Co łączy mapę Drogi Mlecznej, praktykę reiki, układ nerwowy i metalową rzeźbę? W swojej wystawie „Boom” Iza Tarasewicz prowadzi nas przez sieć nieoczywistych powiązań między ciałem, materią i kosmosem. Kameralna ekspozycja w galerii 66p odsłania mniej znane oblicze jej twórczości, pozwalając z bliska śledzić przepływy energii między ludźmi, przedmiotami i światem.
Poza rysunkami prace Tarasewicz zwykle są monumentalne. Chociaż nie, prace, choć często same w sobie niemałe, raczej domagają się dla siebie monumentalnych przestrzeni, jak koncentryczna rzeźba podwieszona nad schodami w pałacowym foyer („Flowing in Waves Towards Equilibrium” w warszawskiej Zachęcie), post-agroindustrialne czupurne sprzęty tańczące mazurki („The Rumble Of A Tireless Land” w duńskiej galerii Croy Nielsen i szkockim Tramway) czy hipermaterialne powidoki („Duby smalone“ w białostockim Arsenale). Urodzona w 1981 r. artystka z Podlasia dotychczas z przytupem stawiała na skalę, dlatego wystawa w 66p może zaskakiwać kameralnym charakterem. Nawet „Arena” (2018), znana choćby z girland oplatających gmach Zachęty (instalacja ta miała wiele odsłon, Zachętę oplotła „Arena III”), nie przytłoczyła spokojnego wnętrza w ceglanym wrocławskim kompleksie. 8000 cm czarnego silikonowego węża pętliło się miękko w tanecznych splotach, by w końcu spocząć, owijając się wokół jednej z charakterystycznych dla przestrzeni Piekarni Sztuki, w której rezyduje 66p, żeliwnych kolumn. Wedle opisu z tekstu kuratorskiego lina ta miała być „gniazdem dla wszystkiego, co się w niej znajduje” i jako takie stanowić „narzędzie kartograficzne (…) ujawniające sieci powiązań”. Ja odebrałam ją raczej jak zaproszenie do tańca.
Metal, od lat ulubione medium Tarasewicz, tu pojawia się w swojej roli przewodnika prądu i ciepła, co podkreśla użycie przez artystkę cienkich prętów jako detali rzeźb, sygnalizujące przekazywanie energii
„Arena” to jedyne na wystawie dzieło niezrobione z metalu; wszystkie pozostałe obiekty są z mosiądzu lub miedzi grających gładką lub szorstką fakturą i mieniących się różnokolorową patyną. Powstawały w latach 2018-2021, naznaczonych - jak wskazywała artystka - leczeniem poważnej kontuzji i walką z bólem. Metal, od lat ulubione medium Tarasewicz, tu pojawia się w swojej roli przewodnika prądu i ciepła, co podkreśla użycie przez artystkę cienkich prętów jako detali rzeźb, sygnalizujące przekazywanie energii. W pracy „Najbardziej stabilne środowisko wewnętrzne” pręty prowadzą prosto w dół, ku ziemi. Przymocowane zostały do uproszczonego kształtu twarzy i zaślepki na wysokości domniemanych oczu - tak jakby sugerując, że założone w tytule osiąganie stabilności domaga się uziemienia, ugruntowania.
Zupełnie inaczej energia uwagi przebiega w podobnej skądinąd pracy „Tym jestem”: elementy płynące z „głowy” dosłownie przebijają płaską platformę w kształcie twarzy, umieszczoną prostopadle obok niej. Niczym lustro Narcyza lub psychologiczny cień, przyciąga ona spojrzenie, w które wpatrujemy się z całych sił (wrażenie to potęguje umieszczony skośnie reflektor). Jeśli pręty przypominające sposób oddawania promieni słonecznych na barokowych miedziorytach symbolizują ukierunkowaną energię, to energia ta grzęźnie w cieniu/odbiciu/dwuwymiarowej tożsamości, tylko z trudem się przez nią przebijając dalej.
Praca „Boom” przywołuje dawne miedzioryty chyba najbardziej bezpośrednio, choć stanowi przetworzenie zupełnie innego rodzaju dzieła — perskiej miniatury ilustrującej XV-wieczny manuskrypt, na której widnieje anioł w aureoli przypominającej chmurę głów o najróżniejszych twarzach. Tarasewicz przekształca tę wizję w relief - nakładające się na siebie do postaci chmury (tornada?) uproszczone głowy pączkujące do góry z głowy-źródła - z niej również wychodzą pręty-promienie skierowane ku dołowi. Ma to obrazować „kumulację energii rozumianej jako potencjał jednostki zakorzenionej w doświadczeniu wspólnoty” – wspólnotowość, jeden z fundamentalnych wątków w twórczości Tarasewicz, tu okazuje się być eksplozją („Boom”). Może destrukcją, a może — Wielkim Wybuchem zapoczątkowującym nowe światy…
Tarasewicz, ustawiając w specyficznych układach pary metalowych dłoni, odwzorowuje łagodne gesty uzdrowiciela mające nakłonić (przesyłaną lub odbieraną energią) organizm (materię) do regeneracji
Trudno nie pójść dalej energetycznym tropem interpretacyjnym, patrząc na korespondencję między reliefem „Boom” a rzeźbą „Ludzki akord”. Cóż bowiem mają wspólnego ze sobą Wielki Wybuch i klasyczna dalekowschodnia technika uzdrawiania reiki? Oba te fenomeny, każdy po swojemu, pracują na założeniu, że materia to postać energii - astrofizyka w sposób znany nam ze szkoły, podczas gdy reiki to praktyka wywoływania ukierunkowanych przepływów energii między pacjentem a praktykującym: Tarasewicz, ustawiając w specyficznych układach pary metalowych dłoni, odwzorowuje łagodne gesty uzdrowiciela mające nakłonić (przesyłaną lub odbieraną energią) organizm (materię) do regeneracji.
Dwie mosiężne płytki - jedna podziurawiona gęsto, w kształt rozciągniętej chmury lub leżącego kosmity, druga, lewa, rzadziej - to praca „Równowaga w meteorach”. Lewa, rzadziej podziurawiona płytka to mapa „spadających gwiazd” z lat 1994-2013, czyli tzw. zdarzeń bolidowych – kiedy wyjątkowo duży meteoroid przelatuje przez atmosferę ziemską, płonąc niezwykle jasno i eksplodując w powietrzu. Perforacje drugiej płytki to też mapa – pierwsza próba odwzorowania naszej galaktyki, Drogi Mlecznej, wykonana przez Williama Herschela na podstawie badań pomiarowych gwiazd na niebie – Herschel przyjął co prawda poprawne założenie, że gwiazdy występują tym gęściej, im bliżej są jądra galaktyki, ale swoje obliczenia wypaczył uznając, że Słońce znajduje się niemal w centrum (podczas gdy z punktu widzenia Drogi Mlecznej jesteśmy raczej na peryferiach).
Mapom gwiazd towarzyszą mapy nieba („O budowie nieba I“ i „O budowie nieba II“, 2018), pajęczyny z odcinków sztywnych drutów obwieszone obiektami symbolizującymi chyba ciała niebieskie – chyba, gdyż nie przypominają tradycyjnych oznaczeń astronomicznych. Część w miniaturze powtarza koncentryczną fascynację artystki z „Flowing in Waves Towards Equilibrium“, część powyginana jest w inne kształty, część to perforowane blaszki, a w centrum „O budowie nieba I“ znajduje się nawet żółw (czyżby wielki A’Tuin, galaktyczny żółw (Chelys galactica) z książek Terry’ego Pratchetta?). Instalacja i umieszczona została przez artystkę w wygrodzonej w środku galerii mniejszej przestrzeni i zawieszona tak, że przypomina zaczajoną w pieczarze pajęczycę. „O budowie nieba II“ tym razem zostało zawieszone tak, że wygląda jak kokon (inny klasyk literatury fantastycznej, J.R.R. Tolkien w „Hobbicie. Tam i z powrotem“ stworzył dokładnie taką scenę: bohaterowie muszą przejść przez Mroczną Puszczę, gdzie natykają się na Wielkie Pająki, które więżą część z nich w kokonach. Kokon nie jest tu przestrzenią transformacji i ponownych narodzin, ale synonimem powolnej, ogłupiającej śmierci (galaktyki też umierają – kiedy tracą zdolność do rodzenia nowych gwiazd).
Pytanie wcale nie pozbawione sensu w kontekście twórczości Tarasewicz, w której fizjologia i anatomia odgrywają od zawsze ogromną rolę
Pajęcze sieci map nieba według Tarasewicz także mają coś wspólnego z przepływem energii – w mosiężne pręty, z których są zbudowane, wtopione zostały metalowe przewody, które wystają z twardego rdzenia części prętów i wichrzą się, przypominając aksony nerwowe. Czy gdyby wypruć ze mnie mój układ nerwowy, też byłby taką pajęczyną? Pytanie wcale nie pozbawione sensu w kontekście twórczości Tarasewicz, w której fizjologia i anatomia odgrywają od zawsze ogromną rolę (a jedna z odsłon instalacji „Arena“ – „Arena III“ – zainstalowana we wnętrzu Common Arts Foundation była opisywana w katalogu wystawy jako „trójwymiarowa pętla przypominająca jelita“).
Być może każda mapa nieba jest tak naprawdę mapą nas samych – to założenie kuratora wystawy, Piotra Lisowskiego. Konstruujemy rozmaite sposoby na to, by poradzić sobie ze złożonością i niepojętością świata. Jeden nieporadny model zostaje wyśmiany, gdy docieramy do kolejnych, tym razem na pewno już dokładnych i trafnych ram opisu – tylko po to, by nasi następcy wyszydzili nasze wysiłki. W takim ujęciu sztuka Tarasewicz miałaby być lustrem, jeśli nie krzywym zwierciadłem, podstawionym tej naszej skłonności (de facto kartografią kartografii).
Przyznaję, że na gruncie tego typu, trochę ironicznego, konceptualizmu czuję się niepewnie. Rzeźby Tarasewicz, zwłaszcza w tym kameralnym wydaniu, z którym mogłam obcować z bliska, skupiając się na szczegółach takich jak rozwichrzone druciki na „stawach“ mapy nieba w „O budowie nieba I“ czy łuskowana patyna pokrywająca dłonie w „Ludzkim akordzie“, przywołały moje własne dziecięce zadziwienie, kiedy rodzice tłumaczyli mi na mój dziecięcy język sens równania E=mc2. Jesteśmy energią osadzoną w materii utkanej z energii. Nawet jeśli coś wydaje się statyczne, wewnątrz odbywa się nieustanny bal wirujących elektronów, rave podrygujących cząsteczek. Jeśli wyjść z tej perspektywy, wybór artystki zafascynowanej fizjologią (ma za sobą m.in. niedokończone studia medyczne), by pracować w metalu (przewodzącym energię pod postacią prądu i ciepła) wydaje się klarowny i oczywisty. Rzeźby Tarasewicz to energetyczne konglomeraty, uziemione przez site-specific żeliwne kolumny, a opasująca wystawę silikonowa „Arena“ stanowi dodatkowy izolator. Wchodząc w obręb tego „gniazda“, jak je opisywał esej kuratorski, otwieramy się na energetyczną interwencję, tak jak pacjent reiki. Bo w końcu jednym z zadań sztuki też jest uzdrawianie…
„Boom”, Iza Tarasewicz
16.05–4.07.2026
66P Subiektywna Instytucja Kultury, Wrocław
Kurator: Piotr Lisowski
____________________
Agata Czarnacka (ur. 1981), filozofka polityki, tłumaczka, feministka i publicystka. Stale współpracuje z portalem Tygodnika Polityka, a także z OKO.Press, Miesięcznikiem Kino, Magazynem Szum i innymi tytułami prasowymi. Stypendystka m.st. Warszawy.
____________________