyłożywszy go do nosa najpierw poczują trochę alkoholu, trochę rozmiękłego papieru. A potem nic. I po piętnastu minutach też nic. A potem tylko coś piszą o cesarzach.
2. Ostatecznie żaden z dwóch konkursów nie przyniósł projektu zdolnego usatysfakcjonować zleceniodawców, wybór zatem padł na architektów Edwarda Lilpopa i Józefa Piusa Dziekońskiego, którzy zaprojektowali i wykonali mauzoleum w znanym nam kształcie.
Osoby artystyczne: Alchembot, Przemek Branas, Kamil I, Agnieszka Nowicka, Sandra Mikołajczyk, Kacper Szalecki, Paweł Włodarski
Kuratorka: Magda Milewska
______________________
Aleksy Wójtowicz – krytyk i historyk sztuki, redaktor „Magazynu Szum”, researcher i okazjonalnie kurator. Publikował m.in. w „Dwutygodniku”, „Dialogu”, „Widoku”, i oko.press. Zajmuje się głównie sztuką współczesną z perspektywy socjologicznej i visual culture, historią pola sztuki po 1989 roku w Polsce, związkami polityki i sztuki oraz tzw. zwrotem konserwatywnym. Członek AICA i OFSW. Czasem też coś napisze na bloga.
______________________
